Po powołaniu na służbę wojskową trafiłem do pułku szkolnego rozlokowanego we wsi Sielce w obwodzie Riazańskim. Wkrótce zaczęto nas wystawiać na wartę. Po raz pierwszy objąłem posterunek przy wejściu do sztabu pułku. Sztab mieścił się w długim, lecz wąskim parterowym budynku otoczonym przez płot sztachetowy. Furtka umieszczona była naprzeciwko wejścia do sztabu. Od furtki do wejścia prowadziła wąska ścieżka o długości około pięćdziesięciu metrów. Zostałem poinstruowany, że powinienem zatrzymywać każdego, kto się zbliży do furtki, nawet, jeżeli będzie to dowódca pułku i zawołać dyżurnego ze sztabu. Dopiero dyżurny miał zezwalać na wejście.

Stoję na warcie już przez półtorej godziny. Zatrzymuję każdego i wołam na dyżurnego. Nagle zauważam, że zza lewego rogu budynku zjawia się oficer i kroczy wzdłuż sztabu w kierunku wejścia. Krzyczę jak mnie nauczono:

- Stój! Kto idzie? - Niezatrzymuje się.

- Stój! Będę strzelać! - Nadal idzie. Rozważam, że strzelać szkoda, lecz w razie gdyby wszedł do budynku zostałbym ukarany. On mnie nie żałuje, więc, po co będę żałował jego. Postanowiłem: „Zabiję!” Załadowałem karabin. Oficer natychmiast się zatrzymał. Wtedy dopiero zrozumiałem swój błąd - krzyczałem, lecz broni nie ładowałem. Odtąd, jeśli ktoś się zjawiał w pobliżu mojego posterunku, wołałem:

- Stój! Kto idzie? - i jednocześnie przygotowywałem broń do strzału.

* * *

Z pułku szkolnego skierowano nas do 49. Dywizji Strzelców, która była formowana w lasach niedaleko Lublina. W głębi tych lasów wzdłuż przestrzennej przesieki z drogą gruntową znajdowały się obszerne magazyny z amunicją. Owych właśnie magazynów pilnowaliśmy przez cały prawie grudzień 1944 roku.

Czworokątne terytorium magazynów otoczone było drutem kolczastym. Pośrodku tylnej granicy usytuowana była ziemianka z pomieszczeniem wartowniczym. Od drogi zaczynała się ścieżka okrążająca magazyny. Przy końcu ścieżki znajdował się ostatni posterunek. Mój posterunek zawsze był przedostatni. Trzeci z kolei należał do Woropajewa. Odległość między posterunkami wynosiła około stu metrów. W porze nocnej między stanowiskami wystawiano pomocniczego wartownika. W charakterze pomocniczego zawsze stałem pomiędzy ostatnim a przedostatnim posterunkiem. Miałem przez całą zmianę stale dreptać między wartownikami. Odnośnie Woropajewa gadano, że prawie przez cały czas śpi na posterunku, nawet w dzień.

Pewnego razu po kwadransie od objęcia warty usłyszałem okrzyk sąsiedniego wartownika oraz zobaczyłem, że od strony przesieki w moim kierunku podążają dwaj wojskowi. Wkrótce rozpoznałem w nich rozprowadzającego oraz dowódcę warty. Zatrzymałem ich jak należało, po czym poszli dalej. Zbliżyli się już do posterunku Woropajewa, kiedy nagle rozległa się seria z pistoletu maszynowego. Upadli na ziemię, coś powiedzieli wartownikowi i powrócili do mnie. Niechybnie Woropajew spał, zbudził go odgłos kroków i on strzelił.

Przechodząc obok mnie dowódca warty zwrócił się do rozprowadzającego:

- Czy wszystko wykonałeś zgodnie z poleceniem?

- Wszystko zrobiłem zgodnie z poleceniem, — odpowiedział rozprowadzający.

- W takim razie, dlaczego on strzelał? - zdziwił się dowódca warty i rozkazał:

- Niezwłocznie sprawdzić broń na wszystkich posterunkach!

Już po zmianie, będąc w pomieszczeniu wartowniczym, dowiedziałem się o co chodziło. Ktoś życzliwy doniósł, że Woropajew sypia na posterunku. Dowódca warty rozkazał, aby rozprowadzający zamienił magazynek pepeszy Woropajewa na pusty. Toteż śmiało szli w jego kierunku. Tym nie mniej zostali ostrzelani.

Kiedy rozprowadzający na rozkaz lejtnanta sprawdził wszystkie posterunki to natrafił na wartownika z bronią bez nabojów, czyli należącą do Woropajewa. Ten nigdy nie brał z piramidy swojej pepeszy, lecz pierwszą lepszą, która nawinęła mu się pod rękę. Wiedzieli o tym wszyscy i częstokroć dostawał lanie od rzeczywistych właścicieli broni. Tym razem Woropajew przez własne bałaganiarstwo został wybawiony.

* * *

Gdy po zranieniu powróciłem ze szpitala, pułk nasz utrzymywał pozycję obronną nad Odrą. W tym miejscu ciągnęła się jakaś droga na dość wysokim nasypie. Wzdłuż nasypu wykopano dołki, w których przebywaliśmy. Sto metrów dalej drogi równolegle ciągnęły się transzeje niemieckie.

W nocy nasza strona wzdłuż drogi wystawiała wartowników a między nimi wartowników pomocniczych. Pewnej bardzo ciemnej nocy, kiedy sylwetka wartownika była ledwie widoczna z odległości kilku kroków, pełniłem rolę pomocniczego. Zbliżałem się do wartownika, którego jeszcze nie ujrzałem, kiedy słyszę jego głos:

- Towaryszu lejtenant, nu skażyć parol!

Wiadomo było, że dowódca kompanii mógł niespodziewanie zjawić się na posterunku i gdyby nie został zatrzymany, chwycić wartownika za klapy, wywlec go do rowu obok swego bojowego schronu i porzucić tam do rana. Ma się rozumieć, że było to okrutnie, lecz czy mógł postępować inaczej względem ofermy?

Zbliżyłem się do wartownika:

- Strzelaj, to Niemiec podszywa się pod lejtnanta.

- Ni, ce lejtenant - odpowiada wartownik.

Słyszę głos dowódcy:

- Skąd się tu taki mądrala znalazł?

W odpowiedzi na znajomy głos szarpnąłem jednak zamek pistoletu maszynowego. Lejtnant błyskawicznie się ulotnił.

WIADOMOŚCI POLSKIE, Krasnodar, 2014, Nr 2 (42)

Administrator pragnie złożyć podziękowania za udostępnianie tego materiału Panu Janowi Karbownickiemu

Krasnodarskiej Organizacji Regionalnej Polskie Centrum Narodowo-Kulturalne «Jedność».

 

 

FaLang translation system by Faboba