I CZESC - TYGODNIK KATOLICKI "ZA I PRZECIW" NR 19/1965, S. 11

 

 Autor niniejszych wspomnien ks. ppłk Franciszek Kubsz ze Zgromadzenia OO. Oblatow zostal odznaczony Krzyzem Grunwaldu III Klasy za bochaterskoje zachowanie sie w czasie bitwy pod Lenino, Krzyzem Walecznych, radzieckim Orderem II stopnia za udzial w Wojnie Ojczyznianej. W  w ubiegłym roku w rocznice XX-lecia Odrodzonego Wojska Polskiego, ks. Franciszek Kubsz, otrzymał Oficerski Krzyz Odrodzenia Polski, ostatnio zas w stopniu podpułkownika rezerwy zostal desygnowany na p.o. proboszcza (kanelana) przy pięknym zabytkowym kościele garnizonowym sw. Elżbiety we Wroclawiu. Ponizej publikujemy wspomnienia ks. Franciszka Kubsza.

Jestem Ślązakiem, urodzonym 29 marca 1911 roku w Gliwicach w rodzinie maszynisty kolejowego. Wychowywalem się i uczęszczalem do szkoły powszechnej w WodzisIawiu. W roku 1930 po maturze wstąpilem do nowicjatu Misjonarzy Oblatow Maryi Niepokalanej. W czasie studiow seminaryjnych, nosząc się z s zamiarem wyjazdu na misje zagraniczne, zdobyłem dodatkowo dyplom technika dentystycznego, który - jak sie okaże - wielce mi się następnie przydal.

Wyświęcony w 1937 roku na kapłana - od czerwca 1939 roku przeniesiony zostałem na własną prośbę do pracy duszpasterskiej. Pracowałem w Luninie, następnie w Łunińcu - jako wikary przy dziekanie ks. Poczobucie-Odlanickim - wreszcie od lipca 1941 roku zostałem administratorem bardzo rozległej parafii Puzicze.

 

W HITLEROWSKIM WIEZIENIU

 

W maju 1942 roku, na terenie oddanej mi dodatkowo w czasową administrację parafii Sosnkowicze, zostałem aresztowany przez SD (niemiecką służbę bezpieczeństwa) pod zarzutem współpracy z partyzantami i agitowania wśród młodzieży przeciwko jej zgłaszaniu się na roboty do Niemiec. Musiał ktoś widocznie donieść, że stykali się ze mną i nawet leczyli u mnie zęby partyzanci i ich dowódcy z operującej w okolicy, radzieckiej, ale bardzo mieszanej narodowościowo Brygady im. Lenina i że rzeczywiście odradzałem młodzieży wyjazdów na roboty do Rzeszy.

Przewieziono mnie do Łunińca, gdzie zamierzano mnie bez większych ceregieli rozstrzelać, jak mi to oświadczył oficer SS. Zapobiegł jednak temu poznany ongiś w Sosnkowiczach inż. Fuerstenhaupt, b. leśnik w pińskich dobrach radziwiłłowskich. Mimo iż uważał się za Niemca, czuł do mnie jakąś sympatię, gdyż pochodził również ze Śląska, toteż przez kilka dni urabiał przy kieliszku miejscowego Gebietskomissara. Chociaż nie wyjednal mego zwolnienia - zdołał przynajmniej spowodować odroczenie egzekucji celem uprzedniego przeprowadzenia śledztwa.

Jednym z sędziów śledczych był tam Białorusin, katolik, którego żona - lekarka - niegdyś mnie w Łunińcu leczyła. Zdołał mnie uprzedzić, że nie ma przeciwko mnie dowodów winy i radził nie przyznawać się do niczego. Niestety - śledztwo prowadził inny sędzia, sługus niemiecki (zlikwidowany później przez partyzantów), który usiłował nie tylko wymusić na mnie przyznanie się do winy, ale także i ujawnienie kontaktów z mymi parafianami z Łunińca. Niczego nie osiągnął - zostałem więc przez niemieckiego żandarma i białoruskiego policjanta odtransportowany z kolei do Baranowicz.

W Baranowiczach, w gmachu SD, musiałem się nasłuchać wielu brutalnych kpin pod adresem Polski i mego stanu kapłańskiego. Toteż nawet odetchnąłem, kiedy odprowadzono mnie do więzienia. Zamknięto mnie w pustej celi, z której dopiero co wyprowadzono więźniów' na egzekucję. Nie daly mi tam zmrużyć oka wszy i pchly które rzuciły się na mnie z tobolkow pozostawionych pod pryczami przez nieszczęsnych Żydów. Nazajutrz celę oczyszczono i dostałem wspołlokatorów. Byli to dwaj młodzi Rosjanie obywatełe radzieccy, okropnie zbici, ale wyraźnie zadowoleni, że niczego z nich w sledztwie nie wyduszono. Okazali się bardzo wesołymi wspoltowarzyszami, stale śpiewali rozne piesni, nieraz nawet bardzo friwolne, milkli jednak z uszanowaniem, kiedy odmawiałem moje modlitwy i różaniec. Po kilku dniach ich "sympatie" z wolnosci zdolali im doreczyc paczki zywnosciowy, którymi dzielili sie sprawiedliwie ze wszystkimi wspoltowarzyszami w celi. Dostawaly w tych paczkach "grypsy" i sami je na odchodzącej do prania bie-liznie wypisywali.

Dozorcow więziennych nadzorujących nasza cele bylo dwoch. Jeden z nich byl Austriakiem-katolikiem i nieraz wyrażał ubolewanie, ze ma wśród więźniów księdza. Nie pierwszego zresztą - uprzednio był tu więziony ks. Kubik, dziekan z Nieświeża, który zostal juz rozstrzelany. Raz czy dwa Austriak dal mi kawałek chleba, po czym powiadomił proboszcza w Baranowiczach, że może mi przez niego dostarczać żywność. Proboszcz zaczął mi przysyłać paczki, które finansowali tez mój dziekan z Łunińca ks. Poczobul-Odlanicki i ks. Grzesiak z Klecka. Obaj ci kapłani zostali później rozstrzelani przez Niemców.

Pamiętnego dnia 2 lipca 1942 roku wyprowadzono mnie rankiem na przesłuchanie do SD. Ponowiono znane zarzuty. Próbowano mi wmówić dodatkowo autorstwo ulotki, w której Polacy stawiali Niemcom zarzut germanizacji i plucia w twarz narodowi polskiemu. „Zdradziłem” nazwisko autora tego tekstu - Marii Konopnickiej. Niemiec polecił odesłać mnie do więzienia.

Przyjął mnie w bramie Austriak. - Bogu dzięki, że ksiądz jeszcze żyje. Dziś od rana wyprowadzono i rozstrzelano nowych 20 więźniów. Tu już księdza z rejestru wykreślono. Nic tu po księdzu. - Wyprowadził mnie przez bramę rzekomo na kolejne przesłuchanie, wcisnął w rękę 20 marek. - Niech ksiądz ucieka. Z Bogiem!

 

W PARTYZANTCE

 

Co robić dalej? Byłem bez dokumentów, wyrok śmierci nadal wisiał nade mną jak zmora. Wskoczyłem na chwilę do proboszcza, doprowadziłem swój wygląd do jakiego takiego porządku, ofiarni współwyznawcy powiedli mnie na teren mej rozległej parafii.

Serdecznie przyjął mnie do partyzanckiego oddziału znany mi już uprzednio dowódca Brygady im. Lenina "Dziadzia Wasia". Partyzanci robili udane zasadzki na pojedynczych hitlerowców i całe oddziały, zdobywali na nich broń, zlikwidowali posterunki niemieckie w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. Na tym wolnym terenie znajdowała się też i moja plebania w Puziczach. Leżała na Błotach Gryczyńskich, otoczonych zewsząd lasami. Schronili się w nich później i moi parafianie, którzy ocaleli z pogromu w trakcie obławy urządzonej na partyzantów.Byla lo krwawa „pacyfikacja”. Niemcy otaczali wioski i pojedyncze chutory, spędzali ludzi na podwórza, do domów stodół czy stajen, rozstrzeliwali wszystkich łącznie z kobietami i dziećmi, po czym palili zabudowania i trupy. W ten sposób w mojej tylko parafii spalili 18 wiosek i wymordowali wszystkich mieszkańców, którym się nie udało zawczasu zbiec, lub którzy w inny, nieraz wręcz cudowny sposób nic uratowali życia.

W kilka dni po wycofaniu się ekspedycji pacyfikacyjnej ruszyliśmy szukać pozostałych przy życiu mieszkańców. Święciłem świeże mogiły, pocieszałem żywych, którzy chronili się pod naszą opiekę, zostawali w naszych ziemiankach, żyli z naszych kotłów i resztek odgrzebanych w ziemi zapasów.

W każdą niedzielę odprawiałem jedną, a nieraz i po trzy Msze św., wygłaszałem słowa pocieszenia, podtrzymywałem na duchu.

Miejsce i czas nabożeństw uzgadniałem z dowództwem partyzantki. Dawali nam ochronę, wyznaczali czujki. Widzieli we mnie i w mych współwyznawcach wielokrotnie wypróbowanych przyjaciół, którym też warto z kolei pomóc. Triumfowała zasada przykładnego współistnienia i współpracy ludzi o różnych zapatrywaniach religijnych i poglądach na świat, ale solidarnych w walce ze złem, ze wspólnym wrogiem.

W ten sposób minęła ciężka zima z 1942 na 1943 rok, wypełniona nie tylko opieką nad ocalałą ludnością, ale i udanymi akcjami bojowymi, wysadzaniem niemieckich pociągów wojskowych.

 

ZAPROSZENIE DO MOSKWY

 

Nadszedł maj. Którejś nocy przyszedł do mnie partyzant z Brygady z rozkazem dowódcy, bym zaraz zgłosił się do sztabu. Proszono mnie o dokładne personalia. - Komu to w takiej sytuacji potrzebne, czy to bezpieczne i celowe? — pomyślałem sobie. Odpowiedź przyszła za parę dni. Zaproszono mnie do sztabu Pińskiego Zjednoczenia Partyzanckiego. Tam z ust dowódcy gen. Komorowa czy też gen. Kleszczowa dowiedziałem się o decyzji sformowania I Dywizji im. Tadeusza Kościuszki - zalążka armii polskiej w ZSRR. Pokazano mi odnośne artykuły w dzienniku „Prawda”. Równocześnie postawiono mi propozycję, bym się udał w związku z tym do Moskwy. - Nic was złego spotkać nie może - zapewniano. Poprosiłem o możność porozumienia się i naradzenia z mymi partyzantami. Wszyscy byli tego samego zdania, że warto pojechać do ZSRR, odwiedzić rodaków znajdujących się tam w różnych republikach. Istniała wówczas regularna komunikacja lotnicza między partyzanckim sztabem generalnym a oddziałami walczącymi na tyłach wroga. Ale na naszych podmokłych łąkach samolot nie mógł lądować. Trzeba było pomaszerować na lotnisko odległe o około 200 kilometrów. Dostałem ochronę z 15 partyzantów, którzy, jak to usłyszeliśmy z ust dowódcy Zjednoczenia „głową mają odpowiadać za życie księdza". Wyruszyliśmy natychmiast, chociaż przykro mi było żegnać moje ukochane Polesie, gdzie wprawdzie tyle przecierpiałem, ale gdzie też spotkałem tylu ludzi z sercem na dłoni.

Kończył się okres mej przynależności do partyzantki, trwający od 15 września 1942 roku do 5 czerwca 1943 roku — jak to stwierdzono w zaświadczeniu nr 6312 Białoruskiego Sztabu Ruchu Partyzanckiego - wystawionym już po mym powrocie z Armią Polską z ZSRR.

Po kilku dniach I nocach uciążliwego marszu, nie trafiając za to po drodze na Niemców, a tylko na partyzanckie oddziały — dobrnęliśmy do miejsca rozlokowania sąsiedniego Zjednoczenia Partyzanckiego. Wieczorem zarządzono zbiórkę na dużej polanie leśnej. Padł rozkaz: „Zdrowi wystąpić!” „Swiaszczennik (to znaczy ja) — pozostać na miejscu”. Tym zdrowym polecono powyciągać z ziemi sosny wsadzone tam dla zamaskowania samolotu, który poprzedniej nocy przyleciał z Moskwy.

 

SAMOLOTEM DO MOSKWY

 

Nad ranem wylądowaliśmy na moskiewskim lotnisku. Nadjechał samochodem jakiś kapitan, zabrał mnie do wozu. W przejeździć dojrzałem Kreml - znaleźliśmy się w centrum stolicy.

W kwaterze Głównego Sztabu Partyzanckiego zobaczyłem wielu urzędujących tam generałów, pułkowników i innych oficerów. Witali się ze mną po bratersku. - Przecież wspólnie z nami walczycie z okupantem... Poczęstowali mnie śniadaniem. Było obfite i różnorodne, ale najwięcej smakował mi zwykły nie kosztowany od dawna chleb i śledzie.

Okazało się, że przybycie do Moskwy zawdzięczam gen. Ponomarence z dowództwa Sztabu Partyzanckiego. Poszedł on na rękę płk. Zygmuntowi Berlingowi poszukującemu dla Kościuszkowców kapelana i wydal rozkaz sprowadzenia właśnie mnie.

Były to pierwsze dni czerwca 1943 roku. Skierowano mnie dla wypoczynku do podmoskiewskiej miejscowości letniskowej w Srebrnym Borze i ułatwiono zwiedzanie wielkiej stolicy Kraju Rad. Dowiedziałem się, że funkcjonuje w Moskwie katolicki kościół św. Ludwika. Pośpieszyłem tam w uroczystość Zielonych Świąt. Wchodząc usłyszałem sekwencję do Ducha Świętego. Podniesiony na duchu i rozradowany chciałem się przedostać do zakrystii, ale kościół był bardzo zatłoczony ludźmi. Dopiero po nabożeństwie zetknąłem się z kapelanem kościoła i ambasady amerykańskiej O. Brownem - redemptorystą. Oświadczyłem mu, że przechodzę do duszpasterstwa wojskowego, lecz mam pewne wątpliwości co do mych formalnych uprawnień. Powiedział mi wówczas, że ma pełne orawa delegata apostolskiego na ZSRR i udzielił mi kapłańskiej jurysdykcji na cały teren Związku Radzieckiego. Dał mi również na pierwsze potrzeby opłatki na Hostię i wino mszalne. Brokatowy ornat pochodzący ongiś z moskiewskiego kościoła Sw. Piotra i Pawła wydano mi ze stołecznego Muzeum. Albę uszył mi krawiec dywizyjny, koronki zaś przy niej wycięły dziewczęta należące do Batalionu Kobiecego im. Emilii Plater. Nastąpiło to już jednak w kilka dni później, kiedy z końcem czerwca 1943 roku znalazłem się w Sielcach nad Oką wśród żołnierzy I Dywizji im. Tadeusza Kościuszki - jako jej dziekan - kapelan.

D. C. N.

 

II CZESC - TYGODNIK KATOLICKI "ZA I PRZECIW" NR 20/1965, S. 11

 

W poprzednim odcinku autor opisuje swe przezycia na Pinszczyznie w pierwszych latach okupacji hitlerowskiej, aresztowanie, pobyt w niemieckim wiezieniu, ucieczke do partyzantki i przyjazd do Moskwy na pierwszy Zjazd Zwiazku Patriotów Polskich. Mianowany przes gen. Z. Berlinga majorem, dziekanem i kapelanem I Dywizji im. Tadeusza Kościuszki ks. Kubsz jedzie do Siec nad Oka, gdzie formowala się I Dywizja.

 

W SIELCACH NAD OKĄ

 

W Sielcach spotkałem się z wielce życzliwym przyjęciem ze strony dowódcy Dywizji gen. Zygmunta Berlinga, jego zastępcy i szefa sztabu plk. Bolesława Kieniewicza, zastępcy dowódcy Dywizji do spraw polityczno-wychowawczych mjr. Włodzimierza Sokorskiego, mego krajana Włodzimierza Stahla. ówczesnego dyrektora Klubu I Dywizji (obecnego dyrektora Opery Śląskiej w Bytomiu) i wielu innych oficerów z dowództwa Dywizji.

Przede wszystkim trzeba było pomyśleć o kaplicy. Oddano mi na ten cel jeden z nielicznych domków służących niegdyś celom letniskowym. Adaptacji budynku podjął się i przeprowadził ją inż. Sigalin, ówczesny adiutant dowódcy I Dywizji. Udekorował kaplicę obrazami malarz Tobera, w czym pomagał mu rzeźbiarz, Rosjanin, polskiego pochodzenia - Puzerewski. W części centralnej ołtarza znalazł się obraz Matki Boskiej na tle Orła Białego, po prawej - scena z martyrologii narodu, po lewej - wizja wskrzeszenia Polski - grób pod strażą żołnierzy, sztandar narodowy i unoszący się nad grobem Zmartwychwstały Chrystus. Całość wyglądała bardzo nastrojowo. Przed kaplicą na obszernej polanie mogła się pomieścić cała Dywizja.

W rocznicę bitwy pod Grunwaldem - 15 lipca - odprawiłem przed tym ołtarzem pierwszą Mszę św. dla naszych żołnierzy i licznie przybyłych delegacji. Śpiewano pieśni religijne i religijno-patriotyczne, przygrywała dobrze wyćwiczona przez Miszołowicza potężna orkiestra dęta pod batutą Cajmera. Zołnierze śpiewali, ale i mocno szlochali. Znaczna część żołnierzy i większość Batalionu Kobiecego przystąpiła do Komunii św.Po skończonym nabożeństwie doszły mnie uwagi kilku służących mi ochotniczo do Mszy św. żołnierzy. - „A jednak umie odprawiać..." Uderzyły mnie te ich wypowiedzi. Zastanowiłem się. czy chodzi im o to, że mogłem zapomnieć ceremonii w więzieniu lub lasach, czy też mają na myśli coś innego. Sprawa wyjaśniła się znacznie później - dopiero podczas postoju w marszu pod Lenino. Podeszła wówczas do mnie grupa żołnierzy, wystąpił jeden z nich odważniejszy, zameldował się przepisowo i przeprosił za dotychczasowa nieufność. Przypuszczali po prostu, że tylko podszywam się pod kapłana i sprawdzali moje kwalifikacje i postawę. Znalazł się też w Dywizji brat mego sąsiada z Łunińca. ks. Małachowskiego, ktory stwierdził moją autentycznosc. Gwarantowal ja tez kpt. Stahl i rezyser zolnierskiego teatru Walden twierdząc, że mnie "nie wyreżyserowal". Zaufal mi tez od poczatku Batalion Kobiecy. 

Wracam do uroczystości w dniu 15 lipca. Po nabożeństwie miałem zaszczyt odbierac od dowództwa z gen. Berlingem na czele, od oficerów i żołnierzy calej Dywizji uroszysta przysiege zolnierska, zakonczoną słowami "Roty" -  "Tak mi dopomoz Bog". Następnie odbyła sie defilada przed trybuną ozdobiona flagami sojuszniczych państw: polska, radziecka, amerykańską, francuska i brytyjska, malowanymi przez Wlodzimierza Stahla na prześcieradlach czerwonym i niebieskim atramentem. Znalazlem sie na trybunie obok zastepcy dowodcy do spraw polityczno-wychwawczych mjr. Włodzimierza Sokorskiego, z którym współpracowalem w atmosferze wzajemnego zrozumienia i życzliwości.

Odtad kazdego dnia dnia odprawiałem Msze sw. i sluchałem spowiedzi, z poczatku w kaplice polowej, a następnie w jednostkach. W niedzielę odprawialem nieraz po trzy Msze św., by wszyscy chetni mogli uczestniczyć w nabogenstwie. Zdarzaly się wzruszające chwile udzielania chrztu lub wysluchiwania spowiedzi i udzielania Komunii św. zolnierzom, przygotowywanym do tych Sakramentów przez kolegów.

Dowiedziawszy się od jednego z oficerów, ze pojedzie do Kujbyszewa po pozostawione tam skrzynie z medykamentami i że podobno są tam też skrzynie z paramentami - poprosiłem go o przesłanie mi tych skrzyń do Dywizji. Chętnie spełnił moją prośbę. Samych mszalików różnego formatu było tam kilkanaście tysięcy, ponadto wiele tysięcy krzyżyków i medalików, kilkanaście mszałów oraz kompletów ornatów i kielichów. Wszystko to wielce się przydało. Otrzymane mszaliki żołnierze nieraz przesyłali swym rodzinom, toteż ciągle przychodzili po nowe.

Ciągle przybywali do Dywizji nowi żołnierze. Słysząc rozbrzmiewający w południe hejnał mariacki niejeden z nich płakał.

Tymczasem zbliżała się czwarta rocznica wybuchu drugiej wojny światowej. Wszyscy żołnierze byli już po przysiędze i manewrach. Wiadomo było, że niebawem weźmiemy udział w akcji bojowej.

 

PRZED BITWĄ POD LENINO

 

Ruszyliśmy na front. A więc już bliżej Ojczyzny. Na stacji Jarcewo pod Smoleńskiem znalazł się czas na odprawienie nabożeństwa. Wystawiliśmy prowizoryczny ołtarz połowy, rozpocząłem pod sosną celebrować Mszę św. Prosiliśmy Boga o opiekę, o zwycięstwo, o możność powrotu do Ojczyzny. W momencie Podniesienia, niemal nad naszymi głowami rozegrał się raptem bój powietrzny. Kule przeszywały gałęzie i liście nad nami, wszyscy jednak wytrwali w spokoju i skupieniu do końca Mszy św. - i wyszli bez szwanku.

W trakcie postojów żołnierze gorliwie się spowiadali. Korzystałem wówczas z oddanego mi do dyspozycji samochodu, aby dotrzeć do wszystkich jednostek i wyspowiadać wszystkich chętnych przed szykującą się bitwą.

Znaleźliśmy się w strefie przyfrontowej. Przed południem, 11 października 1943 roku powiadomił mnie gen. Berling o czekającym nas jutro natarciu. Trzeba było przygotować moralnie żołnierzy.

Spiesząc tego przedpołudnia do żołnierzy zdawałem sobie sprawę, że długo zapewne pozostanie mi przebywać w przyfrontowej strefie, tym bardziej że niektóre jednostki znalazły się już na wysuniętych pozycjach. Artylerzyści ustawili działa i przygotowali się już do wykonania swego zadania. Obszedłem w ten sposób wiele jednostek, wśród nich żołnierzy II Pułku Piechoty, którego zastępcą dowódcy do spraw polityczno-wychowawczych byl wówczas kanitan Marian Naszkowski, a lektorem pułkowym Edward Ochab.

 

Kiedy doszedłem do stanowisk I Pułku Piechoty — już się ściemniło. Żołnierze znajdowali się w okopach, w odległości zaledwie jakichś 600 metrów od nieprzyjaciela kryjącego się w dolinie Mierei. Trzeba było zachowywać się cicho i ostrożnie, gdyż Niemcy na dźwięk naszych głosów lub też dostrzegając jakieś nasze poruszenia natychmiast oświetlali teren racami na balonikach i wysyłali ku nam długie serie z karabinów maszynowych. Żołnierze i oficerowie radzili mi przerwać moje czynności kapłańskie choćby na parę godzin.

Około północy zaproszono mnie do sztabu pułkowego. Wszyscy byliśmy bardzo głodni. Od rana zdążyłem zjeść tylko parę zabranych ze soba na obchód sucharków. Zebrali się oficerowie z dowództwa I Pułku, wśród nich ówczesny zastępca, a późniejszy dowódca tego Pułku Leonard Borkowicz. Któryś z oficerów przyniósł trochę konserw...

Była już chyba druga po północy, gdy podziękowawszy za serdeczne przyjęcie poszedłem kontynuować swą pracę duszpasterską. Na linii spotkałem kpt. Juliusza Hibnera (obecnego generała — wówczas — zastępcę dowódcy Pułku) i ppor. Henryka Wernera, redaktora dywizyjnej gazety "Żołnierz Wolności", do której redagowałem dodatek pt. "Bóg i Ojczyzna". Razem z tymi oficerami poszliśmy linią okopów do końca stanowisk 1 Batalionu I Pułku Piechoty.

 

BITWA

 

Naraz zaczyna grać artyleria, żołnierze spreżają się do skoku. Rozbłyska czerwona rakieta sygnałowa i Batalion rusza do natarcia.

Poszedłem i Ja. Dopadłi mnie jednak później kpt. Hibner i ppor. Werner i zmusili bym dołączył do Sztabu.

Wyrywam sie jednak na linię, gdyż czeka mnie wiele roboty.

Są już pierwsi ranni. Udzielam im zaopatrzenia duchownego i szukam dalszych rannych. Są - nie brak też i zabitych.

Bój zwiadowczy nie przynosi na razie spodziewanego sukceiu - następuje przerwa do około 3-tej rano.

Po ponownym, tym razem wręcz huraganowym przygotowaniu artyleryjskim, nasza piechota znów rusza do natarcia. I ja więc spieszę do rannych. Najpierw na samym polu bitwy, następnie w szpitalnych namiotach dokąd zaczynają przewozić rannych żołnierzy.

Krążę między pryczami. Kilkakrotnie prosi mnie do siebie por. Czarkowski. Jest śmiertelnie ranny - nie zdaje sohie jednak z tego sprawy, dopytuje się o gen. Berlinga, o nasz sztandar - czy go czasem nie dostali w swoje ręce Niemcy. Wkrótce umiera. Inny ranny, leżący już na stole operacyjnym - płacze. Nie chce pozwolić na amputację nogi - pragnąłby wrócić do swoich nie jako kaleka. Pytam się dr. Zajączkowskiego czy zachodzi bezwzględna konieczność amputacji. - Spróbuję mu zostawić tę nogę, skoro ksiądz tak nalega - decyduje się doktor. Ryzyko opłaciło się spotkałem później tego żołnierza w Moskwie już jako rekonwalescenta. Chodzij jeszcze o kulach, ale na obu nogach.

Współczuję lekarzom, którzy pracują już od blisko 30 godzin i ledwie trzymają się na nogach. Przynoszę ze swego samochodu pudełko dobrej kawy. Dobrze robi nam wszystkim.

Ale wypoczynek trwa niedługo. Dowożą nowych rannych. Patrzę na jednego z nich - czy to chłopiec czy dziewczyna? - Dziewczyna - słyszę cicha odpowiedź. Przywykł już człowiek do widoku rannych i cierpiących, ale patrząc na te naszą fizylierkę - ścisnęło się serce. Inne w jej wieku tulą się jeszcze do swych mamuś a ta - tyle już przeszła w swym krótkim życiu i jeszcze teraz - to kolano... Udzielam jej Sakramentów św., i proszę ordy-nansa, by jej przyniósł trochę masła, cukru i konserw, zaś dla pozostałych żołnierzy - tytoniu. Gen. Berling ofiarował mi dla nich cały worek, było więc z czego rozdawać.

Znów nowi ranni. Każdego pytam czy jest katolikiem i czy chciałby się wyspowiadać. Każdego bez względu na wyznanie staram się pocieszyć i podtrzymać na duchu.

Miałem do czynienia nłe tylko z rannymi - trzeba też było grzebać poległych. Nie zawsze korzystałem z pomocy plutonu pogrzebowego, wystarczała mi pomoc mych bezpośrednich współpracowników - krzepkiego kierowcy, sierżanta Apolinarego Skoczka i mej prawej ręki, chor. Jana Wróbla - dziś dyrektora Liceum w Świebodzinie. Nigdy nic czuli się zmęczeni, zawsze byli gotowi do największych wysiłków i poświęceń.

Po dwóch dniach ciężkich zmagań Dywizję odwołano z linii frontu - na zasłużony odpoczynek.

 

NA ŚNIEZNYM SZLAKU

 

Nadal odprawiam regularnie nabożeństwa przy licznym udziale żołnierzy, pisuję artykuły religijne do naszej dywizyjnej gazety. Od Adwentu 1943 roku kącik religijny w "Żołnierzu Wolności" przekształca się w odrębne czasopismo pod tytułem "Bóg i Ojczyzna". Żołnierze rozsyłają je nieraz także do swych rodzin rozsianych po całym obszarze ZSRR, w związku z czym napływa do mnie wiele ciepłych, nieraz wstrząsających listów i zaproszeń do odwiedzin z Mszą św., i Sakramentami. Muszę jednak pozostawać przy mojej Dywizji, która zostaje w ciągłej gotowości bojowej i w oczekiwaniu ofensywy. Formuje się już także II Dywizja w naszych "rodzinnych" Sielcach.

Odwiedzam ich tam w dniu 11 listopada. uczestnicząc w ceremonii przysięgi, odbieranej od nowo zaciężnych przez ks. Antoniego Lopacińskiego. Uprzednio był on kapelanem Dywizji Łotewskiej walczącej u boku Armii Czerwonej. Odszukałem go następnie rannego w moskiewskim szpitalu i korzystając z mych uprawnień generalnego dziekana skierowałem go na kapelana do naszej II Dywizji wchodzącej w skład formującego się w ten sposób I Korpusu Polskich Sił Zbrojnych w ZSRR. Dzisiaj ks. Łopaciński jest proboszczem w Leśnej k/Lubania na Dolnym Śląsku.

W Sielcach stykam się wówczas po raz pierwszy z gen. Karolem Świerczewskim dowódcą II Dywizji. Przyjmuje mnie bardzo życzliwie, zaprasza gościnnie do siebie „na mleczko”, które się mleczkiem nie okazuje, długo ze mną gawędzi. Opowiada o swych bojach w Hiszpanii, podkreśla, że nie prowadzono tam walki z wiarą, Kościołem czy klerem jako takim, i że podział stron walczących miał tam charakter jedynie i wyraźnie klasowy. Odtąd nieraz jeszcze miewałem okazję kontaktów z gen. Walterem. W czasie mych dość częstych bytności w Moskwie korzystałem z gościnności generała i jego rodziny, nocowałem tam nieraz i odwożony bywałem następnie do jednostki jego samochodem. Wiele też mi pomógł później, już w trakcie naszego marszu przez wyzwoloną Lubelszczyznę.

Tymczasem nadszedł grudzień - rozpoczęły się ciężkie rosyjskie mrozy. Nie przerwały jednak naszych polowych nabożeństw „na świeżym powietrzu”. Raz z trudem dobrnąłem do końca Mszy św. Przemarznięty, u kresu sil, zdołałem jeszcze krótko przemówić po nabożeństwie i zaintonować „Boże coś Polskę", lecz nie wytrwałem już jak zwykle przy ołtarzu do końca pieśni, lecz szybko schroniłem się do chaty, o której ścianę oparty był ołtarz. Podziwiałem wówczas żołnierzy, że wytrwali na mrozie do końca, minio iż jeszcze bardziej byli wystawieni na przeszywający do szpiku kości wiatr. Zasłabłem wówczas i musiano wezwać lekarza. Troskliwie zaopiekował się mna wtedy zastępca dowódcy ppłk. Eugeniusz Szyr, który też przydzielił mi później kilku żołnierzy z łopatami bym się mógł przebić przez zwały śniegu do mego miejsca postoju.

Innym razem, w czasie Mszy św., już po Ofiarowaniu, zaczęły nam padać na odkryte głowy ciężkie płaty śniegu. Usłały się grubą warstwą na ołtarzu tak, iż musiałem przykryć Hostię pateną. A żołnierze stali twardo. Po nabożeństwie, odwracając się ku nim dla wygłoszenia kazania, ujrzałem niesamowity widok. Nieomal każdy z żołnierzy miał na sobie grubą warstwę śniegu upodabniając się do ulepionych ze śniegu niekształtnych figur. Tylko oczy im promieniały spod śniegowych czap. Śnieg zaś orószył i prószył - jeszcze i przez całe kazanie.

D. C. N.

 

III CZESC - TYGODNIK KATOLICKI "ZA I PRZECIW" NR 21/1965, S. 11 i S. 15

 

W poprzednich odcinkach Autor wspomina swa prace duszpasterska na okupowanej przes Niemców Pinszczyznie, aresztowanie przez SD, ucieczkę do partyzantki i sprowadzenie go do Sielc nad Oka do dyspozycji I Dywizji im. Tadeusza Kosciuszki, ktorej zostal kapelanem. Relacjonuje następnie przebieg uroczystosci przysiegi zolnierskiej w Sielcach, swa praca kapelanska wśród żołnierzy I Dywizji, uczestnictwo w bitwie pod Lenino, opieke nad rannymi, kontakt z formujaca sie II Dywizją i wreszcie żołnierskie zycie na zapleczu frontu na Smolenszczyznie w czasie surowej zimy 1943 roku.

Zblizala się Gwiazdka - pierwsza wspólna wigilia Kościuszkowców. Przebywaliśmy wprawdzie na względnie spokojnym zapleczu frontu ale z przygotowaniem tradycyjnych potraw na tę wigilię było trudno. Nasz kwatermistrz - mjr. Wiśniewski prosi mnie więc, bym razem z nim pojechal w tej sprawie do Kwatermistrzowstwa Tylów Armii. - Księdzu przecież Sowieci niczego me odmówią... Po całonocnej jeździe willisem, - a noc byla wyjątkowo mroźna - dojeżdżamy do celu. Gen. Sacharow przyjmuje nas z iscie rosyjską gościnnością. Rozgrzalismy się, wzmocniliśmy siły - przystepujemy do sprawy.

- Świeżych karpi juz chyba me dostaniemy, za pozno... Ale czego wam jeszcze potrzeba? A może by tak z 50 hektolitrów wódki? - pyta wyrozumiałe gen. Sacharow. Otwieram usta, by zaprotestować, że to za dużo - ale w tym momencie kopie mnie delikatnie pod stołem mjr. Wiśniewski. Dostajemy wódkę i wiele innych produktów. Gen. Sacharow postarał się dotrzymać swej obietnicy, że nasi żołnierze będą mieli na wigilię niemal to wszystko co w rodzinnych domach.

Parę ostatnich dni przed wigilią poświęciłem na wysłuchiwanie spowiedzi. Rankiem w dniu wigilii pojechałem do saperów. Zatrzymały w drodze mój samochód kilkumetrowej wysokości zaspy śnieżne. Musiałem się na nie wdrapywać nieomal na czworakach, pocieszając się, że podobne trudności muszą mieć także misjonarze wśród Eskimosów.

Wieczorem zbieramy się na wigilijną wieczerzę w obszernej chacie we wsi pod Smoleńskiem, gdzie kwaterował sztab naszej dywizji. Dzielimy się skąpymi okruchami opłatka, cieszymy się tradycyjnymi potrawami, śpiewamy kolędy, snujemy marzenia - i wspomnienia.

Jeden z kolegów, który całe życie spędził w ZSRR, opowiada jak to zeszłej zimy leżał o tej porze na śniegu pod Stalingradem maskując się przed wrogiem białym płaszczem. Z pierwszą gwiazdką ruszył na zwiad nucąc sobie w myślach stare nasze kolędy. Zaśpiewał je i nam - a znał takie, których nie ma już nawet w śpiewniku ks. Siedleckiego.

Wędrujemy następnie od chaty do chaty dzieląc się opłatkiem z żołnierzami. Wszędzie ten sam miły serdeczny nastroj gwiazdkowy. Wszyscy się czujemy bardzo sobie bliscy, wszyscy odczuwamy duchowa obecność naszych rodzin.

Zbieramy sie następnie na pasterce. Daleko w swiat niesie nasze kolędy odgllos poteznej dętej orkiestry.

 

W DUCHU SOLIDARNOSCI

 

Na Sylwestra jadę z kpt. Hibnerem i innymi kolegami odwiedzić naszych rannych w moskowskim szpitalu. Trafiamy na bal maskowy rekonwalescentow. Cieszymy sie, ze nasi chłopcy odzyskuje zdrowie i wigor. Wielu żołnierzy przekazuje mi adresy swych rodzin rozsianych w ZSRR.

W trakcie sylwestrowego pobytu w Moskwie zlozylem też wizytę prawoslawnemu Metropolicie Moskiewskiemu - Mikołajowi. Przyjal mnie bardzo zyczliwie, gratulował postawy naszego wojska i mego odznaczenia orderem radzieckim drugiego stopnia przyznanym mi rozkazem Rady Ńajwyżsfej ZSRR za zachowanie sie pod Lenino, ofiarował mi tez 50 butelek wina mszalnego na potrzeby liturgiczne. Nie był to jedyny przejaw ekumenicznej postawy prawoslawnego duchowienstwa wobec kaplana katolickiego.

W dzień Nowego Roku 1944 powiadomiono mnie i kpt. Hibnera, że możemy skontaktować się z Polakami wcielonymi ongiś przymusowo do Wehrmachtu którzy dostali się następnie do niewoli radzieckiej i przebywają w osobnym obozie jenieckim pod Moskwą. Juz na dworcu Rżewskim zauważyłem, ze zapomniano mi zapakować na drogę albę. Zaszedłem więc do cerkwi przy dworcu, gdzie przyjął mnie serdecznie tamtejszy „batiuszka” i chętnie pożyczył swej alby na „Bogusławienie”.

Zajechaliszmy do obozu odprawiłem tam Mszę sw. i przemówiłem do Ślązaków dodając im otuchy i nakłaniając by zgłaszali się do naszych szeregów. Wśród jeńców był ks. Alojzy Dudek ze Śląska. Zapewnił mnie, że wszyscy chcą przejść do Wojska Polskiego. Rzeczywiście, z tych żołnierzy sformowano następnie III Dywizję, której kapelanem został właśnie ks. Dudek. 

Pomimo złamania w wypadku żebra, dalej, po powrocie z Moskwy na Smoleńszczyznę, odprawiam nabożeństwa i uczestniczę w manifestacjach partiotycznych, m. in. za spokój duszy gen. Wł. Sikorskiego. Bierze mnie za to na żer hitlerowska propaganda i poświęca mi pełną nienawiści wzmiankę urzędowy organ NSDAP - "Voelkischer Beobachter". Odbija się to, niestety, na losie przebywającego na Śląsku mego staruszka ojca, który - jak się później dowiedziałem - trafia do więzienia w Rybniku.

23 lutego (rocznica powstania Armii Czerwonej) i dzień następny obchodzone były w 1944 roku jako dni żołnierzy - Slowian. W uroczystej akademii w Sali Kolumnowej Domu Związków przy Placu Czerwonym w Moskwie wzięły udział delegacje wszystkich jednostek słowiańskich walczących wespół z Armią Czerwoną przeciwko Niemcom hitlerowskim, a więc delegacje Polskiego I Korpusu, Sil Zbrojnych Czechosłowackich i Jugosłowiańskich. Prezydiował gen. lejtnant Aleksander Gundorow, przewodniczący Komitetu Wszechsłowiańskicgo. Z Polaków przemawiał gen. Zygmunt Berling i chorąży Irena Hankiewicz. Wreszcie zabrałem głos i ja, jako jeden z dwóch obecnych tam duchownych. Drugim był prawosławny kapelan jugosłowiański, mjr. Dymitr Cwiertow.

 

WIELKANOC NA UKRAINIE

 

Wracam z Moskwy do swego korpusu na Smoleńszczyznę. Pozostajemy już tam niedługo. Przerzucają nas na Ukrainę. Cieszymy się — zawsze to już bliżej domu... Sztab nasz staje w Chopniowie, pułki zostają rozmieszczone w różnych, nieraz dość odległych od siebie miejscowościach. Miejscem naszego postoju jest wioska w pobliżu Żytomierza. Zastajemy tu wysadzony częściowo w powietrze przez odchodzących Niemców pofranciszkański klasztor i kosciol. Spod białej farby ocalałego frontonu wylaniają sie zarysy postaci Niepokalanej z półksiężycem u Jej stop i s polskim ponizej napisem: "Z Twoicn darów - Tobie ofiara" 

Żołnierze oczyścili jako tako pozbawione dachu wnętrze zrujnowanej swiatyni i odprawiliśmy tam nabozenstwo do którego przygrywała dywzyjna orkiestra. Licznie się stawiła okoliczna ludność. Wiele z tych osób przypomniało mi się późnie juz w kraju.

Korzystaliśmy też z kościoła katolickiego w Żytomierzu, niezależnie od nabożeństw polowych w lasach, w których rozlokowane były liczne nasze jednostki wzbogacone o świeżych rekrutów nadciągających spod Zbaraża, Tarnopola itp.

Główne wielkanocne nabożeństwo, przy którym przygrywała dywizyjna orkiestra, odprawiłem w Berdyczowie, drugą Mszę św. w Kodni, trzecią już w warunkach polowych.

 

SPOTKANIE Z KS. ORLEMAŃSKIM Z USA

 

Z końcem marca zwrócił się do mnie gen. Berling z prośbą bym uczestniczył w przywitaniu założyciela Ligi Kościuszkowskiej wśród Polonii w USA, ks. Orlemańskiego, który przyleciał ze Stanów Zjednoczonych z misją dobrej woli. Musiałem udać się w tym celu do Sum na Ukrainie, gdzie, jak dawniej w Sielcach nad Oką, formowały się nasze następne dywizje wchodzące w skład I Korpusu Polskich Sił Zbrojnych. Po wielu perypetiach (zabrakło nam benzyny i radziecki pilot nie znał trasy przelotu) doleciałem samolotem typu UT-2 na lotnisko w Sumach - już po zapadnięciu ciemności. Gen. Świerczewski usłyszawszy warkot krążącego nad koszarami samolotu, polecił wysłać samochód po niespodziewanych gości - rychło więc znalazłem się na jego kwaterze. Był tam już, zabawiany przez gościnnego jak zawsze i pełnego humoru gospodarza, ks. Orlemański a z nim, wśród wielu naszych oficerów, ks. kpt. Tadeusz Fedorowicz, wielkiej zacności człowiek i kapłan, który po wielu ciężkich przeżyciach osobistych został przez nas wciągnięty do duszpasterstwa wojskowego. Korzystając z mych uprawmień dziekana formującej się już I Armii WP (funkcję kapelana mej macierzystej I Dywizji przekazałem tymczasem ks. kpt. Janowi Śpiewakowi, b. więźniowi hitlerowskiemu i b. kapelanowi wołyńskiej brygady AK) - skierowałem ks. Fedorowicza na stanowisko kapelana nowo powstającej IV Dywizji.

Ks. Orlemański przyjechał z Moskwy pociągiem specjalnym przydzielonym mu przez rząd ZSRR. Na noc zabrał mnie do swej "salonki" i wiele godzin poświęcił mi na rozmowę. Wyrażał m. in. radość, że los ludności polskiej na terenie ZSRR uległ tak zasadniczej poprawie z chwilą sformowania naszej I Dywizji. Nazajutrz wygłosił patriotyczne przemówienie dla naszych żołnierzy i otrzymał od nich pamiątkowy dyplom, na którym i ja złożyłem swój podpis.

 

Z RODAKAMI

 

Niebawem nasze wojsko znów zmienia miejsce postoju. Jedziemy na Wołyń. Jak serdecznie witają rodacy żołnierzy w polskich mundurach i ich kapelana. Łzy rozczulenia, kwiaty, wzruszające rozmowy... Ludność tłumnie uczęszcza na nasze nabożeństwa. Szeregi naszego wojska poszerzają się o nowych rekrutów - formują się nowe jednostki w składzie I Armii.

Również miejscowe duchowieństwo katolickie pozostaje z nami w serdecznym kontakcie. Ks. biskup Antoni Szelążek z Łucka udziela mi jurysdykcji kościelnej i godzi się chętnie na rekrutację z jego diecezji nowych kapelanów dla naszej Armii. Zgłasza się wówczas wielu, wśród nich ks. Mościński i ks. Antoni Lemparty z diecezji lwowskiej, ks. ks. Sąsiadek, Dydek, Zabiegło i bernardyn ks. Folta z diecezji łuckiej. Ks. biskup Szelążek godzi się także chętnie na zorganizowanie dla kapelanów rekolekcji duszpasterskich, tak potrzebnych nam wszystkim dni skupienia wewnętrznego. Konferencje prowadzi ks. kanonik Bukowiecki - proboszcz katedry w Łucku, ostatnią zaś naukę wygłasza sam ks. biskup. Mówi nam wiele o obowiązku poświęcenia, o postawie kapelana i jak najbardziej pozytywnie ocenia nasze funkcje błogosławiąc na zakończenie nam i naszym żołnierzom. Przysyła też swego delegata na uroczystość poświęcenia sztandaru nowej naszej jednostki, interesuje się również żywo projektami programu szkolnego nauczania religii.

Jadę z tymi projektami do Moskwy na kolejne zebranie członków Prezydium ZPP. Na zebraniu poznaję członków przybyłej z kraju delegacji KRN, wśród nich generała broni Michała Rolę Żymierskiego, inż. Mariana Spychalskiego, Edwarda Osóbkę-Morawskiego, Wincentego Rzymowskiego, Kotka-Agroszewskłego, Hannemana i innych.

Omawiana jest oczywista konieczność podporządkowania się wszystkich polskich jednostek Krajowej Radzie Narodowej i połączenia Polskich Sił Zbrojnych w ZSRR z Armią Ludową w kraju w jednolite Wojsko Polskie. Zabierając głos postuluję m. in. potrzebę stworzenia ekspozytur ZPP na Zachodniej Ukrainie i Białorusi dla zaopiekowania się rodakami pozostającymi na terenach wcielonych do ZSRR a zwłaszcza dla zabezpieczenia naszej młodzieży możliwości przedostania się w naszych szeregach do kraju.

Delegacja krajowa odwiedza nas także na Wołyniu. Osóbka-Morawski, Spychalski, Rzymowski i inni przedstawiają żołnierzom obraz sytuacji w kraju, konieczność mobilizacji wszystkich sił, solidarności oddziałów walczących w ZSRR i w kraju. Nasz batalion szturmowy szykuje dla Armii Ludowej w kraju nowe zrzuty ze sprzętem wojskowym.

 

NARESZCIE W OJCZYŹNIE

 

Z Wołynia ruszamy już z całą naszą I Armią, której jestem dziekanem. Wkraczamy do Chełma Lubelskiego. Cóż za entuzjastyczne powitanie! Dziewczęta obrzucają nas kwiatami - nieraz muszę wskazywać na krzyżyki widniejące na kołnierzu mego kapelańskiego munduru, by się obronić przed ich nazbyt serdecznymi całusami. Odprawiam uroczyste nabożeństwo. Następuje manifestacyjne spotkanie żołnierzy i ich dowódców z ludnością miasta.

Przez Piaski maszerujemy do Lublina. Jak nas tam witano z radością i łzami wzruszenia, jak obdarowywano kwiatami, papierosami, żywnością - nie da się opisać. Odprawiamy uroczyste nabożeństwa, ja najczęściej w kościele OO. Dominikanów. Uczestniczę w manifestacyjnym pogrzebie zwłok ofiar pomordowanych przez hitlerowców na Zamku Lubelskim i celebruję Mszę żałobną w obozie śmierci na Majdanku. W czasie uroczystej defilady wojskowej odbieranej przez naczelnego wodza gen. Michała Rolę-Zymierskiego wespół z gen. Zygmuntem Berlingiem, jestem na honorowej trybunie między przewodniczącym PKWN, Bolesławem Bierutem i ówczesnym ambasadorem Związku Radzieckiego w Polsce, generałem (późniejszym marszałkiem) Bułganinem.

Nawiązuję kontakt z Kurią Lubelską, z administratorem diecezji ks. Kruszyńskim i jego kanclerzem. Uzyskuję jurysdykcję kościelną dla siebie i wszystkich podległych mi, jako generalnemu dziekanowi Wojska Polskiego. kapelanów, proszę o możliwość rekrutacji nowych kapelanów i o dostarczenie sprzętu liturgicznego. Prócz księdza Stanisława Warchałowskiego, przedwojennego kapelana wojskowego, który zgłosił się jeszcze w Chełmie, przybywają ponadto ks. Andrzej Wystrychowski, ks. Stanisław Kałuża (dziś już nieżyjący), ks. Mikołaj Pułacz (obecnie kapelan w Lublinie), ks. Edward Zarzycki i franciszkanin O. Marek. Dwaj ostatni trafili pod Budzlszynem do niewoli niemieckiej i mieli być rozstrzelani przez hitlerowców. Ks. Zakrzewski zginął, a O. Marek, chociaż ciężko ranny, zdołał się uratować, Dochodzą ks. ks. Ławrynowicz, Kapralski, Mazurek, Bartkowiak, Zebrowski, Mrugacz, Gniwek, Domański, Witkowski, Rdzanek, O. Dominik z Zakonu OO. Dominikanów i inni. Później pod Warszawą liczba tych kapelanów dojdzie do około 50.

 

PRZEZ WISŁĘ

 

Znany jest dobrze nasz dalszy szlak bojowy - nie będę się nad nim rozwodził. Ruszyłem dalej, formalnie przy sztabie Naczelnego Wodza, faktycznie - śpiesząc tam, gdzie brakowało w danej chwili kapelana. Utkwiło mi w pamięci z tego okresu jeszcze jedno spotkanie z gen. Świerczewskim. Miałem pojechać na nabożeństwo w lasach na Podlasiu, o ile sobie przypominam - w związku z przysięgą nowo zaciężnych. Wyjechałem z Lublina przydzielonym mi „Willisem”, ale za Lubartowem miałem defekt dwóch opon, więc przygodnym samochodem wróciłem do Lubartowa, gdzie stał sztab II Armii pod dowództwem Świerczewskiego. Zawsze mnie on zapewniał bym w wypadku potrzeby liczył na jego pomoc. Spieszę więc na jego kwaterę. Jest wczesny ranek, adiutant mówi mi, że generał jeszcze odpoczywa. - Proszę go więc nie budzić - wycofuję się. Ale adiutant na to: - Muszę zameldować, że ksiądz tu był. Generał zawsze uważał księdza za przyjaciela i będzie miał żal, że go nie obudziłem. Skoczył do sąsiedniej izby, za chwilę z portkami w garści wychodzi do mnie gen. Walter. - Co, psiakrew, wam się stało, księże dziekanie? - Wyjaśniam, jak bardzo mi śpieszno na nabożeństwo. - Samochodem już nie zdążycie - odpowiada mi generał i zwraca się do adiutanta: - Telefonuj na lotnisko, każ przygotować mój samolot, niech się natychmiast zgłasza mój kierowca, by księdza podrzucić do samolotu. - Popatrzył na mapę. - Zawiadom jednostkę na Podlasiu o miejscu lądowania, żeby tam na księdza czekał samochód, który go dostawi prosto pod ołtarz. I tak się stało.

Z naszych bojów zawsze będę pamiętał walkę pod Puławami, następnie zaś ciężką przeprawę w dniu 9 sierpnia naszych żołnierzy z I Brygady Pancernej im. Bohaterów Westerplatte - przez Wisłę pod Magnuszewem w pobliżu Warki. Jednostki saperskie pod ciężkim obstrzałem wroga z lewego brzegu Wisły szykowały pontony dla przeprawy naszych czołgów i artylerii. Uważałem oczywiście za swój obwiązek wystąpić na piaszczysty pagórek na wiślanym brzegu i krzyżem błogosławić przeprawiających się pod gradem pocisków żołnierzy.

Wreszcie Praga - tylko pas wody wiślanej dzieli nas od walczącej i płonącej stolicy. Jakżeśmy się do niej rwali - jak pragnęliśmy jej przyjść z pomocą, choć sami byliśmy ciągle pod obstrzałem i raz wprost cudem uniknąłem śmierci w okolicach soboru przy Zygmuntowskiej.

Pamiętam - byłem wówczas przy stanowiskach V i VI Brygady Artylerii - telefonuje do mnie gen. Berling. - Przyjdź księże natychmiast! - Zjawiam się - widzę generała w towarzystwie dwóch dziewcząt i chłopców. Właśnie się przeprawili z tamtego brzegu. Leży przed nimi plan Warszawy. Generał widocznie wzburzony, zwraca się do mnie: - Księże, przygotuj żołnierzy. W nocy natarcie. Trzymaj język za zębami. Powiedz tylko kapelanom. - V i VI Brygada nie miały swego kapelana - ja więc do nich pośpieszyłem. Cóż - przedostała się na drugą stronę Wisły większość żołnierzy III Dywizji i niektóre inne samodzielne jednostki - natarcie jednak załamało się wobec niedostatecznego wsparcia artyleryjskiego. A Niemcy właśnie w tym punkcie skoncentrowali ogień. Tylko części naszych udało się powrócić. W obliczu tak wielkich a daremnych strat gen. Galicki, Rosjanin, dostał szoku nerwowego. Szok to był także dla nas wszystkich.

Miałem jeszcze ten radosny i smutny zarazem zaszczyt brać udział we wkroczeniu naszych wojsk do ruin Warszawy i w pierwszej naszej defiladzie w wyzwolonej stolicy.

W lutym 1945 roku funkcję generalnego dziekana Wojsk Polskich gen. Rola-Żymierski przekazał ks. płk. Stanisławowi Warchałowskiemu. Powróciłem do pracy duszpasterskiej wśród cywilnych parafian, ostatnio zaś pełnię obowiązki proboszcza (w stopniu ppłk. rezerwy) garnizonu Wrocław przy pięknym wrocławskim kościele Sw. Elżbiety. Niedaleko, na terenie tej samej diecezji, pracują też w duszpasterstwie moi wojskowi konfratrzy: księża Łopaciński, Dudek, Kij i Mościński. W Platerowie, pow. Lubań, dokąd nieraz zaglądam, osiedliły, się po wojnie dziewczęta z Batalionu Kobiecego im. Emilii Plater. Dobrze się tam zagospodarowały - dziś są to już stateczne niewiasty, obdarzone licznymi rodzinami. Nieraz snujemy razem wspomnienia na temat ciężkich i pięknych chwil, przeżytych nad Oką i na szlaku prowadzącym do Ojczyzny.

 

KONIEC

 

P.S. Administrator pragnie złożyć najserdeczniejsze podziękowania Piotrowi Sadowskiemu za udostępnianie materiałów archiwalnych.

 

 

FaLang translation system by Faboba