Nazywam się Jan Stanisławowicz Karbownicki. Urodziłem się w roku 1976 w Krasnodarze. Z uwagi na szereg powszechnie znanych powodów w czasach radzeckich korzeni polskich w naszej rodzinie praktycznie się nie omawiało.

Moje imię, imię odojcowskie i nazwisko nierzadko przyciągały uwagę i wywoływały niewinne żarty na temat mojego polskiego pochodzenia, jednak z powodu młodego wieku i kompletnego braku zrozumienia problemu, nie przywiązywałem do tego żadnej wagi. Przezywają mnie „Polakiem”, - no i dobrze.

W czasach postradzieckich, kiedy już byłem studentem, zacząłem się interesować swoim pochodzeniem i nazwiskiem, ale mój nieżyjący już obecnie ojciec, Stanisław Michajłowicz Karbownicki, urodzony w roku 1938, mówił wówczas na ten temat rzadko oraz skąpo.

Zainteresowanie sprawą wzrosło poprzez indywidualny wyjazd do Polski w roku 2002. Po raz pierwszy usłyszałem polską mowę i na granicy w Mamonowo oficer polskiej straży granicznej, wziąwszy w ręce mój paszport, zapytał mnie, czy jestem Polakiem. w tamtym momencie jednak, co jest rzeczą zrozumiałą, nic nie mogłem mu odpowiedzieć.

Tym nie mniej, fakt ten, jak to się mówi, „utkwił” w mojej duszy. Zacząłem interesować się polską kulturą - muzyką rokową, literaturą, polskim filmem, polityką, wszystkim, co jest związane z Polską. Szczególnie interesowały mnie ogromne przemiany, które nastąpiły w tym kraju po rozpadzie ZSRR oraz rozwiązaniu Układu Warszawskiego.

Ojciec stopniowo stawał się bardziej rozmowny. Wyjaśniło się, że dziadek, Michał Maksymowicz Karbownicki był bohaterem Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, artylerzystą, dowódcą pułku haubic, wchodzącego w skład Pierwszej Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki. Rodzice ojca, babka Lubow Iwanowna Antonienko i dziadek, w roku 1946 rozwiedli się. Jednak mój ojciec Stanisław, jako jeszcze dziecko, przez pewien czas po wojnie, mieszkał ze swoim starszym bratem po ojcu, Bronisławem Michajłowiczem oraz z moim dziadkiem w miejscowości Kuszka w Turkmenii, dopóki ostatecznie nie przeniósł się do matki, do Krasnodaru.

Jeszcze później ojciec opowiedział mi o prześladowaniach Polaków w zSRR w latach 1930-ch. wyjaśniło się, że w stalinowskich katowniach zginął, wwyniku toczącego się śledztwa, mój pradziad Maksym Karbownicki. W wieku 27 lat na podstawie sfabrykowanego zarzutu (za udział w Polskiej Organizacji Wojskowej) został rozstrzelany brat dziadka - Kazimierz Maksymowicz Karbownicki.

Stała się dla mnie zrozumiała przyczyna wieloletniego przemilczania tematu polskiego w naszej rodzinie. W kilka lat później dzięki opublikowanym przez „Memoriał” listom osób represjonowanych na Kubaniu, poznałem pewne szczegóły tego, co się działo z Polakami w Adygei i Kraju Krasnodarskim.

Znaleziony przeze mnie w Internecie tekst Rozkazu Operacyjnego Ludowego Komisarza Spraw Wewnętrznych ZSRR Nr 00485 przeraził mnie.

Od tego czasu przestałem mieć wątpliwości, co do samookreślenia narodowego. Podczas niejednokrotnie przeprowadzanych od tamtej pory spisów powszechnych ludności w Rosji, zawsze podawałem swoją narodowość jako Polak.

Bardzo znaczące dla mnie zdarzenie miało miejsce wiosną 2012 roku, kiedy to w Przychodni Dziecięcej Nr 1 w Krasnodarze, na prośbę rejestratorki, głośno powtórzyłem nazwisko swojej córki. Stojąca obok kobieta natychmiast zainteresowała się moim polskim pochodzeniem i otrzymała odpowiedź twierdzącą.

To była Pani Natalia Kulpina - członek Krasnodarskiej Organizacji Regionalnej Polskie Centrum Narodowo-Kulturalne „Jedność”, która zaprosiła mnie do zwiedzenia Centrum i zapoznania się z jego prezesem, panem Sielickim. Pozostałe sprawy (zapoznanie się z działalnością Centrum, czytanie wydań „Wiadomości Polskich”, udokumentowanie pochodzenia polskiego oraz wstąpienie do Centrum) było już tylko kwestią techniczną.

Dodatkowym bodźcem stały się dla mnie oczywiście cotygodniowe lekcje języka polskiego w Centrum, za co niezmiernie jestem wdzięczny wykładowczyni języka polskiego, pani Helenie Skirda. moje horyzonty poszerzyły się wielokrotnie.

Tym nie mniej, w kwietniu 2012 roku, kiedy byłem już rzeczywistym członkiem Centrum, mimo wszystko, wydawało mi się, że o swoim pochodzeniu wiem strasznie niewiele.

Ogromną rolę w rozumieniu tego, jak i gdzie należy szukać korzeni, tu się powtórzę, odegrała moja przynależność do Centrum. Będąc uczniem w szkole, a potem studentem Wydziału Prawa Kubańskiego uniwersytetu Państwowego, uczyłem się historii z podręczników radzieckich. Sposób przedstawienia w nich historii stosunków polsko-radzieckich nie dawał mi żadnych szans na prawidłowe rozumienie i ocenę tego, czym jest moja rodzina, co się z nią stało w wieku XX i dlaczego.

W Centrum uzyskałem główne kierunki poszukiwawcze i z zapałem przystąpiłem do lektury.

Ojciec był w owym czasie poważnie chory. Nie wiem, co spowodowało, że u schyłku życia coraz częściej zaczął wspominać swoje dzieciństwo, ojca, starszego brata... Cytował polskie przysłowia i powiedzonka, których wówczas nie rozumiałem. Spodziewając się kresu swoich dni, prosił o odszukanie starszego brata, Bronisława, o ile ten jeszcze by żył.

Z wypowiedzi ojca wiedziałem, iż dziadek po odbyciu służby w Kuszce został przeniesiony w stan spoczynku i zamieszkał we Lwowie, ożeniwszy się do tego czasu po raz trzeci z Polką o nazwisku Alicja Karłowna Dobrzańska (ojciec przemieszkał z nimi w Kuszce kilka lat). Stryj miał na imię Bronisław.

Ponieważ kontakt z rodziną został zupełnie zerwany j eszcze w latach 1960-ch, zatem żadnych innych wyjściowych danych więcej nie miałem. Perspektywa skuteczności poszukiwań była bardzo niepewna, uwzględniając, że Lwów jest miastem, które obecnie znajduje się w innym kraju. Ponadto moi krewni, o ile jeszcze żyli, a jeśli tak, to, być może, nic o mnie nie wiedzieli i mogli się stąd w dowolnym czasie oraz w dowolne miejsce przeprowadzić.

Jednego, czego byłem pewien, to tego, że na 5 milionów mieszkańców Kubania nasze nazwisko było jedyne, i każdy, kto się nazywał karbownicki, był z naszą rodziną w jakiś sposób związany.

Ojciec opowiadał, jak legendę o tym, jak pod koniec lat 1960-ch był lekarzem w szpitalu psychiatrycznym w stanicy Udobnaja w rejonie Otradnieńskim, w kraju krasnodarskim. w szpitalu przebywała chora kobieta o nazwisku Karbownicka. Jacyś jej krewni żyli w sąsiednim kraju Stawropolskim, lecz nikt ich nigdy nie widział. Kobieta mówiła już zupełnie nie od rzeczy, ponieważ postradała zmysły. Ojciec zainteresował się jej nazwiskiem i ją odwiedził. z rozmowy nic nie wyszło z powodu poważnego stanu chorobowego pacjentki, ale pokazała ona ojcu starą wypełźniętą fotografię. Jakież było jego zdziwienie - w naszym domu mamy dokładnie taką samą. Była na niej cała rodzina karbownickich w Majkopie, mniej więcej w latach 1925-1927. Ojciec wówczas wziął kobietę za żonę któregoś z karbownickich, gdyż ona sama, jak wszystko na to wskazywało, nie była Polką.

Właśnie ojciec nasunął mi myśl o tym, że, mimo wszystko, należy prowadzić poszukiwania według unikalnego nazwiska. Żyjemy w XXI wieku, czemuż by nie poszukać w Internecie?

Poszukiwania poprzez wpisanie w wyszukiwarce nazwiska w języku rosyjskim nieoczekiwanie wyprowadziły mnie na stronę „Memoriału”. Tam ze zdziwieniem znalazłem informacje o młodszym bracie mojego dziadka na liście osób represjonowanych pod numerem 19824:

Karbownicki Kazimierz Maksymilianowicz (imię odojcowskie zostało podane niepoprawnie - gdyż chodzi tu, oczywiście, o Maksymowicza - J. K.), urodzony w roku 1911 w mieście Majkop, Polak, bezpartyjny, wykształcenie średnie, technik. Mieszkał w mieście Krasnodarze. Aresztowany 13.02.1938 r. Przedstawiony zarzut: „członek «Polskiej Organizacji Wojskowej», prowadził działalność szkodniczą i powstańczą”. Przez komisję NKWD i Prokuraturę ZSRR 28.08.1938 r. wyznaczono mu najwyższy wymiar kary - rozstrzelanie. Wyrok wykonano 5.09.1938 r. Został zrehabilitowany przez Trybunał Północnokaukaskiego Okręgu Wojskowego 23.08.1957 r. na podstawie p. 5 art. 4 kodeksu karnego Rosyjskiej Socjalistycznej Federacyjnej Republiki Radzieckiej.

Również w księdze pamięci „Więźniarki Akmolińskiego Łagru Żon Zdrajców Ojczyzny” znalazłem informacje o niejakiej Walentynie Iwanownie Karbownickiej:

Walentyna Iwanowna Karbownicka urodziła się w roku 1 91 0 w mieście Majkop. Polka. Skazana przez Trójkę Zarządu NKWD kraju krasnodarskiego w dniu 28 września 1938 r. z oskarżenia za szpiegowską działalność dywersyjną. Zgodnie z wyrokiem została skazana na 5 lat Poprawczego Obozu Pracy. Przybyła do Obozu w Karagandzie 14.08.1939 r. z Więzienia nr 2 w Kujbyszewie. Zmarła na oddziale Akmolińskim 6.08.1945 r.

Kim była ta kobieta, - w owym czasie nikt z nas nie wiedział, chociaż ojciec wyraził pogląd, że to też była nasza krewna, tym bardziej, że pradziadek i dziadek zamieszkiwali na początku XX wieku w Majkopie.

Zwrócenie się do „Memoriału” nic nie dało. Poradzono mi zwrócić się do archiwum Federalnej Służby Bezpieczeństwa w kraju krasnodarskim, uprzedzając jednak, że powinienem udokumentować pokrewieństwo z osobami odszukanymi na liście ofiar, a wówczas, pod warunkiem, że dokumenty się zachowały, zapoznają mnie z nimi w trybie uregulowanym ustawą „O ofiarach represji politycznych”.

A cóż ja miałem oprócz fotografii dziadka Kazimierza?

Poszukiwania na facebookach i portalach społecznościowych nic nie dawały. Po tygodniu przypadkowo opowiedziałem o swoich poszukiwaniach sąsiadowi - etnicznemu ukraińcowi, który na szczęście umiał czytać po ukraińsku. Ten się roześmiał i oznajmił, że nasze nazwisko będzie się pisało po ukraińsku, jako "Карбовнiцький", ze specyficzną pisownią litery „i” w tym języku.

W tym samym czasie nabyłem w Internecie elektroniczną książkę telefoniczną Lwowa. Po wprowadzeniu do wyszukiwarki nazwiska w wersji ukraińskiej okazało się, że we Lwowie, według danych z roku 2003, mieszkał przy ul. Litewskiej, pod numerem takim, a takim, niejaki Jerzy Michajłowicz Karbownicki z żoną o tym samym nazwisku.

Imie "Юрiй" (Юрий) nic nam nie mówiło, ale zbieżności było zbyt wiele: Lwów, ul. Litewska (w latach 1970-ch ojciec załatwiał formalności związane z przyjęciem do pracy w Jemenie i był zmuszony przez KGB ZSRR do uzyskania informacji o swoim ojcu, zamieszkującym we Lwowie, dlatego przypomniał sobie ul. Litewską), imię odojcowskie „Michajłowicz”. Pod wskazanym numerem telefonu jednak nikt nie odpowiadał.

Przy wpisaniu do wyszukiwarki „Karbownicki Jerzy Michajłowicz” po ukraińsku, w wynikach pojawiła się strona reklamowa preparatów medycznych z podaniem telefonu komórkowego przedstawiciela farmaceutycznego, lekarza J. M. Karbownickiego w jednej z przychodni we Lwowie.

Minął jeszcze jeden dzień, aby dokładnie dowiedzieć się, w jaki sposób z Rosji dokonuje się połączeń komórkowych z obwodem Lwowskim na Ukrainie.

Dzwoniłem pod wskazany numer z mieszanymi uczuciami - z jednej strony byłem, nie wiedząc czemu, przekonany, iż mimo wszystko, dowiem się czegoś o swojej rodzinie, zaś z drugiej - niepewny, w jaki sposób ONI odbiorą mój telefon? Jak zareagują?

Ktoś podniósł słuchawkę. Usłyszałem męski głos. Gdy tylko się przedstawiłem i powiedziałem, że mam na imię Jan i jestem a z Krasnodaru, mężczyzna w słuchawce powiedział - „No, dzień dobry, bratanku”.

Dalej już ze swoim bratem rozmawiał mój ojciec Stanisław Michajłowicz.

Wyjaśniło się, że ożeniwszy się po raz trzeci, dziadek Michał, jak już wspomniałem, osiadł we Lwowie, a w roku 1950, urodził mu się, oprócz najstarszego Bronisława i średniego Stanisława, trzeci syn, - Jerzy [Юрий]. Wszyscy trzej byli z różnych małżeństw. Jednak Stanisław, który do tego czasu mieszkał już osobno w Krasnodarze, o istnieniu Jerzego nie wiedział.

Stryj Jurek, jak się okazuje, pośrednio wiedział o moim istnieniu z informacji, które о sobie zamieszczałem na facebookach i portalach społecznościowych w Internecie. Jednak przez cały ten czas nie decydował się na kontakt, gdyż do końca nie był przekonany, że jestem jego bratankiem.

Po moim telefonie wszystkie wątpliwości zostały rozwiane.

Życie płata figle. Szukano najstarszego brata, a odnaleziono - najmłodszego. Bardzo się cieszę, że bracia zdążyli ze sobą przynajmniej porozmawiać i dowiedzieć się wzajemnie o swoim istnieniu. w dniu 17 czerwca 2012 roku Ojciec zmarł na moich rękach po długiej i ciężkiej chorobie.

Stryj Jurek opowiedział również, jak stryj Bronisław, najstarszy brat, zginął w wyniku wypadku jeszcze w roku 1977. w tym samym roku zmarł też dziadek.

Po paru dniach otrzymałem pocztą elektroniczną zeskanowane fotografie i dokumenty dziadka. Ze zdziwieniem dowiedziałem się, że był on prawdziwym bohaterem wojennym, został siedmiokrotnie ranny, nagrodzony Orderem Aleksandra Newskiego, Orderem Wojny Ojczyźnianej, Orderem Czerwonej Gwiazdy, Orderem Virtuti Militari i dwoma krzyżami - Walecznych i Zasługi, że jego szlak bojowy z I Armią wojska Polskiego w ZSRR zaczął się od pierwszych dni jej istnienia, że znał się z zygmuntem Berlingiem i był obecny przy składaniu przez pierwszych żołnierzy Armii Polskiej przysięgi. Od roku 1944 Michał Karbownicki był dowódcą 12 Pułku Artylerii Haubic 3-ej brygady I Armii wojska Polskiego.

Wyzwolenie przedmieścia Warszawy Pragi, udział w operacji warszawsko-poznańskiej, okrążenie i zlikwidowanie ugrupowania w Kolbergu, zdobycie Berlina, wyjście nad Łabę... Teraz nie były to dla mnie już tylko puste słowa.

Z jeszcze większym zdumieniem odnalazłem wzmiankę o dziadku na polskojęzycznych stronach internetowych poświęconych II wojnie światowej, w tym również na wikipedii polskiej (do tego czasu, dzięki wstąpieniu do Centrum, już wiedziałem, jak się poprawnie pisze po polsku nasze nazwisko), odszukałem dziadka na sporządzonej przez historyka-entuzjastę, specjalistę od historii i genealogii Europy Wschodniej, profesora Zdzisława P. Wesołowskiego, pełnej liście osób nagrodzonych orderem Virtuti Militari.

W czerwcu 1945 roku dziadek został dowódcą artylerii Dywizji (Desantowej) w Gdańsku. Miałem jeszcze szereg pytań,- dlaczego, na przykład, nie dosłużył się stopnia generała (zgodnie z rangą miał ku temu prawo)? Dlaczego nie pozostał w PRL? Dlaczego po wojnie nie służył w Moskwie, a Bóg wie gdzie, na przykład, gdzieś w Kuszce?

To oczywiste, że na takie pytania mógł dać odpowiedź jedynie stryj Jurek. Po śmierci ojca, w sierpniu 2012 roku, wraz ze swoją rodziną udałem się do Lwowa. Musieliśmy przekroczyć granicę z Ukrainą i jazda samochodem zajęła nam ponad dwie doby.

Rodzina Karbownickich wreszcie znów się zjednoczyła; a powitano mnie tak, jak by mnie znano przez całe życie. We Lwowie odnalazłem stryjecznego brata Anatola, mojego rówieśnika, który miał już dwoje dzieci. Żona stryja, ciocia Zosia jest dentystką na emeryturze. Stryj to również emerytowany lekarz. Będę nieszczery, jeśli nie powiem, iż w pewnym stopniu zastąpił mi on zmarłego Ojca.

Po długich rozmowach o przeszłości naszej rodziny stały się dla mnie jasne nie mniej zdumiewające sprawy. Okazuje się, iż według legendy rodzinnej, nasze nazwisko to Karbowscy. Pradziadek Maksym Karbowski, jako mieszkaniec Warszawy, został wysłany przez władze rosyjskie z Warszawy do Majkopu, gdzie podczas sporządzania dokumentów rosyjskich pisownię nazwiska Karbownicki zmienił albo pisarz, albo sam pradziadek, który umyślnie wypowiedział tak swoje nazwisko. Obecnie tego nie da się już ustalić.

Od stryja dowiedziałem się, że pradziadek Maksym miał czwórkę dzieci - Michała (mojego dziadka), Kazimierza (którego rozstrzelano), Lidię i Eugenię. W archiwum stryja przechowywana jest sterta fotografii, wśród których znaleźliśmy również zdjęcie Maksyma i jego żony z dziećmi. Zdjęcie zrobione zostało w stanicy Białoreczeńskiej (obecnie - miasto Białoreczeńsk) przed rokiem 1911. Część fotografii pokrywa się z tymi, które są przechowywane u mnie.

Stała się zrozumiała przyczyna powojennej „nie do pozazdroszczenia” kariery dziadka. Był pociągany do odpowiedzialności karnej, w roku 1938 wraz z ojcem i bratem również represjonowany w Krasnodarze. Pradziadek Maksym zmarł w stalinowskich katowniach, nie doczekawszy się na „wyniki” śledztwa. Do czasu aresztowania był już starym schorowanym człowiekiem. Los dziadka Kazimierza był nam znany też wcześniej.

Ta sama, nieznana nam, Walentyna Karbownicka, którą zgnojono w Akmolińskim Łagrze Żon Zdrajców Ojczyzny okazała się być pierwszą żoną dziadka, matką Bronisława.

Dziadka zwolniono z więzienia w roku 1941, już po rozpoczęciu wojny, kiedy to reżim stalinowski, chociaż w jakimś niewielkim stopniu pofolgował represjonowanym Polakom. Według zgodnego mniemania zarówno stryja, jak i ojca, dziadek uniknął rozstrzelania tylko dzięki temu, iż był zawodowym wojskowym, artylerzystą, 1 wykształconym oficerem, a od roku 1932 , kandydatem na członka Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii Bolszewików.

Sam dziadek opowiadał również, że już podczas wojny, w roku 1942, przez pracowników politycznych pułku było w stosunku do niego ponownie wszczęte postępowanie karne. Podczas ciężkich walk, kiedy oddział artyleryjski pod dowództwem dziadka ręcznie przeciągał przy pomocy lin niezmiernie ciężkie (ponad 2,5 tony) 122 mm haubice na pozycje dogodne do prowadzenia ognia artyleryjskiego, jakiś podlec napisał na niego anonim, z którego wynikało, jakoby w pułku zagnieździł się polski szpieg psujący mienie socjalistyczne poprzez odrapywanie linami farby na haubicach. Sprawa skończyła się na niczym, ponieważ dziadek w tym czasie, po pierwsze, zajmował stanowisko dowódcy, a po drugie, - posiadał szereg nagród państwowych. Jednak wiadomości o tym, że „nie był sądzony, ale pociągany do odpowiedzialności sądowej”, w archiwach widocznie pozostały.

Stało się to przyczyną zmierzchu kariery zawodowej pułkownika M. M. Karbownickiego w latach powojennych.

Sam dziadek opowiadał, jak po wojnie miał szanse na pozostanie w PRL i za swoje zasługi bez wątpienia zostałby generałem wraz ze wszystkimi wynikającymi z tego faktu konsekwencjami, wolał jednak powrócić do ZSRR, jako że miał niesnaski z dwoma synami z dwóch różnych małżeństw, zobowiązania alimentacyjne i itp.

W roku 1947 dziadek ożenił się z Alicją Karłowną Dobrzańską (matką stryja Jurka), której los był nie mniej wyrazisty i dramatyczny. Ojciec jej był komendantem straży pożarnej we Lwowie (byłem pod budynkiem przedwojennej lwowskiej remizy strażackiej), zamożnym szlachcicem, posiadającym całą dzielnicę nieruchomości w tym mieście. Dnia 17 września 1939 roku z uwagi na szereg znanych powodów Alicja nagle stała się obywatelką radziecką. Wówczas jej ojca rozstrzelano, a ją deportowano do Północnego Kazachstanu.

Po utworzeniu I Armii Wojska Polskiego ze wszystkich sił próbowała tam się dostać i wstąpić do służby wojskowej, bowiem inaczej w Kazachstanie czekałaby na nią niechybna śmierć. Dowództwo radzieckie prowadziło pobór żołnierzy spośród Polaków etnicznych, którzy znali język. Tam poznała dziadka.

Języka rosyjskiego jednak nie nauczyła się dobrze do końca swoich dni (zmarła w roku 1996).

Nigdy jej przedtem nie widziałem, ale jest mi przyjemnie żyć ze świadomością, że zawsze wspominała mojego ojca, stawiając go młodszemu Jurkowi za przykład. Nawet lekarzem Jurek został, biorąc przykład ze Staszka.

Według słów stryja, w roku 1969 do dziadka przyszła pocztą informacja o całkowitej rehabilitacji; dziadekją przeczytał, zmiął i bez słów wyrzucił do śmieci.

Aby jakoś wyżyć ze skąpej emerytury, dziadek był zmuszony prawie do końca życia pracować w dziale budowlano-montażowym i zajmować się remontem mieszkań.

Zmarł po ciężkiej chorobie w roku 1977.

Oto pokrótce wszystko. Oczywiście, w „księdze życia” mojej rodziny pozostały również „puste kartki”. Chciałbym w Białoreczeńsku odszukać grobu prababki Heleny (żony Maksyma), babki Lidii i babki Eugenii. Myślę, że się tym zajmę w najbliższym czasie.

Jan Karbownicki.

Frontowy fotoalbum Michała Karbownickiego.

Dokumenty Michała Karbownickiego.

 
 
FaLang translation system by Faboba