"...Ks. Alojzy Dudek (14.12.1913 - 29.06.2006) urodził się 14 grudnia 1913 r. w Tychach na Górnym Śląsku. Syn Jana i Katarzyny z domu Anderko. Ochrzczony został w miejscowej parafii p.w. św. Marii Magdaleny w Tychach. Po ukończeniu miejscowej ośmioklasowej Szkoły Podstawowej kontynuował dalszą naukę w Państwowym Gimnazjum typu staroklasycznego im. B. Chrobrego w Pszczynie. Tam też w parafii p.w. Wszystkich Świętych przyjął sakrament bierzmowania. Naukę w gimnazjum zakończył w 1932 r. egzaminem dojrzałości. Będąc jeszcze w klasie maturalnej, czytał w periodykach kościelnych, m.in. w "Gościu Niedzielnym" informacje o zamiarze Prymasa Polski, kard. Augusta Hlonda założenia nowego, polskiego zgromadzenia zakonnego, które podjęło by pracę dla dobra polskich emigrantów. Jako jeden z pierwszych złożył w 1932 r. podanie o przyjęcie do samego prymasa kard. Hlonda, który osobiście przyjmował pierwszy rocznik późniejszych chrystusowców. 

Pod koniec sierpnia 1932 r. przyjechał do Potulic i 1 września wraz z kandydatami na kleryków i braci rozpoczął rekolekcjami, które głosił pallotyn ks. Józef Bogdan, pierwszy aspirandat pod kierownictwem ks. Ignacego Posadzego, również aspiranta. Po jego ukończeniu 7 października 1932 r. aspiranci rozpoczęli, ośmiodniowe rekolekcje przed pierwszym nowicjatem, prowadził je również pallotyn, ks. Szuliński. 15 października 1932 r. młody Alojzy rozpoczął kanoniczny nowicjat, pierwszy w dziejach Towarzystwa Chrystusowego, zwanym pierwszym batalionem Bożej podchorążówki. Pierwszym magistrem nowicjatu był, sam również nowicjusz, ks. I. Posadzy. Wielkie wrażenie na młodym nowicjuszu Alojzym wywarła osoba Założyciela, kard. Hlonda, a zwłaszcza jego pierwsze odwiedziny w październiku w Potulicach oraz wygłoszone przy tej okazji słowa do nowicjuszy. Specjalnie zapadły mu w serce słowa, które realizował w całym swoim późniejszym życiu kapłańskim i zakonnym: ?[...] moi kochani nowicjusze, jeszcze jedna uwaga wystrzegajcie się ponurości... radość i wesele niech was nigdy nie opuszczają... świętość wasza niech będzie pogodna, jasna i radosna?. Kolejny raz kard. Założyciel Hlond przyjechał do Potulic na początku grudnia i nowicjusz Alojzy wraz z innymi nowicjuszami, 8 grudnia 1932 r., otrzymał z jego rąk sutannę, były to pierwsze obłóczyny w Towarzystwie Chrystusowym. Pierwszą profesję zakonną złożył 19 marca 1934 r. w Potulicach. Następnie rozpoczął dwuletnie studia filozoficzne w Wyższym Seminarium Duchownym w Gnieźnie ukończone egzaminem tzw. philosophicum 1 lipca 1935 r. Po ich ukończeniu rozpoczął czteroletnie studia teologiczne w Wyższym Seminarium Duchownym w Poznaniu, a w maju 1938 r. złożył egzamin z teologii tzw. rigorosum. Zakonną profesję dozgonną złożył 19 marca 1937 r. w Potulicach. Podczas studiów teologicznych, od wprowadzenia do stanu duchownego przez obrzęd tonsury, przyjmował kolejne posługi kapłańskie: ostiariat, lektorat, egzorcysta i akolitat. Święcenia kapłańskie subdiakonatu otrzymał w październiku 1938 r. z rąk Założyciela kard. A. Hlonda, święcenia diakonatu przyjął 4 marca 1939 r. w Poznaniu z rąk biskupa Antoniego Laubitza. Święcenia kapłańskie przyjął 3 czerwca 1939 r. w Poznaniu, a otrzymał je z rąk kard. A. Hlonda, Prymasa Polski ? były to święcenia pierwszego rocznika, pierwszego batalionu Bożej podchorążówki.

Po święceniach kapłańskich i odprawieniu prymicji w rodzinnej parafii św. Marii Magdaleny w Tychach został skierowany, jako wikariusz, na swoją pierwszą placówkę duszpasterską do parafii katedralnej w Łucku na Wołyniu. Pracował tam do czasu wkroczenia żołnierzy armii czerwonej. Dołączył tam do niego kolega kursowy ks. Paweł Kontny pochodzący również z Tychów, a pracujący po święceniach kapłańskich w Estonii. Obydwaj za poleceniem ordynariusza, biskupa Adolfa Szelążka udali się 15 października 1939 r. do rodzinnej parafii w Tychach, na Śląsku. W rodzinnej parafii pracował jako rezydent, pomagając również w okolicznych parafiach. 
21 czerwca 1942 r. został wcielony do wojska niemieckiego i jako sanitariusza skierowano go na front wschodni. 5 września 1943 r. został wzięty do niewoli rosyjskiej i przebywał w obozie jenieckim do końca roku. Od 1 stycznia 1944 r. rozpoczął kapelańską posługę duchowną w 3 Dywizji Piechoty im. Romualda Traugutta, która tworzyła się w Sielcach n. Oką i awansowany do stopnia kapitana..."

Ks. Bernard Kołodziej TChr


Moją służbę kapelańską w Wojsku Polskim rozpocząłem w Sielcach n/Oką w Związku Radzieckim w styczniu 1944 roku, kiedy to tworzyła się 3 Dywizja Piechoty im. Romualda Traugutta, której zostałem kapelanem.

Oddziały 3 Dywizji Piechoty tworzyły się przeważnie z naszych tułaczy, których zawierucha wojenna rozproszyła po całym Związku Radzieckim. Przybyli z daleka: z północy spod Archangielska, słonecznej Odessy, ze stepów Kazachstanu - i dalej jeszcze. Ale również rekrutowali się z byłych żołnierzy niemieckich - Wehrmachtu - którzy przymusowo zostali wcieleni do wojska niemieckiego. Byli to przeważnie Ślązacy, Poznaniacy, Pomorzanie oraz z innych terenów Polski przyłączonych do Rzeszy. Ale wszyscy ci żołnierze byli przecież Polakami. Dowódcą utworzonej 3 Dywizji Piechoty był generał Stanisław Galicki (przybyły z wojska radzieckiego).

Zaraz po objęciu stanowiska w dywizji zacząłem swoją pracę duszpasterską. Jednostki wojskowe naszej dywizji były porozrzucane po lasach - oddalone od siebie po parę kilometrów, musiałem więc do nich dojeżdżać, nie miałem jednak żadnego środka lokomocji. Ze względu na to, że była to zima - styczeń - przydzielono mi konia i sanie oraz żołnierza pomocnika, który miał pełnić służbę przy ks. kapelanie, wozić go do poszczególnych jednostek wojskowych z posługą religijną i opiekować się ponadto koniem. Niestety - ani razu nie mogłem pojechać przydzielonym mi wozem, albowiem koń był jakiś dziki - pewno stepowy - nie wdrożony do zaprzęgu. Co krok stawał dęba, rzucał się, zachodziła obawa, że w każdej chwili wylecę z sań. Toteż zaraz po pierwszej próbie oddałem go z powrotem. Po owym nieszczęsnym dzikim koniu przydzielono mi samochód, najpierw gaz - rosyjski, a potem otrzymałem samochód amerykański marki ford, równocześnie przydzielono mi szofera, doświadczonego kierowcę, żołnierza, który już przed wojną jeździł autobusami na szosach wileńskich. Nazywał się Nikodem Garbiński. Tym fordem przebyłem całą wojnę z Sielc n/Oką aż do Berlina i jeszcze dalej - poza Berlin.

W Sielcach odprawiałem w każdą niedzielę trzy Msże św. dla różnych pułków niejednokrotnie bardzo od siebie oddalonych. Msze św. odprawiałem w zimie w lesie, na polu, na śniegu, pod gołym niebem, w mrozie. Ale pomimo tych trudnych warunków wojsko garnęło się chętnie na nabożeństwa, a jak pobożnie uczestniczyli żołnierze we Mszy św., jak żarliwie śpiewali pieśni religijne, jak się spowiadali! Niektórzy z nich przecież już parę lat nie mieli okazji odbycia spowiedzi i przyjęcia Komunii św. Msze św. niedzielne rozkładałem sobie w ten sposób, że w jedną niedzielę odprawiałem dla pułków 7, 8 i 9, w drugą natomiast dla sztabu, PAL-u i sanbatu (Sanitarnego Batalionu). Innym znów razem chodziłem z nabożeństwem do szpitala potowego, oddalonego o jakieś 4 km od sztabu.

Pewnego dnia, a było to w lutym 1944 roku, pułk lotniczy zapragnął, aby ksiądz kapelan przybył do nich ze Mszą św. i spowiedzią. Ale jak się do nich dostać? - myślałem. Przecież pułk lotniczy był oddalony od sztabu o ponad 30 km! Sami poradzili. Przyjechali po prostu, a raczej przylecieli po mnie samolotem. Był to pewnie kukuruźnik, bo leciał bardzo nisko nad ziemią. A że to była zima i samolot otwarty, więc zmarzłem co niemiara. Dolecieliśmy szczęśliwie. Odprawiłem Mszę św., wyspowiadałem chętnych, udzieliłem Komunii św. Lotnicy z wdzięczności ugościli mnie serdecznie, przenocowali, a następnego dnia odwieźli z powrotem do Sielc tym samym samolotem.

W tym czasie dowiedziałem się, że w szpitalu w Riazaniu leżą polscy żołnierze. Jak ich nie odwiedzić. Wsiadam do pociągu i jadę do Riazania. Piękne, duże miasto, odszukałem szpital, a w nim polskich żołnierzy i polskie dziewczęta w mundurach. Wyspowiadałem ich, udzieliłem Komunii św., komunikanty stale nosiłem ze sobą, pogawędziłem, podniosłem na duchu - i wróciłem do siebie, do Sielc.

Muszę wspomnieć o jednym jeszcze przeżyciu, które spotkało mnie w Sielcach w lutym 1944 roku. Otóż w tymże miesiącu odbył się w Moskwie Słowiański Zjazd Działaczy Politycznych i Wojskowych - Polaków, Czechów i Jugosłowian. Zjazd trwał cały tydzień. Spotkałem tam Wandę Wasilewską, Andrzeja Witosa, generała Berlinga. Byli też obecni dwaj księża kapelani: ks. płk Kubsz i kapelan 3 Dywizji Piechoty - czyli ja.

W Sielcach odwiedzałem bardzo często Batalion Sanitarny, którego dowódcą był lekarz mjr Gasperowicz. Bywałem też często w szpitalu polowym, który jak już poprzednio wspomniałem, był oddalony od Sielc o 4 km. W tych jednostkach odprawiałem dla chorych Mszę św., urządzałem spowiedź św., rozdzielałem Komunię św., a ciężko chorym udzielałem wiatyku i ostatniego namaszczenia.

Muszę przyznać, władze wojskowe szły mi w tej pracy bardzo na rękę i ułatwiały ją. W szczególniejszy sposób pomagał mi w pracy przy organizowaniu nabożeństw i w śpiewie podczas Mszy św. mój współpracownik - kapral Józef Podkowik z zawodu nauczyciel, któremu duszpasterstwo 3 Dywizji Piechoty dużo zawdzięcza. Pracował przy „kaplicy dywizyjnej” aż do końca wojny.

Muszę tu wspomnieć o jeszcze jednym współpracowniku przy kaplicy dywizyjnej, który pomagał mi bardzo ofiarnie przy nabożeństwach, a mianowicie o chorążym Józefie Grochalskim. Był jeszcze klerykiem, gdy został przydzielony do 3 Dywizji Piechoty im. Romualda Traugutta jako pomocnik księdza kapelana. Do Wojska Polskiego przybył z Dalekiego Wschodu, dokąd go losy wojenne rzuciły. Został najpierw dowódcą plutonu artylerii przeciwpancernej. Generał Stanisław Galicki - ówczesny dowódca 3 Dywizji Piechoty - przydzielił go na prośbę kapelana do naszej „kaplicy dywizyjnej”.

Odtąd chorąży Grochalski towarzyszył mi stale w moich wyjazdach duszpasterskich i służbowych. Opiekował się ołtarzem polowym, przyborami liturgicznymi itp. Chodził ze mną do chorych do szpitala polowego i sanbatu, przygotowywał rannych na przyjęcie sakramentów św. Niestety po 4 miesiącach pobytu w 3 Dywizji Piechoty chorąży Józef Grochalski został przeniesiony jako sekretarz do księdza kapelana 2 Dywizji Piechoty, którym był kpt. Antoni Łopaciński. Z żalem go żegnaliśmy, bo przez te 4 miesiące zżyliśmy się bardzo serdecznie. Dziś ówczesny chorąży J. Grochalski jest już 26 lat kapłanem w Towarzystwie Jezusowym i pracuje obecnie w Bytomiu w kościele oo. jezuitów.

Pobyt nasz w Sielcach, który trwał przez miesiące: styczeń, luty i marzec, dobiegał końca. Oto dywizja otrzymuje rozkaz załadowania się na wagony - zbliża się czas wyjazdu na front. 10 kwietnia - w drugie święto wielkanocne, rozpoczęło się ładowanie. Przeprawiamy się przez rzekę po lodzie, bo nie ma mostów, i tak dostajemy się na drugi brzeg i załadowujemy sprzęt wojenny. Była piękna pogoda. Ruszamy. Odprawiałem codziennie Mszę św. w wagonie przy licznym udziale żołnierzy.

Jedziemy przez Biełgorod, mamy tu 3 dni postoju. Zwiedzamy miasto oraz cerkiew prawosławną. Trafiłem akurat na prawosławne święta wielkanocne. W cerkwi pełno ludzi, przepiękne śpiewy, dużo palących się świec. „Batiuszka” przy ołtarzu odprawia nabożeństwo. Gdy się dowiedział, że polski ksiądz, kapelan wojskowy, jest w cerkwi, przyszedł od ołtarza i publicznie na oczach wszystkich wiernych przywitał mnie. Dziś - kiedy po tylu latach myślę o tym wydarzeniu - zdaje mi się, że już wtedy ów prawosławny „batiuszka” zapoczątkował dialog ekumeniczny, którego dzisiaj jesteśmy świadkami.

W Biełgorodzie mieliśmy więcej czasu, toteż odprawiłem Mszę św. dla całej dywizji w starej cegielni, która stała niedaleko naszych wagonów. Obszerna, pusta cegielnia mogła pomieścić setki ludzi. W mig zrobiono prowizoryczny ołtarz, nakryto obrusem stół - 2 świece, krzyż i oto ołtarz połowy gotowy do bezkrwawej ofiary. Schodzą się żołnierze na Mszę św.

Zanim jeszcze rozpocząłem Mszę św., przychodzi do cegielni stara babcia, katoliczka, mówiąca dobrze po polsku. Otóż dowiedziała się, że ksiądz kapelan, kapłan katolicki, będzie odprawiał Mszę św., więc przyszła, bo już dawno nie miała okazji, aby jej wysłuchać. Przed Mszą św. prosiła o spowiedź św. Podczas Mszy św. przystępuje ze łzami w oczach do Komunii św. - Może ta Komunia święta będzie ostatnią w jej życiu - będzie wiatykiem na godzinę jej śmierci. Rozpoczyna się Msza św. - nie w bazylice, katedrze czy nawet kościele, lecz w starej cegielni. Jak pięknie i rzewnie śpiewali żołnierze „Serdeczna Matko”, „Po górach, dolinach”, „Cześć Maryi, cześć i chwała”, „Pod Twą obronę”!

Jedziemy dalej. Ale znów mamy postój. Tym razem cały tydzień w Charkowie, gdyż pierwszeństwo mają jadące na front pociągi z amunicją. Zwiedzamy miasto, które jest mocno zbite. Idziemy do kina, po drodze mijamy pomnik poety ukraińskiego T. Szewczenki. Mszę św. odprawiam w wagonie, żołnierze stoją na peronie uczestnicząc we Mszy św. i śpiewając pieśni maryjne. Po tygodniowej przerwie w Charkowie ruszamy znowu w dalszą drogę. W drodze przeżywamy alarm lotniczy. Bardzo wysoko nad naszymi głowami warczą samoloty niemieckie. Na szczęście nie bombardują - lecą dalej. Alarm odwołany, możemy jechać dalej. Jedziemy przez Kijów - Połtawę - coraz bliżej celu.

Podczas postoju na jednej małej stacyjce odbyła się niecodzienna uroczystość - mianowicie udzieliłem ślubu małżeńskiego por. Edwardowi Mroczkowskiemu i sierż. Wandzie Kochanowskiej. Oboje razem pracowali w naszym teatrze dywizyjnym - tutaj się poznali, pokochali i pobrali. Skromne żołnierskie przyjęcie ślubne zakończyło tę niezwykłą uroczystość.

8 maja 1944 roku stajemy nareszcie po miesięcznej podróży w Kiwercach k/Łucka na Wołyniu. Pozostaniemy tutaj przez całe 2 miesiące do 16 lipca. Jednostki wojskowe rozlokowują się w różnych punktach w lasach wołyńskich.

Sztab wojskowy i kaplica dywizyjna ulokowały się w małej wiosce Przebraże wśród lasów wołyńskich. Był maj, żołnierze na poczekaniu zbudowali w lesie skromną kapliczkę, gdzie codziennie przez cały miesiąc odbywały się nabożeństwa majowe. Przychodzili na nie żołnierze i to dość licznie, a nawet ludność cywilna, która w tej wiosce mieszkała. Gdy przyjechaliśmy do pobliskiego Łucka - stolicy Wołynia - młodzież wręczała nam obrazki religijne z chorągiewką biało-czerwoną i napisem: „Niech Cię Bóg prowadzi do zwycięstwa”. Dziewczęta zgłaszały się chętnie do wojska, zwłaszcza do Batalionu Sanitarnego, pośredniczyłem nieraz w ich przyjęciu do służby sanitarnej.

W Przebrażu odbyła się wspaniała uroczystość - poświęcenie sztandaru 3 Dywizji Piechoty. Cała dywizja zebrała się na obszernej polanie - generalicja, oficerowie, żołnierze, zaproszeni goście, aby wziąć udział w tej niezwykłej uroczystości. Poświęcenia sztandaru dokonał ksiądz kanonik kapituły katedralnej - Adolf Kukuruziński w asyście księdza kapelana dywizyjnego. Swoje piękne przemówienie zakończył ksiądz kanonik słowami: „...Nieście ten sztandar wysoko, niech jego honoru nie zabrudzi żadna plama, chyba plama krwi, przelana w obronie tego sztandaru i wolności. Niech on was prowadzi do zwycięstwa”... Po poświęceniu odbyła się defilada, a potem obiad galowy dla całej dywizji i zaproszonych gości.

Przez te 2 miesiące postoju w Przebrażu i w okolicznych lasach, gdzie były rozlokowane nasze jednostki wojskowe, była czynna „kaplica dywizyjna”. W pułkach odbywała się spowiedź św. batalionami, połączona z Mszą św. i Komunią św. Żołnierze spowiadali się chętnie i przystępowali do sakramentów św. Siedziałem godzinami na pniaku drzewa i spowiadałem - żołnierze czekali cierpliwie - potem była Msza św. i Komunia św.

Dowódcy batalionów szli na rękę księdzu kapelanowi, umożliwiając żołnierzom spełnianie praktyk religijnych. Pamiętam jeszcze dziś bardzo życzliwych dowódców batalionów, na przykład mjr. Jekimionka. W tym też czasie odwiedzałem często Batalion Sanitarny, który mieścił się pod namiotami w lesie, a ponieważ znajdował się blisko sztabu, mogłem więc dość często odwiedzać chorych żołnierzy. Muszę zaznaczyć, że żaden żołnierz nie zmarł bez sakramentów św. Każdy miał możność skorzystania z posługi kapłańskiej, gdy tylko sobie tego życzył, a prawie wszyscy z niej korzystali. Najświętszy Sakrament nosiłem stale przy sobie w małym, pozłacanym pudełeczku. Miło było odwiedzać tych chorych żołnierzy, widząc jak pragną księdza kapelana, jak cieszą się z każdych moich odwiedzin. Rozdawałem im czasopisma religijne, które zdobyłem w Łucku, bo spragnieni byli słowa pisanego, a za wiele go nie mieli.

Skończył się nasz pobyt na Wołyniu i 16 lipca 1944 roku opuszczamy lasy wołyńskie, podchodząc coraz bliżej frontu. Mijamy Bug. Po drodze spotykamy wielu zabitych niemieckich żołnierzy. - Na razie nikt ich nie grzebie, bo ciągle jedziemy naprzód. Wjeżdżamy do Lublina. Na Zamku Lubelskim Niemcy przed opuszczeniem miasta rozstrzelali wszystkich więźniów. Wjeżdżamy na zamek. Stosy rozstrzelanych Polaków leżą w celach, panuje tam straszny fetor (bo to przecież lato - lipiec). Bez przerwy wynoszą pomordowanych i układają ich we wspólnej mogile na stoku zamku.

Uroczysty pogrzeb pomordowanych odbył się dnia następnego. Przemawiali różni mówcy - wojskowi i cywilni. Między innymi płomienne kazanie wygłosił ówczesny kanclerz kurii lubelskiej, ks. Jan Poddębniak. Ale trzeba się nam spieszyć dalej. Jedziemy nad Pilicę, gdzie front się zatrzymał. Po drugiej stronie Pilicy tkwią Niemcy. Tutaj stać będziemy cały miesiąc. Nabożeństwa nad Pilicą odbywały się tuż pod samym frontem.

Pamiętam jedną niedzielę. Zacząłem właśnie Mszę św. w stodole, gdy Niemcy otworzyli ogień na nasze pozycje. Z wyciem padały pociski niedaleko nas, rozrywały się, ale ani jeden żołnierz nie opuścił swego miejsca - wytrwali do końca Mszy św. pomimo wielkiego niebezpieczeństwa. Przez cały czas chłopcy śpiewali pieśni maryjne. Codziennie rano śpiewano we wszystkich pododdziałach: „Kiedy ranne wstają zorze”, a wieczorem: „Wszystkie nasze dzienne sprawy...”

Tak jak wspomniałem, stoimy nad Pilicą, a po drugiej stronie gnieżdżą się Niemcy i bronią się rozpaczliwie. Raz po raz artyleryjskie pociski padają na naszą wioskę Wilczkowo. Są ranni i zabici. Nad Pilicą miałem bardzo dużo roboty kapłańskiej, bo stale przywozili rannych z pierwszej linii i to przeważnie nocą - więc trzeba było ich zaopatrywać Sakramentami św. Spałem w butach i mundurze na podłodze i słomie, gotów na każde wezwanie do nowo przywiezionych rannych.

Pewnego wieczoru, pamiętam dobrze - przywieźli bardzo ciężko rannego żołnierza, miał cały brzuch rozpruty, ale był jeszcze przytomny. Medalik wisiał na jego szyi. Szybko go wyspowiadałem, podałem Komunię św., bo już śmierć zaglądała mu w oczy. Zadaję mu jeszcze jedno pytanie - patrzę - już nie żyje. Dobry Bóg pozwolił mu doczekać jeszcze kapłana.

Innym znów razem przychodzi do mnie pewien gospodarz znad samej Pilicy i prosi, by jechać z nim do ciężko chorej kobiety - bo woła o księdza. Zaznacza jednak, że droga jest niebezpieczna, bo jest pod ostrzałem Niemców. Nie ma rady, trzeba jechać - pojechałem.

Niedługo potem nasi dzielni zwiadowcy przyprowadzili kilku Niemców - żołnierzy oraz ich dowódcę kapitana, których po prostu zagarnęli z pierwszej linii frontu. Było to potrzebne dla naszego sztabu, aby zasięgnąć „języka” co do siły Niemców. Kapitan niemiecki był ciężko ranny w brzuch i pomimo natychmiastowej operacji, zmarł. Inni żołnierze byli lżej ranni i tych, którzy wyrazili życzenie i byli katolikami - wyspowiadałem.

Któregoś dnia jakiś człowiek przyniósł mi puszkę pełną komunikantów: było w niej pełno piachu i okruszyn cegły. Znalazł ją w rozbitym kościele w Magnuszewie, a więc komunikanty konsekrowane, ale nie do użycia. Rozpuściłem je więc w wodzie, a puszkę zwróciłem właściwemu kościołowi.

Po miesięcznym pobycie nad Pilicą zluzowała nas dywizja radziecka, a my ruszyliśmy w stronę Warszawy - na pomoc powstańcom. Zatrzymuję się w Aninie pod Warszawą. Znajduje się tu szpital połowy, przywożą doń wszystkich rannych żołnierzy. Rannych pełne namioty - ręce mi opadają. Chyba nie zdołam przyjść wszystkim z pomocą. Proszę innych księży kapelanów o pomoc. Przy ich udziale opanowałem sytuację.

Dywizja nasza forsuje Wisłę, aby przyjść z pomocą walczącym dzielnie po drugiej stronie powstańcom. Podczas przeprawy przez Wisłę giną dwaj odważni żołnierze zwiadowcy. Obaj pochodzą ze Śląska - kpr. Bielas z Imielenia pow. Tychy i kpr. Kotas z Lipin k/Chorzowa.

Po upadku Powstania Warszawskiego jednostki naszej dywizji rozmieszczone zostały w Rembertowie, Zielonce, Zaciszu oraz w innych podwarszawskich miejscowościach. W Rembertowie stoimy do stycznia 1945 roku. Odprawiam nabożeństwa dla wojska w kościele garnizonowym w Rembertowie oraz wyjeżdżam do pułków. Razu pewnego wzywają mnie do chorego żołnierza, a ponieważ właśnie w tym czasie nie miałem własnego pojazdu, żołnierze dają mi wierzchowca, i tak jak prawdziwy kawalerzysta jadę z Panem Jezusem do chorego. Po załatwieniu świętych czynności znów w ten sam sposób wracam do jednostki.

W czasie postoju w Rembertowie zdarzył się tragiczny wypadek. Oto nasza 19-letnia telefonistka Janina Szerszeń, pracująca przy telefonach w jednostce „łączność”, idąc drogą z koleżankami kopnęła nogą pocisk leżący na ziemi. Pocisk naturalnie eksplodował i ciężko ją ranił. Dwa dni leżała nieprzytomna. Na trzeci dzień umiera. Zdążyłem ją tylko namaścić. Pochowana została na cmentarzu w Rembertowie. Nie wróciła do swoich rodziców i rodzeństwa, którzy na pewno oczekiwali jej powrotu. Koleżanki, które jej towarzyszyły, wyszły bez szwanku - jedna z nich została tylko ranna w nogę.

Styczeń 1945 rok - dokładnie 12 stycznia opuszczamy Rembertów. W tym dniu front niemiecki został przełamany pod Baranowem k/Sandomierza. Niemcy cofają się w popłochu. Opuszczają również Warszawę. Wkraczamy do umęczonej stolicy, ale od strony Góry Kalwarii i Grójca, bo na Wiśle wszystkie mosty zostały zniszczone. Warszawa jest cała w ruinach. Okropny widok martwego miasta. Zatrzymujemy się tylko dwa dni, musimy ruszać dalej, bo przecież wojna jeszcze nie skończona. Jedziemy przez Błonie w kierunku Sochaczewa. Jak jednak przeprawić się na drugą stronę, kiedy most na rzece Bzurze także zerwany. Jedziemy naszym fordem przez pokrywę lodową. Ryzykujemy - może lód wytrzyma - udało się. Lód dosyć gruby, nie wytrzymał jednak ciężaru czołgu, który również w ten sposób chciał się przeprawić na drugą stronę. Lód załamał się i czołg pozostał w rzece.

W Sochaczewie ludzie witają nas serdecznie, proszą na obiad do swych domów, ale odmawiamy, bo nie ma czasu. Musimy stale dążyć naprzód - coraz dalej i dalej. Mijamy Płock, Włocławek, Toruń i wjeżdżamy do Bydgoszczy. Tutaj gościmy trzy dni. Słychać jeszcze strzały w mieście, widać, że resztki Niemców - niedobitków próbują jeszcze gdzieś na peryferiach miasta stawiać opór, ale daremnie.

Po trzech dniach postoju w Bydgoszczy ruszamy w dalszą drogę. Jedziemy przez Sępolno. Jest wieczór. Nocujemy u księdza proboszcza na probostwie, który też serdecznie nas ugościł. Rano znów dalej mijając miejscowości: Królewską Wieś, Radawnicę, Jastrowie, Sypniewo. W wiosce Królewska Wieś nie ma żywej duszy. Wszyscy Niemcy pouciekali, pozostawiając cały żywy inwentarz. Widzieliśmy w stajniach dziesiątki zdechłych krów przywiązanych do żłobów, które Niemcy w pośpiechu zapomnieli spuścić z łańcucha i tak bez wody i pożywienia poginęły biedme zwierzęta. Te, które jeszcze żyły kierowca mój pospuszczał z łańcuchów, dając im wody do picia, a następnie wypędził do ogrodu.

Jakiś czas zatrzymujemy się w Sypniewie. Odprawiam Mszę św. w kościele, bo na miejscu jest kościół katolicki. Zastaję też miejscowego księdza - Niemca, który nie uszedł, bo jest ciężko chory. Mile nas przyjmuje. 

W nocy następuje alarm - otóż Niemcy przedzierają się w naszym kierunku. Wszyscy jesteśmy gotowi, ale po kilku godzinach alarm został odwołany. Niemcy widocznie zrezygnowali z dalszego przedzierania się lub zostali odparci. Jedziemy do Mirosławca. Nasz sędzia dywizyjny kpt. Kozłowski zostaje ranny w nogę. Droga, którą jechał samochodem, była pod ostrzałem Niemców. Zostaje natychmiast odwieziony do szpitala polowego. Już go nigdy więcej nie spotkałem w naszej dywizji.

Podczas postoju w Sypniewie miałem okazję zwiedzić oflag, obóz polskich oficerów - jeńców wojennych, który znajdował się niedaleko Sypniewa w Gross-Born. W czasie naszego pobytu był już zupełnie pusty. Ile tam jeszcze pozostało sprzętu - meble, walizy itp. Można to było wszystko wywozić samochodami ciężarowymi, ale kto miał na to czas. Ocalała nawet kaplica obozowa, a w niej sprzęt liturgiczny: ornaty, mszały, monstrancja, fisharmonia. Widać kwitło tu życie religijne, wszak byli tam przecież polscy oficerowie, a z nimi również księża kapelani wojskowi.

Po kilku dniach ruszamy dalej. Jedziemy do Szczecinka. Tutaj ginie kpt. Jekimionek, dowódca 3 batalionu 7 pułku piechoty 3 DP, dobry oficer i dobry człowiek. Trafiła go kula niemieckiego snajpera w samą głowę. Urządzamy mu pogrzeb i jeszcze kilku poległym żołnierzom, ale i podczas pogrzebu nie mamy spokoju. Artyleria niemiecka bije w nasze miejsce. Musimy przerwać ceremonie pogrzebowe i chować się. Dopiero po uciszeniu się artylerii dokończyliśmy grzebania naszych kolegów.

Dalsza nasza droga to Czaplinek, Połczyn Zdrój i wreszcie Kołobrzeg. Tutaj walka idzie o każdy dom. Miasto się pali. Niemcy bronią się zaciekle. Jestem na posterunku w Sanitarnym Batalionie, który mieści się tuż pod Kołobrzegiem w wiosce Charzynno.

Samochody i ambulanse przywożą bez przerwy rannych. Lekarzom opadają ręce od pracy, operują we dnie i w nocy. Pomagają im dzielne siostry sanitariuszki, słaniające się od bezsenności. A wśród nich snuje się bez przerwy sylwetka księdza kapelana, który zaopatruje konających żołnierzy na drogę wieczności. Nieraz namaszczałem olejami św. ciepłe jeszcze zwłoki, błagając o miłosierdzie dla opuszczającej ciało duszy. Tych, co polegli na froncie lub umarli w szpitalu, grzebałem nieraz razem we wspólnej mogile.

Kiedy nareszcie Kołobrzeg został zdobyty, odbyła się uroczysta Msza św. w porcie kołobrzeskim - była to Msza św. prawdziwie dziękczynna. Teraz następuje krótki zasłużony odpoczynek. Trwał jednak niedługo, wojna przecież toczyła się dalej, a zatem trzeba iść naprzód. Posuwamy się na Berlin. Dywizja forsuje Odrę, staczając ciężkie boje, gdyż Niemcy bronili się twardo, nie chcąc dopuścić do przekroczenia Odry. Daremny jednak ich trud. Odra zostaje sforsowana - posuwamy się naprzód. Jedziemy przez uwolniony Oranienburg, gdzie mieścił się „sławny” obóz koncentracyjny, w którym zginęło tyle tysięcy ludzi - nie tylko Polaków, ale i innych narodowości. Teraz obóz jest pusty, ale za to setki i tysiące zgłodniałych więźniów wyległo na drogi, prosząc o chleb, o coś do zjedzenia. Wracają do domu w pasiakach lub cywilnych ubraniach. Idą pieszo lub jadą napotkanymi samochodami. Dzielimy się chlebem ze zgłodniałymi, ale przecież wszystkich nie nakarmimy, bo i nasze zapasy żywnościowe są ograniczone.

Z dnia na dzień posuwamy się coraz bliżej Berlina. Mijamy miasteczko Schwandte, gdzie 3 maja odprawiam Mszę św. do Królowej Polski. Odprawiam ją w bramie wjazdowej, gdyż Niemcy krążą ciągle nad naszymi głowami i raz po raz bombardują.

Podczas jednego takiego niemieckiego nalotu, właśnie tutaj w Schwandte, padła bomba w miejsce, gdzie miał swoją kwaterę dowódca naszej dywizji, gen. Stanisław Zajkowski (przyszedł po gen. Galickim - również z Armii Radzieckiej). Generała zraniła lekko w twarz, a ciężkie obrażenia odniosła szeregowiec Wiesia, która prowadziła kuchnię generała. W następstwie odniesionych ran zmarła. Jeszcze przed śmiercią zaopatrzyłem ją na drogę wieczności i następnie pochowałem.

W naszym szpitalu dywizyjnym są liczni ranni. Odwiedzam ich często, spowiadam i udzielam Komunii św. W początkach maja znalazłem się w Berlinie. Miasto pali się. Słychać jeszcze strzały. Wokół ogromne zniszczenie. Poruszanie się po mieście jest bardzo niebezpieczne, gdyż wszędzie tkwią jeszcze miny. Właśnie byłem świadkiem, jak o jakieś 100 metrów przed moim samochodem wpadł pewien żołnierz niemiecki na minę. Ogromny huk, eksplozja i ciężko ranny Niemiec leży we krwi. Wjeżdżamy powoli i ostrożnie do centrum miasta. To miasto, niegdyś duma wszystkich Niemców - dziś przedstawia tylko zgliszcza i ruiny.

Oglądamy słynny spalony Reichstag. Katedra Sw. Jadwigi trafiona bombą. Idziemy pod Bramę Brandenburską (Brandenburger Thor), robimy tu pamiątkowe zdjęcie. Pomimo zdobycia Berlina Niemcy jeszcze nie kapitulują. Stawiają zaciekły opór, idziemy więc za nimi dalej - za Berlin. Przyjeżdżamy do miejscowości Dreetz. Tutaj uderza nas makabryczny widok. Na płocie przy drodze cała rodzina niemiecka powiesiła się. Pięcioro ludzi - od ojca począwszy, a skończywszy na kilkuletnim dziecku. Powiesili się z obawy przed nadchodzącymi naszymi wojskami. Tutaj, w Dreetz dnia 9 maja nadchodzi do nas radosna wiadomość - Niemcy się poddali, Niemcy skapitulowali, wojna skończona! Radość ogromna w całym wojsku. Wiwatom; okrzykom, strzelaniu z radości nie było końca. Nareszcie skończyła się długa wojna, która trwała 5 lat, 8 miesięcy i 8 dni.

Zaraz po zakończeniu wojny odprawiłem pod Berlinem uroczystą, dziękczynną Mszę św. Obecni byli na niej wszyscy - cała dywizja, cały sztab z generalicją na czele. Podczas Mszy św. przygrywała orkiestra dywizyjna, pod batutą dyrygenta por. Szapiry, wykonując melodie religijne. Na zakończenie wszyscy żołnierze jak jeden mąż zaśpiewali głośno i dobitnie „Boże coś Polskę”...:

... „Ojczyznę wolną

pobłogosław Panie”.

Po zakończeniu wojny, tuż pod Berlinem dowódca 1 armii WP gen. Stanisław Popławski udekorował zasłużonych oficerów i żołnierzy wysokimi odznaczeniami wojskowymi. Dla mnie przeznaczony był Krzyż Zasługi za pracę kapelańską podczas wojny. 

Przez okres wojny nie byłem ani razu ranny, mimo że znajdowałem się nieraz pod bombami samolotów, pod ostrzałem artyleryjskim, pod kulami ckmu. Chroniła mnie w dziwny sposób Opatrzność Boża, za którą jestem Bogu bardzo wdzięczny. Po skończonej wojnie i 3-tygodniowym odpoczynku dywizja nasza wróciła do Polski.

Źródło: Julian Humeński (red.). Wspomnienia wojenne kapelanów wojskowych 1939-1945. Wydawca: Wydawnictwo Caritas. S. 65 - 82. Rok wydania: 1974

Biografia: Śp. Ks. Alojzy Dudek TChr 

FaLang translation system by Faboba