Ile razem dróg przebytych?

Ile ścieżek przedeptanych?

Ile deszczów, ile śniegów...

K. I. Gałczyński. "Pieśni".

Od autorki.

Wprost nie do wiary, że od wydarzeń, które opisuję w tej książce, mija bez mała pół wieku.

Kiedy we wrześniu 1945 roku rozstałam się z mundurem i zaczęłam cywilne życie, sądziłam, że zamknęłam ten trudny, jakkolwiek bogaty w doświadczenia, rozdział mego życia, że nie wrócę do niego nigdy.

W miarę upływu czasu coraz natrętniejsza stawała się jednak myśl, by utrwalić przeżycia pokolenia kobiet, które musiały — wbrew swej naturze — wziąć broń do ręki i użyć jej przeciwko wrogowi.

Zagłębiając się w lekturę opracowań o polskim wysiłku zbrojnym w latach 1939—1945, słuchając wspomnień tych, którzy przeżyli całą okupację w kraju, i tych, których zawierucha wojenna zagnała w głąb Związku Radzieckiego, dochodziłam stopniowo do wniosku, że istnieje potrzeba opisania wysiłku tych polskich dziewcząt i kobiet, które z obczyzny pośpieszyły do walki o przywrócenie niepodległości zniewolonej Ojczyźnie.

Temat tym bliższy, że byłam jedną z nich. Ich losy wojenne nie były mi więc ani obce, ani tym bardziej obojętne. Co więcej, zachowałam do dziś wielki szacunek, a nawet kult dla kobiet-żołnierzy, dla polskiego munduru.

Zdawałam sobie jednak sprawą, że opisanie służby i wałki wszystkich kobiet, które od sformowania w 1943 roku 1 Dywizji Piechoty im. Tadeusza  Kościuszki do końca drugiej wojny światowej służyły i pracowały w ludowym Wojsku Połskim, jest ponad moje siły historyka amatora. Ponadto niebagatelnym problemem było ustalenie danych o ponad 8 tysiącach *Por. Wacław Jurgielewicz, Kobiety w regularnych jednostkach Wojska Polskiego na frontach drugiej wojny światowej, „Wojskowy Przegląd Historyczny” nr 2/1971, S. 163. kobiet, które na dzień 1 maja 1945 roku pełniły służbą w ponad czterystutysiącznym wojsku okresu wojny.

Zajęłam się więc ustaleniem i opisaniem przebiegu i rodzajów służby tych kobiet, które w maju 1943 roku znalazły sią w formowanych nad Oką Samodzielnym Batalionie Kobiecym im. Emilii Plater, a także tych, które z tegoż batalionu wywiodły swój żołnierski rodowód, walcząc później w innych jednostkach 1 i 2 armii Wojska Polskiego.

Batalion kobiecy był jedyną zwartą żeńską jednostką wojskową i chociaż w różnych okresach służyło w nim 5—15 procent **Tamże. ogółu kobiet, stanowił — moim zdaniem — swego rodzaju ewenement w dziejach ludowego Wojska Polskiego. Czyż jednak nie było wydarzeniem na miarą historii, że w latach zmagań z faszyzmem niemieckim, walk o wyzwolenie narodowe i społeczne liczyło sią każde ramią — i kobiece, i nawet dzieciące?

Istniała też i taka przyczyna, że klimat formowania i szkolenia jednostki kobiecej szczególnie dobrze zachowałam w pamięci jako przeżycie osobiste, że przyjaźnie frontowe wówczas zadzierzgnięte przetrwały do dzisiaj, choć to już minęło ponad czterdzieści lat.

Pragnęłam również złożyć hołd swoim podkomendnym, frontowym przyjaciółkom i koleżankom, poległym na szlaku bojowym od Lenino do Berlina, oraz tym, które w żołnierskim trudzie i znoju — niejednokrotnie okaleczone — dotrwały do zwycięstwa nad faszyzmem niemieckim i do wyzwolenia kraju, podjęły dzieło jego odbudowy, zagospodarowania Ziem Zachodnich. Swoją pracą po wojnie budowały lepsze jutro Polski, są wytrwałymi bojowniczkami o pokój.

Chciałam jednocześnie chociaż częściowo przyczynić się do wypełnienia luki na rynku wydawniczym wśród opracowań traktujących o łosie, służbie i walce kobiet w mundurach.

Bohaterkami tej książki są dziewczęta i kobiety w wieku od piętnastu do trzydziestu pięciu lat, które w większości pochodziły z terenów wschodnich przedwojennej Polski. Stamtąd też w latach 1940—1941 zostały deportowane lub ewakuowane w głąb Związku Radzieckiego. Od chwili gdy znalazły się na obczyźnie do czasu podjęcia służby wojskowej pracowały w kołchozach, sowchozach, w fabrykach, przy wyrębie syberyjskich lasów, w kopalniach. Dorastały w trudnych warunkach bytowania na zapleczu wojennym, wiele pogrzebało w stepie i w tajdze rodziców, rodzeństwo. Głodowały i marzły. 1 marzyły o powrocie do Polski, chociaż marzenie to wydawało się nierealne, zwłaszcza po wyprowadzeniu wojsk polskich przez generała Władysława Andersa do Iranu i zawieszeniu w 1943 roku przez rząd radziecki stosunków dyplomatycznych z emigracyjnm rządem polskim w Londynie.

Nadzieja realizacji marzeń powrotu do ojczyzny zaświtała w 1943 roku z chwilą rozpoczęcia formowania 1 Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki, a potem 1 Korpusu Polskich Sił Zbrojnych w ZSRR, które u boku Armii Czerwonej miały podjąć walkę o wyzwolenie kraju, choć droga do niego była jeszcze tak bardzo daleka.

Ochotniczo i z poboru stawiały się w sieleckim obozie polskie dziewczęta, zmęczone uciążliwą, nieraz kilkutygodniową podróżą, nieco zastraszone tym, co je czeka, ale nade wszystko ciekawe, czy trafiają do wojska naprawdę polskiego.

Szkolenie, wychowanie polityczne, specjalizacja w poszczególnych służbach, także i śmiesznostki powszedniego dnia batalionu, pełnienie służby bojowej, udział w walkach i bohaterstwo kobiet-żołnierzy na wszystkich wyznaczonych im placówkach — oto tematy podjęte w książce. Ale nie tylko.

Zanotowałam w niej również epizody z walk niektórych jednostek 1 armii WP na jej szlaku bojowym. W jednostkach tych bowiem, po przeszkoleniu unitarnym w batalionie kobiecym, platerówki służyły na różnych stanowiskach, w tym jako dowódcy i oficerowie polityczno--wychowawczy pododdziałów męskich.

Bez przesady stwierdzić należy, że zarówno szkolenie, jak i udział w walkach wymagały od nich wysiłku znacznie większego niż od mężczyzn.

Mimo że nie stać mnie na pełny obiektywizm w stosunku do bohaterek tej książki, starałam się nie tworzyć mitów „sfeminizowanej” wojny, poskromić sentymenty i przekazać zgodnie z wymową zachowanych dokumentów oraz relacji — tak skromnych, jak i uczestniczki tych wydarzeń — najwierniejszy obraz kobiet-żołnierzy sprzed ponad czterdziestu lat.

Z wielkiego szacunku dla ich trudnej młodości, pozbawionej uroków i możliwości ich równieśnic, żyjących w innych warunkach, oparłam się pokusie upiększania sylwetek moich bohaterek, dodawania im doświadczenia życiowego.

Ich patriotyczna postawa, zdyscyplinowanie, ambicja w nauce, czyny bojowe, odwaga, a także bohaterstwo są najlepszym dowodem, że z całym poświęceniem wypełniły obowiązek wobec umęczonej ojczyzny, że godne były munduru polskiego żołnierza.

To, że zdały bojowy egzamin jako żołnierze w tej okrutnej wojnie, zawdzięczają w dużej mierze swym wytrwałym i cierpliwym dowódcom — oficerom polskim i radzieckim oraz oficerom polityczno-wychowawczym, którzy nauczyli je rzemiosła wojskowego, wskazywali w swej pracy drogę realizacji celów politycznych ludowego wojska. Od nich zależało wiele. Ich osobowość, umiejętności pedagogiczne, przygotowanie fachowe, konsekwencja w przestrzeganiu regulaminów i dyscypliny stały się podstawą wyszkolenia kobiet-żołnierzy.

Umiejętność kierowania podatnymi wdzięcznymi, aczkolwiek nietypowymi żołnierzami dawała często nadspodziewane efekty, a dziewczęta w trudnych sytuacjach bojowych doceniały wysiłek i przestrogi kadry wychowawców.


Losy wojenne każdej z tych Polek w mundurach to temat obszerny tak dla historyka, jak i socjologa oraz pisarza.

Książka niniejsza powstała na podstawie zachowanych przekazów źródłowych zgromadzonych w Centralnym Archiwum Wojskowym i w Centralnym Archiwum KC PZPR, materiałów i dokumentów Wojskowego Instytutu Historycznego, relacji kobiet — byłych żołnierzy oraz relacji oficerów ludowego Wojska Polskiego o służbie kobiet, a także na literaturze przedmiotu.

Te wydawałoby się bogate materiały, konfrontowane w celu uściślenia jakiegoś faktu czy wydarzenia, okazały się często niewystarczające.

Od czasu pierwszego wydania książki w 1965 roku nie posunął się jednak zbytnio stan badań nad dziejami kobiet-żołnierzy okresu wojny, poza:— jakże żmudne — ustalenie ich ogólnej liczby oraz wyliczenie rodzajów wojsk i służb  *Tamże., w których spotykało się nazwiska kobiet. Nie ułatwia bowiem badań fakt, że kobiety służyły na ogół na niskich stanowiskach (dowódcy plutonów, kompanii) prawie we wszystkich rodzajach broni oraz służb, i ustalenie przebiegu ich służby wojskowej oraz udziału w walkach wymaga długich, żmudnych poszukiwań archiwalnych.

W drugim wydaniu książki skupiłam się więc na skorygowaniu pomyłek i błędów oraz uzupełnieniu danych o poszczególnych żołnierzach.

Nadal prowadzę swoje bohaterki od chwili gdy stawiały pierwsze kroki w wojsku do momentu, gdy wraz z całym narodem świętowały zwycięstwo nad faszyzmem niemieckim.

Szkolenie kobiet poza batalionem kobiecym, epizody bojowe z walk poszczególnych pułków, w których uwypuklam ich udział, przygody i przeżycia frontowe rozrywają jak gdyby układ chronologiczny. Traktuję jednak tę książkę jako swego rodzaju „album rodzinny”, w którym wymienione z nazwiska panieńskiego bohaterki odnajdują siebie i swoje koleżanki, a Czytelnik, który wojny nie przeżył, dowiaduje się o ich losach, przeżyciach, wysiłku i bohaterstwie; liczne przypisy i wykazy uwiarygodniają podane fakty.

Zamieszczone fotografie z okresu frontowej młodości moich bohaterek pochodzą ze zbiorów Wojskowego Instytutu Historycznego, z albumu Klubu Kombatantek 1 i 2 armii WP przy Warszawskim Zarządzie Ligi Kobiet Polskich, ze zbiorów własnych, licznych darowizn towarzyszek broni, a także ze zbiorów pułkownika doktora Józefa Margulesa.

Pragnę raz jeszcze podziękować Wszystkim, którzy pomogli mi zebrać materiały, a zwłaszcza moim Towarzyszkom frontowych dróg za relacje, uzupełnienia, fotografie i udostępnione pamiętniki.

STANISŁAWA DRZEWIECKA.

 

PIERWSZE KROKI

 

23 maja 1943 r.

Przedwczoraj przeczytałam w »Prawdzie«, że tworzy się Wojsko Polskie! Trzeba spróbować, może i mnie wezmą. W Armii Czerwonej służą przecież kobiety.

Postanowić, jak się okazuje, to mało. Przekonała mnie o tym całkowicie dzisiejsza rozmowa w rajwojenkomacie. *Rajonnyj Wojennyj Kornissariat — odpowiednik naszego WKR 

Po długich oczekiwaniach (już drugą noc od godziny 3.00 czekam w kolejce) przyjął mnie kapitan. Stary człowiek i bardzo surowy. Z miejsca kazał mi w skrócie wyłuszczyć powód przybycia. Powiedziałam więc, że chcę jako ochotniczka pojechać do polskiego wojska i proszę o skierowanie.

Przez cały czas przeglądał jakieś zestawienie i nagle podniósł głowę, zmierzył mnie dość ostrym spojrzeniem i roześmiał się.

Z czego, nie wiedziałam. Ale wkrótce się dowiedziałam. Widocznie spostrzegł, że uraził mnie tym śmiechem, bo zaraz wyczytał mi poważnie lekcję, że to zawracanie głowy. Bo takie chuchro (ważę 42 kg), nawet karabinu nie uniesie.

— I gdież tiebie s etimi kosiczkami w armiu, pod bomby... — i znów się roześmiał.

No, tego już było za wiele. Rozbeczałam się i przez łzy zaczęłam tłumaczyć, że jestem silna i wytrwała. Przecież w kołchozie worki nosiłam, na traktorze jeździłam i woły zaprzęgałam. Normę zawsze wykonywałam. A teraz w fabryce też cały dzień noszę i czyszczę tulejki (czort je wie, jak się nazywają po polsku). No i jestem krwiodawcą.

To wojsko organizuje między innymi Wanda Wasilewska, kobieta, o której tyle słyszałam. I ona na pewno pragnie, by kobiety też w wojsku służyły. Jej jednej wierzę, bo to kobieta.

A w ogóle to jestem sama na świecie i na niczym mi nie zależy, więc argument, że na froncie lecą bomby, wcale mnie nie przeraża.

W miarę jak zachłystując się łzami i słowami oraz przedstawiając odpowiednie »bumażki«, wyrzucałam z siebie wszystko, co miałam do powiedzenia, uspokajałam się. Już ostatnie słowa, że bardzo go proszę o skierowanie, że dam sobie radę, powiedziałam bez łez.

Kapitan był wyraźnie zaskoczony. Z miejsca zaczął mnie przepraszać za swój śmiech i wypytywać o szczegóły. Słuchał uważnie. W pewnej chwili spojrzał na zegar, machnął niecierpliwie ręką i wypisał skierowanie. Wypisując imię: Stanisława, powiedział: — Wied’ u tiebia mużskoje imia.

Wręczył mi papierek, kazał pójść do pokoju 14 i wołając »sledujuszczij«, wyszedł zza biurka, położył mi rękę na ramieniu i życząc wszystkiego dobrego, powiedział:

— Byt’ możet ty i prawa, czto żeńszczinie wierisz. Wied’ żeńszcziny... -— Nie dokończył myśli, ostro zadzwonił telefon.

Żegnaj, surowy kapitanie, żegnaj, Kazachstanie! Pojadę do wojska. Może już nie będę musiała swojej tęsknoty powierzać martwym kartkom tego zeszyciku... Ale by się papa cieszył, że i ja też będę żołnierzem...”(1)Z autentycznego pamiętnika St. S.

Pisarz komisji poborowej podniósł ze zdziwieniem oczy znad rubryk księgi ewidencyjnej, gdy na pytanie: imię? -— usłyszał odpowiedź: Stanisława.

Zmęczony przetarł oczy. Przed nim stała dziewczyna. Tak, autentyczna — z dwoma długimi, jasnymi warkoczami. 

Mruknął coś pod nosem, bo w tej chwili przypomniał sobie, że na terenie obozu kręci się już kilka kobiet przebranych za żołnierzy(2)ZPierwsze kobiety: Ludwikę Bibrowską, Janinę Janus/ko, Jadwigę Lukasiewicz, Zofię Okręt, Janinę Okulicz umieszczono na terenie 3 pp 1 DP.. Zapisał więc i machinalnie zapytał: syn?

— Nie, córka(3)Zdarzały się w opracowaniach monograficznych pomyłki. I tak np. S. Ways, Od Stecówki do Łaby, Warszawa 1962, na s. 286 podaje: z-ca d-cy komp. d/s pol.-wych. chor. Blanko Hakman, s. Sulima. A przecież to kobieta — Blanka, córka Sulima. F. Zbiniewicz w książce Armia Polska w ZSRR, Warszawa 1963, na s. 339, podając obsadę aparatu pol.-wych. 2 pal 2 DP chor. Zdzisławę Otton zamienił na Zdzisława. — padła odpowiedź. — Franciszka.

— No tak, niech cię licho! — zaklął. — To pewnie i z domu jakoś tam.

— Nie, panna.

Potem już nie było kłopotów z ewidencjonowaniem. Trzeba było tylko wprowadzić rubrykę nazwisko panieńskie, jako że wśród pierwszych ochotniczek znalazły się i mężatki.(4)Były one jednak nieliczne. Tak np. w 1 kompanii fizylierek wg stanu na 31 sierpnia 1943 r. z 83 kobiet 9 było mężatkami. Centralne Archiwum Wojskowe (CAW), III-138, tecz. 13.

Pod koniec maja 1943 roku dowództwo (5)Nie wyjaśniona pozostaje kwestia, z czyjej inicjatywy został powołany do życia Batalion Kobiecy im. E. Plater. 1 dywizji piechoty przeniosło 36 ochotniczek (które tymczasowo rozmieszczono w 3 pułku piechoty) — na własne gospodarstwo. Grupa ta stała się zaczątkiem liniowego oddziału kobiecego — batalionu, który nazwano imieniem Emilii Plater.

Utworzenie batalionu umożliwił stały napływ ochotniczek. Przyjeżdżały pojedynczo lub grupami z najodleglejszych zakątków ZSRR — z Komi ASRR, Krasnojarskiego Kraju, z Kazachstanu, Uzbekistanu, Turkmenii i Gruzji.

W gęstym sieleckim lesie nad rzeką Oką, gdzie dowództwo Armii Czerwonej wyznaczyło na wiosnę 1943 roku rejon dyslokacji formującej się 1 dywizji piechoty, saperzy dywizyjni ustawili wygodne dziesięcioosobowe namioty. Znalazły w nich swój polski dom dziewczęta, przypinając do czapki polowej piastowskiego orła.

Z powiększającego się z dnia na dzień pododdziału zaczęto tworzyć wojsko. Pierwszym dowódcą został porucznik Łupiński -— oficer radziecki, którego jednak bardzo szybko odwołano i niewiele dziewcząt go pamięta. (Trudno dziś nawet ustalić, jak miał na imię).

Przybył nowy dowódca — porucznik Zygmunt Sobolewski. Na jego zastępcę wyznaczono Halinę Zawadzką.

Mianowanie jej na to stanowisko znajdowało pełne uzasadnienie. Z wykształcenia pedagog. Od 1935 roku Hanka, jak ją wszyscy nazywali, z ramienia Komunistycznego Związku Młodzieży Polski działała w Warszawie w Towarzystwie Uniwersytetu Robotniczego. Za działalność polityczną była kilkakrotnie aresztowana. Podczas oblężenia Warszawy w 1939 roku pracowała jako sanitariuszka.

Od listopada 1939 roku pracowała kolejno w sierocińcu we Lwowie i w Krzyworoskich Zakładach Metalurgicznych. Tam też wstąpiła do Komsomołu.

W 1943 roku stawiła się na wezwanie Związku Patriotów Polskich; skierowano ją do formującej się 1 dywizji. Powierzono jej pracę trudną i odpowiedzialną.

Nie do pozazdroszczenia były stanowiska dowódcze w formującym się batalionie. Nie tak łatwo było z elementu różnorodnego pod względem wieku, wykształcenia, kompleksji fizycznej stworzyć zorganizowany zespół, i do tego rządzący się nakazami regulaminów wojskowych. Nie brak było sceptyków, powątpiewających, czy uda się przekształcić to „damskie towarzystwo” w prawdziwe wojsko.(6)Jeśli chodzi o roczniki, to sprawa przedstawiała się następująco wg ankiet 492 szeregowych: 1912 — 1, 1913 — 1, 1914 — 5, 1915 — 2, 1916 — 4, 1917 — 4, 1918 — 5, 1919 — 19, 1920 — 23, 1921 — 35, 1922 — 54, 1923 — 63, 1924 — 206,  1925 — 58,  1926 — 7,  1927 — 2, 1928 — 3. W części badanych ankiet nie podano roku urodzenia, CAW, III-138, tecz. 13. (7)Z 490 przebadanych ankiet kobiet-żołnierzy wynika, że wykształcenie średnie miały 4, niepełne śrędnie (do 4 kl. gimn.) — 56, 7 klas szkoły podstawowej — 111, do 6 klas szkoły powszechnej (minimum 3 klasy) — 212, a 3 były analfabetkami. Pozostałe ankiety nie zawierały danych o wykształceniu. CAW, III-138, tecz. 1, 2, 3 i 45. (8)Już pierwsze dodatkowe badania komisji lekarskiej z lipca 1943 r. wykazały całkowitę niezdolność do służby wojskowej 5 kobiet. CAW, III-138, tecz. 29, s. 54. 

„Dziwiło mnie, że dziewczęta wykonywały wszystko posłusznie i z chwilą gdy włożyły mundur, jakby pogodziły się z losem, śmiały się, żartowały, ale żeby z tego było wojsko — nie wierzyłem”(9)Relacja mjr. rez. Franciszka Rudomina z 1963 r. Materiały i dokumenty Wojskowego Instytutu Historycznego, MiD WIH, IV/44/141, s. 1..

Były to wprawdzie dziewczęta zahartowane w ciężkiej pracy fizycznej, ale równocześnie wyczerpane tą pracą i trudnymi warunkami życia na zapleczu, niejednokrotnie wygłodzone, zabiedzone.

A nastroje, z którymi przybyły? Tu rzeczywiście wyłaniał się problem.

Ochotniczo do wojska przyszły te, które rozumiały, że właśnie w zwartych oddziałach, walcząc u boku Armii Radzieckiej, swoim wysiłkiem przyczynią się do rozgromienia hitleryzmu i do wyzwolenia kraju. Rozumiały, że ich osobiste krzywdy wojenne są drobnym wycinkiem w cierpieniu całego narodu po klęsce wrześniowej. Ochotniczo zgłaszały się i te, które nie chcąc pozostać same w odległych „posiołkach” zaciągały się do polskiego wojska wraz z najbliższymi.(10)Znalazła się wśród nich m.in. Krystyna Celińska, przybyła do batalionu razem z matką Leokadią. Dla nich nie wchodziły w grę trudy: gorsza była rozłąka.

Dręczyła je tęsknota za pozostawioną rodziną (zwłaszcza te najmłodsze) i niepokój — zupełnie zresztą uzasadniony, gdy weźmiemy pod uwagę trudne warunki, w jakich żyła niemal cała Polonia radziecka.

Służba w wojsku — przy założeniu, że pójdzie ono najkrótszą drogą do Polski — otwierała perspektywy realizacji marzenia o powrocie na ziemię ojczystą. Ale dawała o sobie znać również nieufność, czy rzeczywiście będzie to polskie wojsko.

Istotny był również fakt, że większość przybyłych dziewcząt pochodziła z terenów zabużańskich. (11)Tak np. w 1 kompanii fizylierek wg stanu 83 żołnierzy na 31 sierpnia 1943 r. (przed odjazdem na front) 60 pochodziło z terenów zabużańskich, 19 z centralnej Polski, 4 zaś były Polkami ze Związku Radzieckiego, CAW, 111-138, tecz. 13. Częstokroć były to córki zamożnych gospodarzy(12)We wspomnianych już 490 ankietach, w których było m.in. pytanie: „Jaki posiada majątek” — 49 respondentek stwierdza, że rodzice mieli do 1939 r. gospodarstwa wahające się od 10 do 60 ha ziemi plus inwentarz. CAW, III-138, tecz. 1, 2, 3, 45., którym przez cały czas pobytu w Związku Radzieckim rodzice zaszczepiali wręcz nienawiść do Kraju Rad, za przesiedlenie, pozbawienie majątku.

Praca organizacyjna przysparzała więc niemało kłopotów. Ten zespół trzeba było wdrożyć w tryby twardej dyscypliny wojskowej, tak obcej w swym założeniu charakterowi kobiety, nauczyć dzielić trudy żołnierskie, przyzwyczaić do jednomyślności w działaniu, wyszkolić pod względem wojskowym na pełnowartościowych żołnierzy, scementować politycznie. Nad tym zespołem trzeba było szczególnie wnikliwie czuwać, by i złagodzić tęsknotę „za mamą”, wyzwolić prawdziwe wartości ludzkie i umiejętnie nimi pokierować, by odwrócić uwagę od rzeczy błahych, a nacelować ją ńa sprawy istotne, potrzebne świadomemu swych zadań żołnierzowi polskiemu, który miał walczyć u boku sojusznika radzieckiego. Uwzględnić należało też okoliczność, że były to kobiety — z wszystkimi ich zaletami i wadami.

Jeżeli mówię o tych wszystkich trudnościach i kłopotach, dowództwa, to nie po to, by wyolbrzymiać je, nie po to, by stwarzać jakiekolwiek podziały. Chcę tylko ukazać olbrzymi wysiłek i żołnierzy, i dowództwa, zmierzający do przygotowania całego batalionu kobiecego do walki. Oczywiste jest, że w warunkach wojennych, a obczyźnie, po wszystkich klęskach narodowych i osobistych — formowanie wojska było niełatwym zadaniem.

Samodzielny batalion kobiecy zaczynał swe życie w pewnym chaosie, z którego powoli, z dnia na dzień wyłaniał się zgrany zespół — normalny pododdział bojowy.

Zupełnie zrozumiałe więc, że tę jednostkę trzeba było zasilić kadrą doświadczonych wychowawców.

Nowy dowódca batalionu, por. Zygmunt Sobolewski, obrał metodę ojcowską(13)Por. W. Bąk, Pieszo i konno, Warszawa 1963, s. 80—81.. Gdyby nie to, że zbyt wiele namnożyło mu się „córek”, zapewne głaskałby je po głowie, starając się równocześnie „karcić”.

Do żołnierzy dowódca batalionu zwracał się często: dziewczynki. A „dziewczynki” przywiązywały się do „papy” Sobolewskiego i w razie drobnego przewinienia łzami wzruszały jego serce.

Nie bez znaczenia było i to, że interesujący, kruczowłosy dowódca pojawiał się na terenie obozu ze swą piękną, filigranową żoną — Elżbietą Szemplińską. To było romantyczne, działało na wyobraźnię młodych dziewcząt.

Zdarzył się wypadek, że dowódca zezwolił jednej szeregowej na pozostawienie istotnie pięknych warkoczy, mimo że nie mieściły się jej pod czapką żołnierską — i mimo że było to sprzeczne z przepisami.

I tak jak potrzebna była ta „ojcowska” pobłażliwość, tak równie potrzebne było wdrożenie rekrutów (czy też rekrutek?) od razu w tryby ładu, dyscypliny, i regulaminu. Niestety, por. Sobolewski nie wykazał cech prawdziwego dowódcy, nic też dziwnego, że w pierwszym okresie batalion przypominał raczej zły hufiec harcerski.

Porucznik Sobolewski wprowadził w batalionie dość oryginalne szarże wojskowe. Tak więc szeregowa :— dowódca drużyny — nazywała się drużynową, a czasowo pełniąca obowiązki dowódcy plutonu — plutonową.(14)Por. Rozkazy dzienne batalionu, CAW, III-138, tecz. 29, s. 1 i następne.

Nauka salutowania, postawy żołnierskiej, kroku marszowego, meldowania się, pełnienia służby odbywała się w dużych grupach — stąd też i początkowe efekty były raczej skromne. Batalion cierpiał wyraźnie na brak dowódców drużyn, plutonów. Nieliczni oficerowie mężczyźni(15)W czerwcu 1943 r. przybyli do batalionu: ppor. Władysław Brzostowski — na dowódcę kompanii, kpr. Franciszek Rudo-min — na dowódcę plutonu łączności. Przybyli też: ppor. Bronisław Piszczuk, ppor. Jan Zabora, ppor. Michał Taran, ppor. Siergiej Denisów — instruktorzy radziecy do spraw wyszkolenia, którzy, niestety, nie znali języka polskiego. CAW, III-138, tecz. 29, s. 41—55., wyznaczeni przez sztab 1 dywizji na dowódców kompanii, nie byli w stanie sprostać szkoleniu pojedynczego żołnierza.

Dwoiła się i troiła zastępca dowódcy do spraw oświatowych Halina Zawadzka. Jej zadaniem było poznać bliżej dziewczęta, łagodzić spory, dowiedzieć się, jak dalece są świadome politycznie, co je gnębi. Trzeba było cierpliwie, okazując serce, tłumaczyć wiele spraw. Oczywiste, że sama temu podołać nie mogła. Batalion miał już ponad 150 żołnierzy i wciąż napływali nowi.

Podobne kłopoty miała zresztą cała 1 dywizja. Problem pracy oświatowej postanowiono rozwiązać, powołując na skrócony kurs kandydatów na przyszłych oświatowców. Znaleźli się wśród nich przede wszystkim ludzie związani przed wojną z ruchem robotniczym lub chłopskim, a także i ci, którzy swoją postawą od pierwszej chwili przybycia do tworzącego się wojska zadeklarowali swe demokratyczne przekonania. W przyszłości oni właśnie stali się „lekarzami dusz”, oni rozładowywali długą i żmudną pracą nastroje, wskazywali tę słuszną drogę, po której szedł żołnierz polski.

Z batalionu na kurs oficerów oświatowych dywizji zostały wytypowane: Ludwika Bibrowska, Joanna Guze, Barbara Jaziewicz, Julia Kaczor, Stanisława Kubiak, Zofia Okręt, Salomea Nieznańska i Janina Zahaczewska. Po trzytygodniowej nauce rozkazem dywizji wyznaczono je na zastępców dowódców kompanii do spraw oświatowych(16)Rozkaz nr 6 bat. kob. z 12 lipca 1943 r„ CAW, III-138, tecz. 29, s. 5. Ludwika Bibrowska została mianowana instruktorem oświatowym batalionu, a Joanna Guze instruktorem wydziału oświatowego dywizji.*Pozostała nadal w batalionie. Zofię Okręt przeniesiono na stanowisko oficera oświatowego w 1 dywizjonie przeciwpancernym. Jako jedna z pierwszych rozpoczęła trudną dla kobiety pracę w jednostce męskiej.

Pierwszy rozkaz dzienny batalionu (numer 1) ukazał się dopiero 7 lipca 1943 roku i była w nim, między innymi, mowa o wyznaczeniu ppor. Aleksandra Maca na zastępcę dowódcy do spraw liniowych.(17)CAW, III-138, tecz. 29, s. 1., a ppor. Bronisława Orłowskiego na dowódcę 1 kompanii fizylierek. Aleksander Mac przed 1939 rokiem pełnił służbę w Wojsku Polskim, Bronisław Orłowski był Polakiem z Leningradu, oficerem Armii Radzieckiej.

Przybycie tych dwóch oficerów bardzo korzystnie wpłynęło na stan szkolenia, gdyż obydwaj energicznie zabrali się do pracy. Ppor. Mac z wrodzoną mu sprężystością zaczął zmieniać dotychczasowe „ojcowskie” metody dowodzenia.

 

POBUDKA 

 

Pobudka... .Pobudka! Wstać! W namiotach zaczyna się ruch. Służbowa bez serca uderza w gong i wsuwa głowę pod namiot.

— Pobudka, *Jedna z szeregowych 1 kompanii fizylierek nazywała się Anna Pobudka pośpiesz się! Ciebie przecież wołają — pada żart w namiocie 1 kompanii.

— Odczep się raz ode mnie, Hela, mówię po dobremu. Już tym moim nazwiskiem oczy wykluwasz co rano!

— To po co z takim nazwiskiem do wojska leciałaś? Nie wiedziałaś, że trzeba będzie rano wstawać? A ja przecież do ciebie tak z miłości. Nie wiesz czasem, gdzie mój ręcznik?

Takie poranne rozmówki towarzyszyły szybkiemu wskakiwaniu w spodnie i przyduże buty. Zaczynał się dzień w batalionie.

Ustawione w dwuszeregu dziewczęta z ręcznikami na ramieniu biegły nad brzeg Oki. Gimnastyka, mycie się. Ranki lipcowe były ciepłe, a woda w rzece czysta. Co śmielsza zrzucała odzież i zanurzała się w wodzie, rozkoszując się pływaniem (nawet w niedozwolonych miejscach).  (1)Celińską Krystynę ze szkoły podoficerskiej za pływanie w zakazanym miejscu ukarałem pozostawieniem (w namiocie — St. D.) przy dwóch kolejnych kąpielach batalionu” — brzmi punkt rozkazu dziennego nr 26 z 2 sierpnia 1943 r. sam. bat. kob., CAW, III-138, tecz. 29, s. 36.

Powrót do obozu. Oczywiście z piosenką.

„Wyganiała Kasia wołki, rozwidniało się” — roznosiło echo.

Fizylierki mijają żołnierzy z 3 pułku piechoty.

— Wybierz sobie którąś! — słychać głos.

— Nie dla psa kiełbasa — odcina szybko Kłosowska (2)Por. relacja ppor. rez. Haliny Szklarczyk, MiD WIH, IV/44/141, s. 1..

Wszyscy się śmieją.

— Spokój! Kto tam rozmawia w szeregu? — sroży się szef kompanii Jadzia Diuk.

Jednakże dwie szepcą między sobą, że nie ma wieści z domu. Czy aby rodzina zdrowa, czy mają co jeść?

Na dziewczęta czeka już gotowe śniadanie. Ale jeszcze przed tym służbowa sprawdza menażki.

I już nad dnem nachylają się trzy głowy: służbowej, obwinionej i oficera oświatowego. Ta „oświata” zjawia się zawsze w najbardziej nieoczekiwanym momencie. I potem, podczas zajęć, oprócz swoich spraw oświatowych, jeszcze „gdera”, że trzeba wykonywać dokładnie rozkazy, być staranną..., że żołnierz... itd. Jakby się tego nie rozumiało!

Tyle, że te oświatowe to naprawdę starają się być dla wszystkich sprawiedliwe. Jak Stasia podarła prześcieradło na chusteczki, to oświatowa nie dopuściła do ukarania jej. A już się szykowała większa awantura.

Takie i podobne rozmyślania i rozmówki towarzyszą przygotowaniom do jedzenia. A że to sobota, dzień robienia porządków w batalionie, więc dziewczęta żywią nadzieję na doprowadzenie do ładu swej garderoby.

Na razie rozsiadły się przy stołach, z apetytem zajadając poranną kaszę: tłusta i chleba do niej sporo.

„Przypominam sobie, że nic tak nie dopisywało jak apetyt...”(3)Por. relacja ppor. rez. Haliny Szklarczyk, MiD WIH, IV/44/141, s. 1..

Na skraju ławki przycupnęło małe dziewczątko. Grzebie w kaszy, choć wszystkie jedzą szybko.

I nagle łzy jak groch spadają do menażki.

— Wstydźże się Hanka! No i czego?

— Bo list dostała — wyjaśnia któraś.

— No i co, będziemy nad kaszą beczały? — zuchowato odzywa się Zośka. — Polskę odwojujemy, wrócimy do domu i kaszy będzie dla wszystkich. Nie słyszałaś, jak Bibrowska mówiła? Jej można wierzyć!

— E, ty nic nie rozumiesz, Zocha. Matka Hanki choruje, ojciec z Andersem poszedł, a w domu jeszcze dwoje młodszych od Hanki. Ot dlaczego beczy.

— Nie płacz, Hanka, będę za ciebie porządki robiła i bluzę ci skrócę. Napiszesz do matki w tym czasie. A najlepiej to idź, zamelduj się do Bibrowskiej. Ona doradzi. Tylko kaszę zjedz, bo zaraz służbowa będzie musiała meldować, że „żołnierz odmówił posiłku” — doradza „drużynowa” Halina Mańkowska.

Minęło zaledwie pół godziny i znów zabrzęczały menażki — tym razem podczas mycia.

„Pamiętam, jak pierwszy raz zasiadłam za stołem w batalionie — wspomina późniejszy oficer polityczno-wycho-wawczy Irena Jackowska. — Do menażki nalała mi kucharka sporo gęstej, gorącej zupy. W wieczku menażki dymiło mięso z kartoflami. Już dawno nie jadłam tak smacznej zupy, smakowałam więc powoli, statecznie, zagryzając chlebem. Nie zdążyłam dojeść zupy, gdy odezwał się głos dyżurnej: — Zbiórka! Do rzeki myć menażki!

Byłam zrozpaczona. Aż mi łzy w oczach stanęły. Mięso gryzłam biegnąc w szeregu. Resztę zupy i kartofle musiałam wyrzucić do Oki.

Już nigdy potem nie celebrowałam jedzenia. Jadłam bardzo szybko i do dziś nie umiem inaczej”.

Zbiórka na „linijce” i krótki rozkaz: — Do zajęć rozejść się! — Rozbiegły się z łopatkami, miotłami.

„Niemałe zmartwienie miałam z tymi pracami porządkowymi. Porucznik Mac mianował mnie szefem całego batalionu. I wymagał ode mnie odpowiedzialności...

Byłam w batalionie razem z matką. Rozdzielając sprawiedliwie pracę i jej musiałam wynaleźć jakieś zajęcie. Z jednej strony liczyłam się jeszcze ciągle z tym, że to matka, a z drugiej... Cóż by pomyślały o mnie pozostałe podwładne? Już samo zwracanie się do mamy per „szeregowa Celińska” przysparzało trochę kłopotów. Toteż prywatnych konfliktów z mamą miałam wiele”(4)Relacja ustna por. rez. Krystyny Celińskiej z 1963 roku..

Część dziewcząt przydzielono do pracy w kuchni, jeszcze inne do prania, a resztę do igły. Rzadko zdarzało się bowiem, by wyfasowany mundur leżał tak, jak by się chciała w nim widzieć kobieta. Z rzekomej „ofermy” w przydługiej bluzie, w spadającej na oczy czapce, w spodniach po pachy — powoli, przy pomocy koleżanek, no i nieodłącznej u żołnierza igły z nicią — wyłaniały się zgrabne kształty dziewczęce.(5)Jak wspomina por. rez. Aniela Klecka-Molska, pierwsze ochotniczki zafasowały nawet owijacze, z czym było i uciechy i kłopotu co niemiara. MiD WIH, IV/44/141. A spod czapki nałożonej zawadiacko na bakier wysuwał się swawolny lok krótko obciętych włosów. I niewiele pomagały pouczenia, że czapka ma być lekko zsunięta na bok, dwa centymetry nad prawą brew. Jeśli skrawek lusterka wskazywał, że tak nie jest do twarzy, dziewczyna nosiła ją „po swojemu”, z czoła, tym chociaż podkreślając swą indywidualność.

Cały ekwipunek żołnierski w pierwszym okresie składał się z ćwiczebnej bluzy wkładanej przez głowę (tzw. gimnastiorki), spodni (początkowo męskich), pasa, beretu oraz czapki połowęj, butów, dwóch par onuc i bielizny. Z tą było kłopotów co niemiara (pierwsze ochotniczki otrzymały w ekwipunku męskie ineksprymable), dopiero w lipcu bowiem dostarczono do batalionu damską bieliznę.

Ta damska bielizna susząca się za namiotami wywoływała wybuchy złości ppor. Maca do czasu zorganizowania batalionowej suszarni. Inna sprawa, że nie ozdabiała batalionu.

Do dnia przysięgi dziewczęta były już umundurowane i z całym pietyzmem składały swe mundury w kostkę, przy każdej okazji je piorąc, by zawsze wyglądały schludnie i elegancko.

Ta „elegancja” jednak kosztowała.

Szef sztabu 1 dywizji pułkownik Kieniewicz, wizytując batalion kobiecy, często zwracał uwagę dowódcy, że żołnierze mają zbyt świeże mundury, że nie widać śladów potu na plecach, a kolana w spodniach nie są wytarte.

Takie uwagi powodowały wzmożone ćwiczenia: czołganie, pokonywanie toru przeszkód. Bluzy były mokre od potu, kolana usmolone.

Można było zaobserwować ciekawe zjawisko. Do apelu wieczornego dziewczęta wychodziły w brudnych mundurach, ale już na poranną zbiórkę stawały w czystych. Chciały się dobrze prezentować i nie przerażało ich to, że nieraz spodnie trzeba było suszyć własnym ciepłem, pod prześcieradłem.

Były ambitne. Wpajana im zasada schludności odbijała się na prezencji. Nawet te najniższe wzrostem, dla których najmniejsze bluzy były za duże, potrafiły przypasować je i obciągnąć na drobnych figurkach.

Ale nie tylko w tym przejawiała się ambicja. O wiele większe jej przejawy były w szkoleniu.

 

PRZYGOTOWANIE DO PRZYSIĘGI

 

Szkolenie rekruta jest w każdej jednostce wojskowej pierwszoplanowym zadaniem. Ten ciężki obowiązek wzięli na siebie oficerowie-mężczyźni: musztrę, szkolenie strzeleckie, taktykę, naukę o broni, regulaminy.

Wiele nieporozumień wynikało, zanim dziewczęta nauczyły się prawidłowego oddawania honorów wojskowych. O swojej wielkiej przygodzie wspomina w relacji Anna Wojewoda:

„Pamiętam, było to w trzecim dniu mojego pobytu w batalionie. Dostałam zwolnienie lekarskie na trzy dni na skutek otartych nóg... Ulokowałam się na skraju lasu... Najpierw zdjęłam buty, potem pas, beret i zaczęłam czytać.

W pewnym momencie usłyszałam tętent konia. Zanim się obejrzałam, zobaczyłam nad sobą postać pułkownika Zygmunta Berlinga... W pierwszej chwili nie wiedziałam, co mam w ogóle ze sobą począć, a potem mi się przypomniało, że por. Orłowski na wykładach mówił o oddawaniu honoru. Szybko więc poderwałam się na równe nogi i zasalutowałam, oczywiście boso, bez czapki i pasa...” . (1)MiD WIH, IV/44/141, s. 3—4.

Łatwo sobie wyobrazić zachwyt dowódcy dywizji...

Podporucznik Mac cały dzień chodził po obozie batalionowym, bacznie przypatrując się salutującym mu dziewczętom. I nieraz padały ostre uwagi, „że nie głowa do ręki, a ręka do głowy”. I ustawiona pod kątem prostym.

Tego jednak dziewczęta nauczyły się szybko.

Z właściwym nastolatkom humorem szeregowe wykonywały komendy. Na baczność stawały przepisowo, przygarbiając się nieco, jeśli biust zbyt wystawał z szeregu. Ale z zachowaniem powagi było trochę trudniej. Zawsze przecież zdarzało się coś śmiesznego.

Nowo przybyły do batalionu dowódca plutonu łączności, kpr. pchor. Franciszek Rudomin, wspomina:

„Po komendzie »baczność« wprawdzie ściągały kopyta, jak to się mówiło wśród żołnierskiej braci, ale z powagą było całkiem źle.

Stałem przed frontem... Oczy jak gwiazdy, buzie jak maliny, a z każdego uśmiechu tryska sto promieni! A ja... przy kawalerskich 27 latach, z bardzo ubogim słownikiem, jaki wolno mi było stosować w tym babskim wojsku, byłem bezradny...

Generał Świerczewski, który umiał czytać troski z twarzy żołnierza, podszedł kiedyś do mnie, a gdy mu powiedziałem, co mnie gnębi, poradził:

— Zaprowadź ty je do lasu i zabaw się z nimi w prawdziwe wojsko, daj w d... po piachu. Możesz jeden raz zapomnieć, że to kobiety. Ale pamiętaj — tylko jeden raz!

No i pomogło. Wprawdzie patrzyły na mnie jak na zbója, ale niedługo. Od tego czasu całkowicie weszły w rolę żołnierzy”. (2)Tamże, s. 2.

Nie zawsze jednak trzeba było aż tak drakońskich metod. Śame z czasem zrozumiały konieczność dyscypliny i wzajemnie się strofowały.

Trochę gorzej było z maszerowaniem.

W pierwszych dniach istnienia batalionu kto żyw uczył dziewczęta maszerować. Nie szczędzili wysiłku i oficerowie oświatowi. Ale to nie była ta prawdziwa nauka marszu. To krok za długi, to za krótki. W efekcie albo „drobiono”, co zwykło się w batalionie nazywać „kozim truchtem”, albo też czoło wyciągało nogi ponad miarę, kompania szła w rozsypkę; te małe nie nadążały. I wesoła Stasia z 1 kompanii zaraz zaczynała śpiewkę o dwóch Michałach.

Trudność polegała między innymi i na tym, że szkolono od razu w kompanii — nie było kadry.

Ciężki obowiązek nauczenia dziewcząt marszu w szyku zwartym wziął na siebie zastępca dowódcy batalionu — podporucznik Mac. Zwłaszcza że batalion kobiecy miał defilować po przysiędze.

I może fakt ten nie byłby godny odnotowania, gdyby nie ambicja całego zespołu: batalion musi wypaść na defiladzie lepiej niż jednostki męskie.

Do przysięgi było jeszcze osiem dni. Nad Oką dogrzewało lipcowe słońce. Twarze dziewcząt szkliły się od potu. Od rana już ćwiczyły.

— Czwórki w prawo zwrot — chrypiał już w południe Aleksander Mac.

— Która tam znów zaczyna fikać prawą nogą? To nie balet!

— Wyżej nogi, wyżej nogi! Raz, dwa, trzy, cztery. Raz, dwa...

I tak bez końca. Od ósmej rano, do trzynastej, do obiadu.

— Batalion śpiewa! — komenderował Mac.

I z zaschniętych krtani niosło się „O mój rozmarynie...”.

Raz po raz słyszało się:

— Po licha tak męczy! Sam już ledwie chrypi. A tu mu jeszcze śpiewaj!

Za ten upór dziewczęta szanowały go, trochę się bały. Ale już same zwracały uwagę, gdy któraś „niechcący” zmieniła krok.

Osiągane wyniki przekonywały dziewczęta o celowości trudu, a podporucznik Mac w przeddzień przysięgi był już całkowicie unieszkodliwiony — mówił zaledwie szeptem.

 


Rygor wojskowy szybko wchodził w krew niedawnym „harcerkom”. Już same zaczęły naśladować styl komendy Aleksandra Maca.

Coraz życzliwszym okiem spoglądali sztabowcy znad Oki na maszerujący batalion kobiecy. W pierwszej czwórce kroczyły: piękna Halina Bielawska, Halina Snarska, Anna Turkiewicz i Żenią Pawluczuk. Smukłe, wysokie, ściągnięte w pasie, dumnie zwracały w prawo głowy, pozdrawiając przełożonych.

Zbliżał się dzień przysięgi.

Coraz to dziewczętóm aplikowano porcję zajęć politycznych.

Prowadziły je, po instruktażu „wodza” Zawadzkiej lub Bibrowskiej, kobiety wyznaczone na zastępców dowódców pododdziałów do spraw oświatowych. Początkowo nie było żadnych gotowych konspektów, żadnych podręczników. Instruktaż nakierowywał ogólnie, przypominał daty, jeśli przedmiotem zajęcia była historia Polski, dawał ogólne wskazówki, jakie zagadnienia należy uwypuklić.

A resztę? Resztę trzeba było sobie dośpiewać samemu. Przypomnieć najistotniejsze zagadnienia, uszeregować je i mówić tak, by trafić do przekonania słuchaczek, by zdobyć ich umysły. Zróżnicowany poziom wykształcenia zmuszał do bardzo przystępnej formy wykładu. Tak, by zrozumiały te, które ukończyły zaledwie kilka klas szkoły powszechnej — tych przecież była większość. A i te z dwiema, trzema klasami gimnazjum częstokroć niewiele już pamiętały.

Ale nie to było najważniejsze. Najistotniejszym problemem było rozładowanie nastroju nieufności do sojusznika, który zgodził się na formowanie wojska polskiego.

Polska mowa, piastowski orzełek, biało-czerwona flaga — to wszystko były elementy emocjonalne. Powodowały wzruszenia, ale krótkie.

Ciężkie lata bytowania wojennego w Związku Radzieckim, podsycana plotka i nastroje antyradzieckie zaostrzały konflikty wewnętrzne.

Jedząc tłusty barszcz ze sporą skibą chleba, wkładając mundur zapominały, że to właśnie dar radziecki. Długo jeszcze, nawet trzymając już w ręku automat, na którym był wyraźny napis rosyjski, nie wszystkie wyzbywały się swych niechęci.

Podawane w codziennych komunikatach fakty masowych zbrodni hitlerowskich w okupowanym kraju przyjmowały z właściwym kobietom wzruszeniem i zgrozą. A jednak chwilami niektóre jak gdyby powątpiewały, czy to prawda, czy to czasem nie wymysły propagandowe. Jakże boleśnie przeżywały te swoje powątpiewania, gdy później, po wkroczeniu na ziemie polskie, stwierdziły naocznie, że nawet w części nie zdawały sobie sprawy z bestialstwa hitlerowców.

A sprawy przyszłej Polski, jej ustroju, granic?

Żołnierze batalionu kobiecego w większości pochodzili zza Bugu. Sprawa przyszłej granicy była dla nich kwestią bardzo ważną. Tam się urodziły, tam chodziły do szkołyr tam chciały wrócić.

Były w większości zbyt młode, by znać problemy ustroju Polski przedwrześniowej.

Wojsko Polskie stało się domem rodzinnym, ale jak powstało, kto je żywi, ubiera i zbroi — nad tym się nie zastanawiały.

Takie problemy i wiele jeszcze innych były przedmiotem pracy oficerów oświatowych.

A pracę tę można było prowadzić tylko wtedy, gdy się samemu mocno i gorąco wierzyło w to wszystko, co należało przekazać żołnierzom. I nieprzypadkowo prym w niej wiedli komuniści polscy. To oni pierwsi podjęli się tej żmudnej pracy, wychowując żołnierza oraz przyszłych oficerów i podoficerów oświatowych, a potem polityczno-wychowawczych.

„Pamiętam jak dziś pierwszą pogadankę, którą poleciła mi przeprowadzić Lunia.  *Ludwika Bibrowska Tak sobie ułożyłam konspekt, by sprowokować dziewczęta do pytań. Kiedy doszłam do sprawy granicy na Bugu, wydawało mi się, że je poruszyłam. Zauważyłam, że potrącały się łokciami.

Ucieszyłam się, że sprowokuję dyskusję, że będę mogła odpowiedzieć na dręczące je pytania.

Ale już po chwili patrzyły na mnie znów bez wyrazu.

Pytań nie było żadnych.

A kiedy nalegałam pytając, czy doprawdy wszystko jest dla nich zrozumiałe, usłyszałam zniechęcony głos Kazi:

— Jasne!

Dyskusja rozgorzała dopiero wieczorem w namiocie. Ta sama Kazia (głos jej poznałam) dowodziła, że tak mi kazano mówić.

— Komuniści ją przerobili na swój chlebek — perorowała.

— A jeśli tak będzie naprawdę, jak mówiła? — zapytała któraś.

— Nie bój się, nie będzie!

Ta podsłuchana rozmowa przekonała mnie, że nie chcą ze mną dyskutować. Myślą swoje. Nie są ze mną szczere.

Jakże je przekonać?

Wejść do namiotu i natychmiast reagować? Przecież jeszcze bardziej je zniechęcę. Co robić? Czy meldować o tym fakcie Luni?...

W sześć lat po wojnie spotkałam Kazię, osadniczkę z ziem zachodnich. Była już matką dwojga dzieci.

— Gdzie mieszkasz? Co porabiasz? — zasypałam pytaniami mego byłego żołnierza.

Od słowa do słowa i wyjaśniło się, że w czasie dalszej służby, już w innym oddziale, sama była oficerem polityczno-wychowawczym.

— No a jak tam z tymi granicami? — przypomniałam. — Coś mówiła swoim żołnierzom?

— Zmądrzał człowiek, obywatelko poruczniku (dalej tytułowała mnie jak w wojsku).

I wtedy dopiero powiedziałam jej, że była moją wielką troską.

— Nie wierzyłaś sama, innym mąciłaś w głowie. Nawet Lunia miała z tobą sporo kłopotów, bo nic na rozum nie można ci było wytłumaczyć.

— Ale też obywatelka porucznik umiała do mnie podejść nie na rozum”. (3)Relacja ustna byłego oficera pol.-wych.

...jednoczył skłóconych, rozmaitych

                                       godził,

słabym dawał wiarę w rozmach

                    wspólnego ramienia,

on był dusza oddziału, którym

                           współdowodził,

i dla żołnierzy stał się czymś na

                         kształt sumienia;

on byl z tych, którzy wojsku naszemu

                                 skrzydlaty

nadają polot w przyszłość — oficer

                                   oświaty!

Tak pisał o oficerach oświatowych poeta-kościuszkowiec Lucjan Szenwald.

Prawdą było, że w batalionie — z chwilą gdy oficer oświatowy zdobył sobie zaufanie — łatwiej było prowadzić pracę polityczną niż w jednostkach męskich. Do serc i umysłów dziewcząt można było trafić, uwzględniając momenty emocjonalne, ambicję, a nawet ich egzaltację (4)Potwierdza to w swej relacji z 1963 r. Halina Zawadzka, pierwszy zastępca dowódcy batalionu kobiecego do spraw oświatowych

„...Równolegle ze szkoleniem liniowym odbywało się Szkolenie polityczne, tak zwana walka o dusze żołnierskie, walka o to, aby każdy żołnierz wiedział, o co walczy, aby był oddany sprawie przyszłej Polski robotniczo-chłopskiej. Nasz obóz nad Oką był nie tylko szkołą rzemiosła wojskowego, ale również szkołą wychowania obywatelskiego...”. (5)Relacja por. rez. Anieli Molskiej, MiD WIH, IV/44/128, s. 5—6.

Trzeba było dziewczęta przygotować do zbliżającej się przysięgi, tłumacząc jej tekst. Nie był to daremny trud. Przysięgi dochowały, dając temu dowody całą swoją postawą.

W przeddzień przysięgi dziewczęta poszły do spowiedzi. Były w większości wierzące i możliwość praktyk religijnych w wojsku bardzo je cieszyła. Dość częstym gościem w batalionie był kapelan dywizyjny ksiądz Franciszek Kubsz, który cieszył się dużą sympatią dziewcząt. Otrzymały od niego książeczki do nabożeństwa, które chroniły wraz z rodzinnymi fotografiami. Modliły się żarliwie nie tylko w kaplicy dywizyjnej. Codziennie po apelu wieczornym można było zobaczyć klęczące w namiocie, pogrążone w modlitwie.

Żegnały się (ukradkiem) znakiem krzyża przed objęciem pierwszej warty, przed wzięciem do ręki karabinu. Wzdychały pobożnie, gdy ciężko szło czołganie czy musztra.

Tak je wychowano. I tej wiary nikt im nie odbierał. Gorzej czuły się wśród tych rozmodlonych — niewierzące. Ale i one wypowiedziały z pełnym przekonaniem ostatnie słowa przysięgi: „Tak mi dopomóż Bóg!”.

Rozkaz batalionowy numer 8 z 14 lipca 1943 roku regulował tok zajęć w dniu przysięgi.

...W dniu jutrzejszym odbędzie się przysięga, w której weźmie udział cały Batalion Kobiecy. W obozie zostaną: warta, drużyna służbowa w kuchni, chore zwolnione przez lekarza, niezdatne do służby liniowej. Szeregowe, które 15.VII.43 r. nie złożą przysięgi, złożą ją 18.VII.43 r.

O godz. 7.30 odbędzie się nabożeństwo w kaplicy dyw., skąd batalion wymaszeruje na plac przed sztabem dywizji, gdzie weźmie udział w przysiędze i defiladzie.

O godz. 19-tej odbędzie się uroczysta akademia w teatrze dywizyjnym, na którą wysłane zostaną jako delegatki pa 3 szereg, z każdej drużyny I komp., 8 szereg, z II komp. i 9 szereg, z plutonu sanitarnego.

Plutonowe wybiorą szeregowe najlepiej wyćwiczone. O godz. 19-tej odbędzie się akademia w Batalionie. (6)CA W, III-138, tecz. 29, s. 8.

Kombatantki batalionu do dziś wspominają dzień przysięgi. W osadzie wojskowej Platerówka *Koło Lubania Śląskiego sierż. rez. Janka Kapera cytuje dzieciom z pamięci jej tekst. I wzrusza się - jak wtedy, gdy pod palącym lipcowym słońcem podnosiła palce, ślubując ojczyźnie:

Składam uroczystą przysięgę ziemi polskiej, broczącej we krwi, narodowi polskiemu, umęczonemu w niemieckim jarzmie, że nie skalam imienia Polaka, że wiernie będę służył ojczyźnie.

Przysięgam ziemi polskiej i narodowi polskiemu rzetelnie-pełnić obowiązki żołnierza w obozie, w pochodzie, w boju, w każdej chwili i na każdym miejscu, strzec tajemnicy wojskowej, wypełniać wiernie rozkazy oficerów i dowódców.

Przysięgam dochować wierności sojuszniczej Związkowi Radzieckiemu, który mi dał do ręki broń do walki z wspólnym wrogiem, przysięgam dochować braterstwa broni sojuszniczej Czerwonej Armii.

Przysięgam ziemi polskiej i narodowi polskiemu, że do ostatniej kropli krwi, do ostatniego tchu nienawidzić będę wroga — Niemca, który zniszczył Polskę, do ostatniej kropli krwi, do ostatniego tchu walczyć będę o wyzwolenie ojczyzny, abym mógł żyć i umierać jako prawy i uczciwy żołnierz Polski.

Tak mi dopomóż Bóg!

Płomienne przemówienie wygłoszone po przysiędze przez Wandę Wasilewską, którą znały i której wierzyły, zrobiło wielkie wrażenie. Każda z nich wiedziała już, że to dzięki jej staraniom znalazła dom nad Oką, że droga, którą pójdą żołnierze, prowadzi nad Wisłę. Wasilewska roztaczała przed nimi wizję życia w innej Polsce, której właśnie one — żołnierze — będą współgospodarzami. Nic też dziwnego, że gdy przewodnicząca Związku Patriotów Polskich zjawiała się na terenie batalionu, dziewczęta z uwielbieniem i szacunkiem wodziły za nią oczyma.

 

PRZYJECHAŁY ROSJANKI

 

Szkolenie wojskowe dziewcząt wymagało specjalistów — już dłużej nie można było prowadzić zajęć w kompaniach. A własnej kadry nie było.

Dowództwo wiedziało, że najlepiej kobietę rozumie druga kobieta. Z pomocą znów przyszło dowództwo Armii Radzieckiej.

Przed wyciągniętym w dwuszeregu batalionem 20 sierpnia odczytano rozkaz, który mówił, że na dowódców plutonów przybyli oficerowie radzieccy — kobiety, absolwentki Oficerskiej Szkoły Piechoty w Riazaniu.  (1)CAW, III-138, tecz. 29   

Dziewczęta szykowały namiot dla nowych oficerów, nie wiedząc, że to będą kobiety. Toteż gdy zjawiły się z bardzo skromnym dobytkiem żołnierskim, jeszcze w mundurach Armii Czerwonej, przyglądały im się z niedowierzaniem: kobiety — oficerowie liniowi? Co też one potrafią, jakie będą? No i w jakim języku będą podawały komendy? Chyba nie po rosyjsku?

Było ich sześć. Stały przed dziewczętami, ubrane już w polskie mundury. Jak pięknie się prezentowały! Równo podszyte białe kołnierzyki. Obciągnięte bluzy, wyczyszczone buty. Ich schludność uderzała. Stały się potem wzorem do naśladowania nie tylko przez szeregowych, ale i przez oficerów oświatowych.

Podporucznik Nadieżdę Bondar wyznaczony na dowódcę plutonu zorganizowanej w batalionie szkoły podoficerskiej. Obowiązki dowódcy pełnił do tego czasu obok wszystkich innych zajęć zastępca dowódcy batalionu podporucznik Mac.

Kandydatki na przyszłych podoficerów stały na prawym skrzydle i z niedowierzaniem patrzyły na jasnowłosą Nadię. Czy potrafi zastąpić podporucznika Maca?

Na dowódcę plutonu łączności wyznaczono ppor. Ninę Gromową. Wywołana zaprezentowała się, występując z szeregu do przodu. I choć była poważna, śmiały jej się figlarnie wielkie, czarne oczy.

Dowódcą plutonu sanitarnego została podporucznik Walentyna Drobyszewska.

Najsilniejszy zastrzyk kadrowy otrzymała 1 kompania fizylierek. Podporucznik Olga Masiuk objęła pierwszy pluton, podporucznik Olga Jarmolenko drugi, a trzeci podporucznik Nina Charitonowa.

Do drugiej kompanii strzeleckiej miały przybyć kobiety--oficerowie w terminie późniejszym.

W tym dniu podczas zajęć dziewczęta bacznie przypatrywały się nowym dowódcom plutonów.

Przybyłe Rosjanki nie znały, niestety, języka polskiego. Podporucznik Jarmolenko pochodziła wprawdzie z rodziny polskiej, osiadłej w ZSRR, ale jej znajomość języka była raczej minimalna.

„Śmiesznie mówi po polsku, uczy się od nas — za to ona uczy nas sztuki wojowania” — wspomina Halina Mańkowska (2)Relacja ppor. rez. Haliny Szklarczyk z 1963 r. MiD WIH, IV/44/128, s. 1, żołnierz drugiego plutonu 1 kompanii fizylierek.

Śmieszy dziewczęta rosyjska komenda „Rawniajś w zatyłok”. A przecież niedawno jeszcze niektóre z nich same miały kłopoty językowe. Jadzia S. przez trzy dni na pytania zadawane po polsku odpowiadała po rosyjsku, mimo że była rodowitą Polką. Mowy ojczystej zapomniała w tajdze. Jakże gorzko płakała... (3)Relacja ustna plut. rez. Jadwigi Zagrzejewskiej Za to Rosjanki imponowały swoją wiedzą wojskową.

Z uporem uczyły się wieczorami przy pomocy oficerów oświatowych języka polskiego. A rano przed wyjściem na zbiórkę w namiocie Rosjanek słychać było powtórki.

— Nadia, kak po-polski: na pleczo?

— Na ramię broń.

— A smirno?

— Bacznost! Czort pobieri, kak trudno!

Jeszcze nie wżyły się w środowisko, jeszcze nieśmiało składają usta, meldując się dowódcy. Ale nie skarżą się. Wykonują rozkaz.

Codziennie wieczorem oprócz nauki języka przygotowują szczegółowe plany zajęć. Są solidne, świecą przykładem pracowitości, uporu i samozaparcia.

Toteż efekty ich pracy były znakomite. A co najważniejsze nabrały do nich zaufania ich podwładne. Otaczały je po zajęciach i zawsze jeszcze obywatelka porucznik coś tłumaczyła. Część po polsku — patrząc pytająco, czy jakiejś gafy nie strzeliła — część po rosyjsku. Dziewczęta wszystkie rozumiały dobrze po rosyjsku, choć same niegramatycznie mówiły. Ale na zwroty w języku polskim zwracały uwagę, poprawiając swego dowódcę. Były dumne, że i one mogą czegoś uczyć.

Zapanowała już harmonia. Rosjanki podbiły serca dziewcząt, ale są surowe:

„...Ppor. Jarmolenko też czasami dała nam w kość.

Pamiętam — upał, zmęczone po ćwiczeniach w terenie (okopywanie się), głodne wracamy do obozu na obiad. Pada komenda: — Kompania śpiewa!

A kompania milczy.

— Powtarzam — kompania śpiewa!

Cisza.

— Biegiem marsz, padnij...

A przed samym obozem: — Kompania śpiewa!

No i śpiewała...

Kochałyśmy je wszystkie i ona nas też. A to było ważne, bardzo ważne. Bo kochać, bezgranicznie ufać swemu dowódcy, to połowa zwycięstwa w słusznej sprawie.

Ona to z nami — z 1 kompanią fizylierek — wyruszyła 1 września 1943 roku na front...”. (4)Relacja ppor. rez. Haliny Szklarczyk, MiD WIH, IV/44/128, s. 2. 

21 lipca przybyli jeszcze trzej oficerowie: ppor. Nina Gruszecka — na dowódcę drugiego plutonu i ppor. Luba Iwanowa — jako dowódca trzeciego plutonu 2 kompanii fizylierek. Ppor. Maria Samarska została dowódcą plutonu w szkole podoficerskiej.

 

PIERWSI PODOFICEROWIE

 

Najcięższy odcinek pracy, wyszkolenie podoficerów, przypadł w udziale ppor. Nadieżdie Bondar i ppor. Marii Samarskiej.

Powstanie szkoły podoficerskiej w batalionie podyktowane było potrzebą przeszkolenia kobiet, które mogłyby prowadzić zajęcia w drużynach. Brak było też zastępców dowódców plutonów, szefów kompanii.

Doboru kandydatek do szkoły dokonał dowódca batalionu, wybierając najsilniejsze fizycznie, zdradzające niewątpliwe zdolności wojskowe. W tej pierwszej szkole było ich czterdzieści cztery w dwóch plutonach.

Ostatecznie skład organizacyjny szkoły podoficerskiej przedstawiał się następująco:

1 pluton — dowódca — ppor. Nadieżda Bondar

Zastępca dowódcy — szer. Halina Snarska

1 drużyna —  dowódca —  szer. Paulina Łozińska

2 drużyna — dowódca — szer. Halina Bielawska

3 drużyna — dowódca — szer. Anna Turkiewicz

2 pluton — dowódca — ppor. Maria Samarska 

Zastępca dowódcy — szer. Krystyna Celińska

1 drużyna — dowódca — szer. Józefa Jureczko

2 drużyna — dowódca — szer. Regina Wysocka

3 drużyna — dowódca — szer. Eugenia Pawluczuk (1)Rozkaz dzienny nr 20 z 26 lipca 1943 r. sam. bat. kob., CAW, III-138, tecz. 28, s. 25.

„...Bardzo pragnęłam dostać się do tej szkoły i drżałam, że dowódca mnie ominie i nie wybierze. Obawy moje okazały się słuszne.

Dowódca rzeczywiście ominął mnie, nie spojrzawszy. Zebrałam się na odwagę i poprosiłam o przyjęcie mnie do szkoły.

Dowódca popatrzył na mnie przenikliwie (już żałowałam, że się na to zdobyłam)... i zgodził się...” — pisze Aniela Kłecka. (2)Relacja, MiD WIH, IV/44/128, s. 2.

„Program szkolenia i wychowania był z natury rzeczy skondensowany, gdyż w okresie skróconym do 3 miesięcy miałyśmy przetrawić całą naukę (normalnej) szkoły podoficerskiej...”. (3)Relacja plut. rez. Heleny Wilanowskiej, MiD WIH,IV/44/128, s. 1, 2.

Nadi Bondar nie brakowało energii i zapału. W bardzo krótkim czasie poznała swoje wychowanki; na odprawach oficerskich potrafiła dokładnie mówić o niedociągnięciach i sukcesach poszczególnych dziewcząt. Całymi godzinami naradzała się z ppor. Macem, oficerem oświatowym Joanną Guze, pilnie uczyła się języka polskiego i komendy starała się wydawać po polsku. Ale trudności piętrzyły się.

„Bardzo zdenerwowałyśmy się zaraz na pierwszych zajęciach, na wykładzie nauki o broni. Otóż por. Bondar nie umiała po polsku, a zwłaszcza nie znała terminologii polskiej. Rzuciłyśmy się prawie z płaczem do por. Maca z naszymi żalami. Przychodził więc i sam osobiście uczył nas...”. (4)Relacja por. rez. Anieli Molskiej, MiD WIH, IV/44/128, s. 4.

Dzień powszedni Nadi i Marii jest niezwykle pracowity. Same sprawdzają porządek w namiotach, uczą swoje wychowanki rzemiosła żołnierskiego. A przyznać trzeba, że świetnie je znają; szkołę oficerską ukończyły z wynikiem celującym i umieją przekazać zdobytą wiedzę.

Od godziny ósmej rano do czternastej odbywają się zajęcia: taktyka, nauka o broni, terenoznawstwo, łączność.

„...Kiedyś w naszej szkole inspekcja. Akurat miałyśmy lekcję o ckm. No więc nasza Nadia stuknęła Macowi obcasami i zwraca się do Jadźki K...: — Opowiadaj dalsze. Z czego składa się cekaem?

A nasza Jadzia najspokojniej w świecie, jakby to nikogo ważnego nie było, zaczyna: — Najpierw rozbieramy nóżki...

Już nie dokończyła, tak się wszyscy śmiali. Ale za te nóżki dostała od Nadi dobry wycisk, a my razem z nią”. (5)Tamże.

Po obiedzie odbywała się przez dwie godziny nauka własna, a w tym czasie Nadia i Maria wkuwały słówka polskie.

A potem aż do kolacji musztra. Sprawność fizyczna dowódcy jest dla dziewcząt przykładem. Jej sposób poruszania się, wykonywania zwrotów wzbudza podziw, dziewczęta po prostu naśladują Nadię, tak jak przedtem naśladowały por. Maca.

Nadia często żartuje ze swymi wychowankami.

„Nigdy nie zapomnę sceny, która się przede mną rozgrywała. Bondar uczyła dziewczęta czołgania' się. I jak to u dziewcząt — niektóre miały dość szerokie miednice i wystające cztery litery...

I nagle usłyszałam Nadię:

— Podciągajtie nogi! Tempo! Hanka schowaj żopku! Niemiec uwidit, strelat’ budiet priamo w tiebia...!

Gruchnął śmiech, Hanka T. spłaszczyła się. Uciekłam, nie mogąc się powstrzymać od śmiechu...”  (6)Z pamiętnika St. S.

Pod koniec sierpnia szkołę podoficerską wysłano na ćwiczenia pokazowe organizowane przez sztab korpusu.

Ostre strzelanie z kb i pokonywanie toru przeszkód dziewczęta wykonały z wynikiem bardzo dobrym. Chwalił je wymagający porucznik Aleksander Mac: „Wy mi pomożecie w wyszkoleniu żołnierzy”.

Szkoła podoficerska jest „oczkiem w głowie”. Tu koncentruje się główna uwaga dowództwa batalionu, które bardzo liczy na przyszłych podoficerów. Często można tu spotkać zastępcę dowódcy batalionu por. Jana Holzera, pochylonego wraz z dziewczętami nad regulaminem lub rozebranym karabinem . (7)Relacja por. rez. Anieli Molskiej, MiD WIH, IV/44/128, s. 8.

Nie zawiodły pokładanych nadziei. 20 września przed korpuśną komisją egzaminacyjną, której przewodniczył mjr Toruńczyk, stanęły z drżeniem, by złożyć egzamin.

W dziesięć dni później  (8)Rozkaz dowódcy 1 korpusu nr 25 z 30 września 1943 r. sam. bat. kob., CAW, III-138, tecz. 26. dziewczęta naszywały dystynkcje podoficerskie.

Zostały przydzielone do poszczególnych pododdziałów na dowódców drużyn, zastępców dowódców plutonów, szefów kompanii. Już teraz same prowadziły zajęcia. Szybko weszły w swe role — dawały znać o swej szarży.

„Szkołę ukończyłam z wynikiem bardzo dobrym i otrzymałam stopień plutonowego. Byłam bardzo dumna z tych »belek«, a kiedy nikt na mnie nie patrzył, przyglądałam się im z ukosa z wielkim zadowoleniem” — pisze w swej relacji Aniela Kłecka. (9)MiD WIH, IV/44/128, s. 8.

 

Stan batalionu na dzień 2 sierpnia 1943' roku wynosił: 23 oficerów i 357 szeregowych. (10)Rozkaz dzienny nr 27 z 2 sierpnia 1943 r. saim bat. kob., CAW, III-138, tecz. 29.

Istniała już szkoła podoficerska, 1 kompania fizylierek (trzy plutony), 2 kompania fizylierek (dwa plutony), plutony: łączności, sanitarny, administracyjny oraz zalążki organizacyjne 1 i 2 kompanii strzeleckiej.

Zgłaszały się wciąż nowe ochotniczki, napływały również dziewczęta mobilizowane przez wojenkomaty radzieckie. Do batalionu przybyła m.in. córka Wandy Wasilewskiej — siedemnastoletnia Ewa (11)Rozkaz dzienny nr 40 z 16 sierpnia 1943 r. sam. bat. kob., CA W, III-138, tecz. 30, s. 7., którą przydzielono do plutonu sanitarnego.

Jest już stały porządek dnia: o 5 rano pobudka — o 22 capstrzyk. (12)Rozkaz dzienny nr 36 z 12 sierpnia 1943 r. sam. bat. kob., CAW, III-138, tecz. 40, s. 2.

Dopilnowanie porządku w kuchni batalionowej jest jednym z wielu obowiązków oficerów oświatowych; z reguły obejmują dyżury w kuchni, przy czym ich obowiązki zostają określone w specjalnym rozkazie batalionowym, który nakazuje:

a. Objęcie służby o godzinie 21.20—22.00 poprzedniego dnia i objęcie jej o godz. 4.00 rano w dniu pełnienia dyżuru. (13)Po raz pierwszy oficer oświatowy objął dyżur 19 lipca. Rozkaz dzienny nr 11 z 18 lipca 1943 r. sam. bat. kob., CAW, III-138, tecz. 29.

b. Dokładne zapoznanie się z normami przysługującymi szeregowym.

c. Obecność przy wydawaniu produktów na dzień (były wydawane o godz. 21.30—22.00 — S.D.) swego dyżuru.

d. Przeważenie wszystkich produktów na dzień pełnienia dyżuru.

e. Kontrola wagi produktów na śniadanie, obiad i kolację.

f. Dopilnowanie przeprowadzenia kontroli lekarskiej posiłków.

g. Zapoznanie się ze stanem liczebnym batalionu.

h. Kontrola wydawania posiłków.

i. Złożenie meldunku z przebiegu służby w księdze raportów.

Za pracę personelu kuchennego, czystość w kuchni i w magazynach, stan sanitarny odpowiedzialność ponosi oficer żywnościowy oraz każdorazowy oficer dyżurny. (14)Rozkaz dzienny nr 13 z 20 lipca 1943 r. sam. bat. kob., CAW, III-138, tecz. 29, s. 15.

Cały personel kuchenny był badany co tydzień (w każdą środę o godz. 11.00) przez lekarza batalionu dr Kazimierę Grafińską. (15)Tamże.

Bardzo istotną sprawą była dostawa wody — w batalionie nie było studni. Wodę dowożono kilka razy dziennie w specjalnej beczce. Transport oczywiście zapewniały dziewczęta same. Z czasem nawet dzikie stepowe mongoły, skaczące w zaprzęgu na drzewa, stawały się posłuszne, choć osiągnięcie tego nie było łatwe. Ale dziewczęta nie po raz pierwszy miały z końmi do czynienia. W większości pochodziły ze wsi i jako małe dziewczynki pomagały w gospodarstwie, a w czasie pobytu w kołchozach niektóre były woźnicami zaprzęgów nie tylko konnych, lecz nawet wielbłądzich.

Gospodarstwo batalionu rosło z dnia na dzień, przybywało żołnierzy, namiotów. Krzątała się intendentka batalionu Hela Moryl. Pokrzykiwał ze swej kancelarii kwatermistrz — por. Samuel Sznicer. (16)Rozkaz dzienny nr 28 z 4 sierpnia 1943 r. sam. bat., kob.,CAW, III-138, tecz. 29, s. 45, mianujący por. Samuela Sznicera zastępcą dowódcy batalionu do spraw zaopatrzeniowych.

Satysfakcja z pracy była duża. W kolejnych rozkazach dywizyjnych, po każdej inspekcji, kobieca jednostka zdobywała pochwały za wzorowe gospodarstwo.

Dziewczęta wchodzą coraz bardziej w rolę żołnierzy. Dostają żołnierskie przydziały tytoniu (17)Rozkaz dzienny nr 28 z 4 sierpnia 1943 r. sam. bat. kob., CAW, III-138, tecz. 29, s. 45, ustalający przydział 20 g machorki lub 10 g tytoniu dziennie. Zamiennik — 10 g cukru., niepalące zaś w zamian za tytoń — cukier. Często zdarzało się, że niepalące brały tytoń i skrzętnie chowały go, by na niedzielnym spotkaniu z ojcem, bratem, poznanym chłopcem — wręczyć go jako upominek.

Na te niedzielne spotkania czekały nie tylko dziewczęta, czekali także żołnierze sąsiadujących z batalionem jednostek. Przepustka na tańce do „babbatu” — bo tak żartobliwie, z rosyjska, nazywano batalion kobiecy — była dla nich wydarzeniem.

Szczególnie chętnie korzystali z niej zwiadowcy — chłopcy wybrani, zgrabni, zawadiaki pozujące na Kmiciców 18. (18)W. Bąk, op. cit., s. 80.

W lipcowe niedzielne popołudnia na strzelnicy batalionu odbywały się potańcówki.

Kompaniami, w szyku zwartym, wychodziły dziewczęta na strzelnicę. Tam padał rozkaz: rozejść się! Początkowo dziewczęta oburzały się na taką formę i skarżyły się oficerom oświatowym, którzy patronowali potańcówkom, że tak nie wypada. Chętnie wyszłyby pojedynczo lub parami,

0 różnym czasie, a nie tak pod komendą. Czekali tam przecież tancerze, którzy nie tylko bacznie obserwowali, czy przyszła sympatia, lecz przy okazji przyglądali się, czy prawidłowo wykonuje zwroty żołnierskie. Po takich oględzinach ruszały pierwsze pary pod dźwięk harmonii wygrywającej walczyki, oberki, tanga, fokstroty. Dziewczęta wirowały, a gdy milkła muzyka, zbijały się w gromadkę, szepcząc, śmiejąc się, dzieląc wrażeniami. Tylko odważniejsze odbywały spacer z kawalerem.

A pod drzewami rozsiadały się malownicze grupki w mundurach: ojciec i córka, brat i siostra. Dzielą się wrażeniami lub pochyleni nad listem wspólnie go czytają i dyskutują. Jakże oczekiwane były te listy! Pisała matka, rodzeństwo. A pomyślne wieści od rodziny to czynnik niebłahy w samopoczuciu żołnierza. Jednak te wojenne listy często niosły złe wieści, wyciskały łzy, wzbudzały niepokój.

Już dobiega końca niedzielne popołudnie.

— Zbiórka! — słychać głos służbowej.

— Kolejno odlicz!...

Jeszcze ostatni uśmiech posłany sympatycznemu tancerzowi i komenda: — Czwórki w prawo zwrot!...

Z daleka już pojawia się sylwetka dowódcy. Patrzy z uśmiechem. Nagle marszczy czoło, bo zauważył, że u wejścia do batalionu widać męskie twarze. No i obrywa się śmiałkom! Odchodzą jak niepyszni, a następnej niedzieli mówią do dziewcząt: „Ale tam u was klasztor... nawet popatrzeć nie dają...”.

Na terenie batalionu okazuje się, że którejś brak. No i cóż, trzeba szukać, może się jej coś stało? Najbliższy las, przyległy do batalionu, „przeczesują” dyżurny oficer oświatowy i kilka koleżanek „zaginionej”. I nagle do tej ekipy przyłącza się por. Mac. Wtedy jest już źle! Wiadomo, będzie solidne „opeer” — jak mawiały dziewczęta.

— Gdzie się u licha podziała? — biada oficer oświatowy Janka Zahaczewska.

— Trzeba było przeliczyć od razu w czasie zbiórki! Jesteś odpowiedzialna — replikuje Aleksander Mac.

— E, obywatelu poruczniku, szkoda szukania! Zośka pewnie brata odprowadziła. Zaraz wróci — uspokaja niepewnym głosem dowódca drużyny.

— Dam ja wam braci! — porucznik jest wyraźnie zły. — Wracamy! Zawołajcie resztę dziewcząt!

Po trzech godzinach „zguba” chyłkiem wraca.

Najpierw nasiadają na nią dziewczęta, a ciąg dalszy rozgrywa się już w sztabie batalionu. Kara: trzy dni aresztu za samowolne oddalenie się z terenu batalionu. I dyżurny podoficer batalionu odprowadza zapłakanego żołnierzyka do paki.

Postronnym wydawać się mogło, że to przesada — taki rygor. Tak to często oceniali.

Poza przestrzeganiem praw rządzących w wojsku ten zespół ponadto musiał zachować swoją godność kobiecą. Rozumiały to dziewczęta, czuwali nad tym oficerowie oświatowi, czuwało dowództwo. Batalion miał zastąpić dziewczętom dom rodzinny w całym tego słowa znaczeniu. Zbytnia swoboda w zachowaniu jednej rzucała cień na inne — na całą rodzinę batalionową. A najgorsze, że nawet „najpoważniejsze zamiary” nie miały szans realizacji. (19)Rozkazem z 19 lipca dowódca dywizji zabronił zawierania związków małżeńskich bez jego osobistej zgody. CAW, III-138, tecz. 29, s. 18. Rzadko też zdarzało się, by po odsiedzeniu w pace za flirt ta sama dziewczyna naraziła się na powtórne ukaranie.

Kary były inne za przewinienia świadome, a inne za nieświadome. Odróżniały je dziewczęta. Ze wstrętem odwracały się od tej, która ukradła parę pończoch lub cukier i trudno jej było potem żyć w zespole. Koleżanki jej nie wierzyły (20)W ciągu dwu i półletniego istnienia batalionu stwierdzonych wypadków drobnych kradzieży było 11. Sam. bat. kob., CA W, III-138, tecz. 29, 30, 31, 32. Na kary za odprowadzenie „brata” patrzyły gniewnie, trochę się podśmiewając.

Areszt nie był zasadniczym elementem wychowania żołnierzy batalionu. Kary dyscyplinarne były jednak stosowane — do dziesięciu dni aresztu ścisłego. Z czasem zmieniano areszt na „stójkę” pod bronią: godzina stójki za jeden dzień aresztu. (21)Tamże.

Zadaniem oficerów oświatowych było oddziaływanie na dziewczęta, by przestrzegały regulaminu obozowego. Wyniki pracy wychowawczej dawały dobre rezultaty i stan dyscypliny był zadowalający.

Nie bez znaczenia były stosowane formy zbiorowej odpowiedzialności: nikt nie lubi odpowiadać za przewinienia kolegi.

Charakterystyczny wypadek wydarzył się pewnego dnia. 

Batalion wyruszył, jak zwykle, na ćwiczenia. Porucznik Mac zupełnie przypadkowo wszedł do któregoś z namiotów 1 kompanii. Z nawyku już uniósł róg siennika, pod którym — jak się okazało — leżała jakaś część damskiej garderoby, zapewne wetknięta tam w pośpiechu. Tłumaczył sam wielokrotnie, gdzie mają być złożone rzeczy, zabawił się więc „w lotnika”.

Jakież było oburzenie dziewcząt, gdy wróciły z zajęć i zastały przewrócone wszystko do góry nogami w całym batalionie. (Swoją drogą niemało wysiłku wymagało od porucznika Maca rozrzucenie kilkuset łóżek, w tym i w namiocie oficerów oświatowych).

Interweniowała zastępca dowódcy do spraw oświatowych Halina Zawadzka robiąc porucznikowi wymówki, że to kapralskie metody. Tego samego zdania były dziewczęta. Ta „kapralska” metoda jednak bardzo się przydała. Już w przyszłości dowódcy drużyn — absolwentki szkoły podoficerskiej — same sprawdzały i porządek w namiocie i zawartość plecaków, a „lotnik” był raczej rzadkim gościem w namiotach.

Reakcja dziewcząt na kary, surowość, wymówki znalazła wyraz w ułożonej przez nie piosence, w której „...chciałyśmy jakoś dać do zrozumienia, co nas najbardziej boli” (22)Relacja por. rez. Anny Dołęgowskiej, MiD WIH, IV/44/128, a. 6. Któregoś dnia, wracając z ćwiczeń na obiad, przed sztabem batalionu zaśpiewały:

Nasz, mundurek jest zielony,

Jest zielony,

Tylko trochę źle skrojony,

Źle skrojony.

Ale nam to wszystko puch,

Niech żyje żołnierski duch

Niechaj żyje żołnierski duch!

 

Nasz porucznik jest morowy,

Jest morowy,

Tylko trochę za surowy,

Za surowy.

Ale nam to wszystko puch, itd.

 

Gdy słyszymy, że nadchodzi,

Ze nadchodzi,

Mróz po kościach zaraz chodzi,

Zaraz chodzi.

Ale nam to wszystko puch, itd.

 

Nasz porucznik to jest taki,

To jest taki,

Powystraszal nam chłopaki,

Oj, nam chłopaki.

Ale nam to wszystko puch, itd.

 

Nasza dola to jest taka,

To jest taka,

Ze jak spojrzysz na chłopaka,

To zaraz paka,

To zaraz paka.

Ale nam to wszystko puch, itd.

 

A oświata to nie lada,

To nie lada,

Nic nie robi, tylko gada,

Oj, dużo gada.

Ale nam to wszystko puch, itd.

 

My sią szarży *Mowa o nowo mianowanych podoficerach. nie boimy,

Nie boimy,

Szarżą w Oce utopimy,

Utopimy.

Ale nam to wszystko puch, itd.

Poszczególne zwrotki tej popularnej w batalionie piosenki były spowodowane różnymi wydarzeniami. I tak na przykład zwrotka „Nasza dola to jest taka, że jak spojrzysz na chłopaka, to zaraz paka” — związana była z karą aresztu nałożoną przez porucznika Maca.

„Pamiętam jakoś podpadła mu Jadźka Karmelita z plutonu szkolnego. Rozmawiała z porucznikiem Stanisławem Ożgą, no i oczywiście za ten niewinny flirt z góry przewidziana była kara...”. (23)Tamże. 

Przy okazji powstawania piosenek, a raczej słów — bo melodie były z innych znanych dziewczętom piosenek — wyłaniały się talenty. Już nie tylko słowik batalionu Krysia Celińska wodziła prym. Swoje piękne głosy prezentowały Janka Wulf, Ligia Dorosz, Hanka Wojewoda. Z tą ostatnią prowadziła często długie rozmowy przebywająca gościnnie w batalionie znany muzykolog Zofia Lissa.

Niezapomniany to obrazek z życia batalionu, gdy iście Sienkiewiczowska Ligia (24)Zmarła w 1956 roku w Warszawie. — nieprzejednana pacyfistka — trenowała z grupą dziewcząt 1 kompanii piosenkę: „Gdy pułk nasz staje do apelu...”. ...Z wojny tej — z wojny złej — nie powróci wiele z nas...” — powtarzały słowa piosenki kompanijne alty...

Krysia Celińska została potem „zapotrzebowana” do teatru 1 dywizji piechoty, gdzie w programie pt. „Oka” zabłysła jako gwiazda. Wzruszała żołnierzy świetnie interpretowaną piosenką „Hej ty, Wisło, modra rzeko”, „Ziemianką” i wielu innymi w teatrze 1 korpusu, potem 2 dywizji piechoty, wreszcie 1 armii.

A dodatkowo — plutonowy ze szkoły podoficerskiej batalionu kobiecego — Krystyna Celińska prowadziła musztrę z zespołem teatralnym. „Szkoła porucznika Maca” — mawiali umęczeni przez Krysię artyści.

 

FIZYLIERKI

 

Jedną z pierwszych kompanii batalionu kobiecego tworzyły fizylierki.

Jeśli poświęcimy jej więcej miejsca niż innym pododdziałom batalionu, to przede wszystkim dlatego, że wzięła ona udział — jako jedyny zwarty pododdział kobiecy — w bitwie pod Lenino.

Ale zanim do tego doszło...

Na postawę 1 kompanii fizylierek wielki wpływ wywarł jej dowódca.

Porucznik Bronisław Orłowski był z zawodu nauczycielem. Urodził się w 1914 roku w Leningradzie, w rodzinie polskiej. Zanim przybył do obozu sieleckiego, miał już za sobą służbę w Armii Radzieckiej.

Przydzielony na dowódcę fizylierek, natychmiast zaskarbił sobie ich sympatię i szacunek. Niezwykle zrównoważony, skromny, poważny, doskonały oficer i pedagog, potrafił wprowadzić w kompanii prawdziwie żołnierskiego ducha. Doskonale rozumiał swych żołnierzy, lecz nigdy nie wykazywał zbędnej pobłażliwości.

Szkoląc kompanię początkowo sam, potrafił zająć się nawet pojedynczym żołnierzem, któremu jakoś opornie szła na przykład nauka walki na bagnety.

W czasie przerw w zajęciach dowódca prowadził z dziewczętami rozmowy o ich rodzinach, o nauce. Interesował go system nauczania w Polsce, zwłaszcza literatury i historii. Mowę ojczystą zachował jak najczyściejszą. Zżył się ze swymi podwładnymi. To on w pierwszych dniach ich pobytu w wojsku uczył je, jak zwijać onuce, by nie otrzeć nóg.

„Kiedy wyznaczono mnie na jego zastępcę, drżałam ze strachu. To prawda, jest sympatyczny, wyrozumiały, ale jaki tam ze mnie jego zastępca. Ot gazetkę przeczytam, wykład zrobię, sprawy »kobiece« pozałatwiam (bo taka między nami umowa)...

Umie przecież znacznie więcej ode mnie... Doradza mi, stale pyta o nastroje.

Ostatni spór o ukaranie 2 plutonu skończył się moją porażką. Czyżbym była surowsza od niego?...” (1)Z pamiętnika St. S.

Od przybycia kobiet-dowódców plutonów, podporuczników: Jarmolenko, Charitonowej i Masiuk, zajęcia w kompanii fizylierek odbywały się jak w normalnej jednostce męskiej, która jest przygotowywana do bezpośredniej walki na froncie. Od żołnierza wymagano bardzo dużo, ale też dowódcy nie szczędzili swych sił, by wyszkolenie było wszechstronne.

Musztra, pokonywanie toru przeszkód, nauka o broni, walka wręcz, taktyka, topografia, zwiad, regulaminy służby wewnętrznej — oto przedmioty, które przyswajały sobie dziewczęta 1 kompanii, coraz zresztą lepiej i sprawniej, w miarę zdobywania wiedzy wojskowej, wykonując swe obowiązki.

Nocne alarmy podrywały zaspane fizylierki. I zanim zdołały się przyzwyczaić i nauczyć, nieraz stawały na alarm z opóźnieniem albo nad podziw szybko, co wzbudzało czujność dowódców, bo raczej nie przewidywali tak krótkiego czasu stawienia się na zbiórkę.

„...Pamiętam pewnej nocy na alarmie większość dziewcząt była w koszulach, okryta tylko pelerynami...”. (2)Relacja por. rez. Anny Dołęgowskiej, MiD WIH, IV/44/128, s. 5.

Skutki tej lekkomyślności były z góry do przewidzenia.

Na alarmie był obecny porucznik Mac, który oczywiście swym bystrym okiem dostrzegł zaniedbanie. Nakazał winnym natychmiast uzupełnić strój, a potem zarządził karne ćwiczenia.

„...przez dłuższy czas było: padnij, powstań, lotnik — kryj się itd.... Na drugi raz żadna już nie ryzykowała”. (3)Tamże.

Po tym wypadku dowódca kompanii porucznik Orłowski hartował fizylierki, nasilając ćwiczenia wykonywane na czas. Niełatwo było dziewczętom, ale ich upór i ambicja, by zostać prawdziwymi żołnierzami, odegrały niepoślednią rolę.

Zanim zdobyły podstawową wiedzę wojskową, trzeba się było mocno napocić.

Wysiłek nie był daremny. Potwierdził to następny alarm i ostre strzelanie wykonane na bardzo dobrze.

Kilka fizylierek z drugiego plutonu, a wśród nich Halinę Mańkowską, szkolono na strzelców wyborowych. Wyniki były wręcz rewelacyjne — trafiały bez pudła.

Już nie tylko w batalionie, ale i przed sztabem 1 dywizji stały kobiece posterunki wartownicze z 1 kompanii.

Coraz częściej za wzorowe pełnienie służby wartowniczej dziewczęta otrzymywały pochwały. Te pochwały towarzyszyły ich służbie przez cały czas.

W pierwszym okresie fizylierki pełniły służbę wartowniczą bez amunicji. O tym, poza składem osobowym, nikt oczywiście nie wiedział. W związku z tym, szczególną uwagę zwrócono na sposoby walki kolbą i bagnetem.

Pewnej sierpniowej nocy dowódca batalionu przeprowadzał inspekcję. W lesie było ciemno choć oko wykol. Nagle zatrzymał go okrzyk: — Stój, kto idzie!

Odpowiedział spokojnie: — Mac.

Któraż z dziewcząt nie znała jego głosu?

Równie spokojnie padło zapytanie: — Hasło?

— Nie znam!

I tu się zaczęło...

— W tył zwrot! Padnij! — usłyszał porucznik Mac komendę.

Dowódca postanowił wypróbować jednak wartowniczkę (mógł sobie na to pozwolić, gdyż wiedział, że nie ma amunicji). Jak najszybciej przyskoczył do dziewczyny, chcąc jej wyrwać karabin z ręki, gdyż zaczęła coś manipulować przy zamku. Chwycił za czworokanciasty bagnet (karabin Mosina), ale wartowniczka sprawnie — błyskawicznym ruchem — karabin skręciła, kalecząc dowódcę w rękę. (4)Na podstawie relacji ppłk. rez. A. Maca z 1957 r.

„Jeżeli na posterunku stoi kobieta—wartownik, dla uniknięcia przykrych konsekwencji lepiej ją obejść z daleka. Gwarancja zabezpieczenia strzeżonego posterunku, ścisłego przestrzegania regulaminu i wytycznych przełożonych była stuprocentowa”. (5)Relacja ppłk. rez. A. Maca z 1957 r.

Czyż można sobie wymarzyć lepszą opinię? I to tak wymagającego przełożonego, jak porucznik Mac. A swoją drogą na pewno dumny był zastępca dowódcy batalionu, przekonując się, że jego wysiłek „zrobienia z kobiet prawdziwych żołnierzy” owocował. Poświęcał temu przecież wiele swej wiedzy i energii.

W sierpniowych ćwiczeniach dywizyjnych wziął udział cały batalion kobiecy. W pełnym rynsztunku, podobnie jak inne jednostki dywizyjne, maszerowały na czele batalionu fizylierki z pierwszej kompanii, śpiewając przez siebie ułożoną piosenkę:

Raduje się serce, raduje się dusza,

Gdy pierwsza kompania na ćwiczenia rusza,

Oj, da, oj, da, dana, kompanio kochana!

Nie masz to jak pierwsza, nie!

 

Poprawiamy bluzy, zaciągamy paski,

Bierzem karabiny, łopaty i maski,

Oj, da... itd.

 

Jedne kopią jamy, drugie maszerują,

Te strzelają celnie, tamte zaś pudłują,

Oj, da... itd.

 

Gdy wracamy z ćwiczeń, drzewa drżą od krzyku,

Czołem kompanija! Czołem poruczniku!

Oj, da... itd.

 

Będzie z nas kompania wyborowa taka,

Że niejeden Niemiec da przed nią drapaka!

Oj, da... itd. (6)Biblioteka Utworów Literackich. Wiersze i pieśni Pierwszej Armii Polskiej w ZSRR. Oddział Propagandy GZPW WP, lipiec 1945.

Marsz był forsowny, a potem natarcie, w którym 1 kompania fizylierek wystąpiła jako desant czołgowy.

Dziewczęta wracały do obozu po leśnych wertepach. W ciągu doby pokonały 46 kilometrów. Czuły je w nogach. Ciążył ekwipunek. Wróciły prawie wszystkie o własnych siłach, (7)Jedynie cztery zabrało w powrotnej drodze ambulatorium dywizyjne. zdobywając pochwałę dowództwa dywizji za wzorową dyscyplinę.

Od chwili kiedy dowództwo zadecydowało, że z batalionu kobiecego na front pójdzie jedna kompania, właśnie 1 kompania fizylierek, wzmogło się przygotowanie dziewcząt do tego trudnego zadania.

Dowódcy pytali je: Czy czują się na siłach? Jeśli któraś z jakichś przyczyn nie chciałaby jechać, niech powie. Nie wszystkie są jednakowo silne i wytrwałe; co innego ćwiczenia w spokojnym lesie, a co innego pierwsza linia. Czy nie będą się bały?

Fizylierki były przede wszystkim dumne, że to na nie padł wybór, a poza tym po to przecież przyszły do wojska, by bić hitlerowców. Więc oczywiście pójdą wszystkie.

Jakież było rozczarowanie tych siedmiu, które z różnych powodów, przede wszystkim z uwagi na słabą kondycję, przeniesiono do 2 kompanii, a na ich miejsce przyszły te z kompanii strzeleckiej.

Kompanię zaczęto dodatkowo ekwipować.

Zmieniono zastępcę do spraw oświatowych. Została nią dotychczasowa szeregowa 1 kompanii — Natalia Bajtner.

„Byłam zdumiona wygłoszoną przez nią doskonałą pogadanką polityczną. Po chwili pomyślałam: nie ma się czemu dziwić. Natalka to przecież komunistka” — wspomina Ludwika Bibrowska, ówczesny instruktor batalionu do spraw oświatowych. (8)Relacja ustna z 1963 r.

Natalia Bajtner od 1928 roku była członkiem Związku Młodzieży Komunistycznej w Polsce. Działalność w ZMK w Polsce i w KZMP, więzienie, ciężkie warunki materialne były jej szkołą życia. Hart ducha, sumienność, żarliwość, umiejętność nawiązywania kontaktu sprawiły, że z szeregowca awansowała bezpośrednio na zastępcę dowódcy kompanii kobiecej, która miała wyruszyć już do bezpośredniej walki na froncie.

1 września 1943 roku, w czwartą rocznicę napaści hitlerowskiej na Polskę, fizylierki, żegnane gorąco przez cały skład osobowy batalionu, pełne napomnień i pouczeń dowództwa, opuściły wraz z 1 dywizją obóz sielecki.

Kiedy stały na linijce batalionowej, do każdej z nich podchodził któryś z oficerów pozostających w batalionie. To ładownicę poprawił i zapytał o nastrój, to rzucił jakieś serdeczne słowo.

Surowy dotychczas porucznik Mac, tym razem uśmiechał się ze wzruszeniem. Wczoraj właśnie objął po poruczniku Sobolewskim dowodzenie batalionem, dziś już na chrzest bojowy wysyła swych żołnierzy.

„Jestem z was dumny, wracajcie całe i zdrowe. Będziemy myślami z wami. Czekamy na was — do zobaczenia” — kończył swe przemówienie do odjeżdżających. (9)Z pamiętnika St. S.

 

LENINO 

 

Bitwie pod Lenino poświęcili już wiele stronic historycy wojskowi, publicyści, pisarze.

Niewątpliwe bohaterstwo żołnierzy 1. Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki zostało przekazane w opisach wspomnieniach, wierszach.

Ja postaram się przekazać czytelnikowi odczucia i wrażenia kobiet-żołnierzy, które pod Lenino przeszły swój chrzest bojowy.

Czy słuszne było wysyłanie w bój kompanii dziewcząt?

Czy kobiety były tam potrzebne?

W relacji ustnej z 20 czerwca 1984 roku były szef kompanii fizylierek, Jadwiga Diuk, podkreśla: „To dobrze, że tam byłyśmy. Wyznaczone zadania wykonałyśmy, jak umiałyśmy najlepiej. Byłyśmy pierwszy raz w boju, pod bombardowaniem. Do dnia dzisiejszego pamiętam huk pola bitwy. I choć nie byłyśmy ostrzelanymi żołnierzami, starczyło nam odwagi...”

Kobiety przyszły po to do wojska, by walczyć z wrogiem, który odebrał im ojczyznę i młodość z wszystkimi jej przywilejami. Po to odbyły przeszkolenie wojskowe, które kosztowało je niemało wysiłku. Rozczarowanie tych dziewcząt, które pozostały w batalionie po odjeździe fizylierek — było wielkie.

Dlaczego tylko one? Kiedy my pójdziemy na front? — tym pytaniom nie było końca. Entuzjazm i chęć walki dominowały nad świadomością niebezpieczeństwa. Były młode i gorąco kochały ojczyznę, którą przed laty opuściły.

Wiele z nich w dalszych latach służby dowiodło, że potrafią walczyć i z honorem oddać życie.

Fizylierki pod Lenino spełniły swój obowiązek jako służba pomocnicza. Czy się bały? Tak — po ludzku, no i po kobiecemu. Nie chciałabym niczego opuścić z ich ciężkich przeżyć. Pozwólmy im mówić o sobie.

Dowódca drużyny w 2 plutonie kompanii fizylierek — Ęalina Mańkowska — w swej relacji spisanej w kilka dni po bitwie, wspomina:

„...Wyruszyłyśmy w nieznane przy boku 1 Dywizji im. Kościuszki. To nieznane nie było zbyt daleko. Zatrzymaliśmy się w lasach, a właściwie w zagajnikach niedaleko Wiążmy...

Zaczęła się służba wartownicza, nie zawsze miła i nie zawsze lekka. Najcięższe były noce. A najgorszy był posterunek przy głównej szosie, skąd droga skręcała do naszego obozu odległego o 2—3 km.

Z tamtych dni zapamiętałam pewne wydarzenie. Stałam na warcie razem z Helą Kłosowską, a tu słychać odgłosy bombardowania. Wybuchy jeden za drugim. To Wiaźma, a nam zdawało się, że to nasz obóz. Położyłyśmy się w rowie stopami do siebie, pepesze odbezpieczone.

Wtem — rowem ktoś pełznie. Cóż u licha, to od mojej strony.

Stuknęłam Helę obcasem, położyła się koło mnie — czekamy... i znowu ktoś się zbliża.

— Stój, kto idzie! Hasło!

Odpowiedziała nam cisza.

Krople potu kapią spod czapki, choć noc zimna i... psia-kość ciemna, że nic nie widać ani na krok.

I znów, wyraźnie niedaleko nas, ktoś się zbliża.

Nie namyślam się dłużej, pociągam za język spustowy, ale lufę mam do góry. Wystrzał i krzyk:

— Co robicie?

To nasi koledzy z plutonu administracyjnego stoją przed nami, sami wystraszeni. Wracali z patrolu.

— To wyście naprawdę chciały strzelać?

— Chciałyśmy was nastraszyć.

— Oj, nie ma z wami żartów.

Tej samej nocy wracał generał Berling z bombardowanej Wiążmy, zatrzymałyśmy wóz. Nie znał hasła, ale adiutant miał w notesie i dopiero po podaniu ruszyli w kierunku obozu.

Na warcie byłyśmy bez pardonu. Wracał pewnej nocy pułkownik Bewziuk. Skąd on wraca? — głowiła się Łodzią Kaszewska — i położyła pułkownika w śniegu, bo nie znał hasła. Dobrze, że wkrótce przyszła zmiana warty — bo chociaż tęgi i dobrze ubrany, pułkownik zmarzł.

Nie pozwoliła mu nawet słowa powiedzieć, musiał cicho leżeć. Jak wstał, to klął aż strach, ale nazajutrz przysłał Lodzi czekoladę. A wówczas czekolada to był rarytas. Co prawda Lodzia później śmiała się, że ona dobrze wiedziała, że to pułkownik Bewziuk, ale dobrze mu tak, niech nie łazi po nocy — nie wiadomo gdzie...

Początek października 1943 r. wygnał nas z przytulnych ziemianek i w pewien dżdżysty wieczór (chlupało nam to błoto, chlupało) wyruszyłyśmy tym razem naprawdę na front. Ostatni nasz postój to wieś Nikołajewka. Tam rozlokował się sztab, a pułki ruszyły dalej na linię frontu.

Ze sztabu nadszedł rozkaz, dwie drużyny z dwóch plutonów kompanii fizylierek pójdą — jedna do 1 pułku piechoty, druga do 2 pułku.

Wybór padł na pierwszą drużynę z 2 plutonu i trzecią drużynę z 3 plutonu, której byłam dowódcą.

Skoro świt — wyruszamy. Moją drużynę odprowadza ppor. Jarmolenko. Pierwszy raz wypuszcza nas spod swych skrzydeł. Jest niespokojna, a przy pożegnaniu nawet płacze. Wolałaby być z nami i tam, ale niestety, musi wrócić do pozostałych przy sztabie...

Później dowiedziałyśmy się, że przez cały czas bitwy pod Lenino nie jadła, nie spała, snuła się po nocach »jak duch« i ciągle chodziła do sztabu, łowiąc każde słowo i każdą wiadomość z pierwszej linii.

Oto wąwóz, gdzie mieści się sztab 2 pp. Zdziwienie niesamowite, ale i radość. Patrzcie — fizylierki są z nami! Później dopiero wyłazi z poczciwych oczu chłopaków troska. Po co was tu przysłali? To samo za parę minut powie mi ppłk Czerwiński, zastępca dowódcy 2 pp. Macha ręką, gdy mu melduję w pół zgięta w niskiej ziemiance przybycie drużyny fizylierek dla ochrony sztabu pułku.

— Ładne rzeczy — no to ochraniajcie!

Kazał oficerowi dyżurnemu ulokować nas gdzieś blisko sztabu. Znalazła się jakaś ziemianka, to znaczy wykopany dół. Dopiero zamierzano zrobić tu ziemiankę, a że był już wieczór, należało pomyśleć, jak w tym przenocować. Poszłyśmy w dół do wąwozu na zwiady. U jego wylotu stał wielki stóg nie wymłóconej pszenicy i trochę obskubawszy go, wiałyśmy ile sił. (Był pod ostrzałem Niemców, na otwartym w tym miejscu polu). Ale spać za to było na czym.

Nazajutrz o 6 pobudka i śniadanie. Pamiętam to śniadanie: była kartoflanka-zapalanka, świetna, ile kto chciał, i do tego suchary. Suchary powędrowały do kieszeni spodni i płaszczy. Ratowały nas później przez całe dwa dni. A jeszcze i rannych. O 8 zaczęło się... Tego nie da się opisać... to można tylko przeżyć.

Zaczęły katiusze.

Dla nas było to pierwsze zetknięcie z przygotowaniem artyleryjskim. I wszystkie pociski przelatywały właśnie nad wąwozem. Co za piekło!

W pierwszej chwili ogarnął nas lęk, potem zaczęłyśmy wysuwać głowy i patrzeć, jak nasz 1 i 2 pułk idzie do ataku. Co za odwaga! Szli w tyralierze, nie skokami, lecz jak na paradzie. Oj! nie tak nas uczyli — przestraszyłyśmy się.

Z okopów wyszedł ksiądz Kubsz — ówczesny kapelan — i wyciągnąwszy dłonie błogosławił swych żołnierzy. Szli i szli — i nam weselej zrobiło się na duszy...

Do sztabu przyprowadzono pierwszych jeńców. Było ich sześciu czy siedmiu. Trzeba ich odprowadzić do sztabu dywizji. Pułkownik każe mi dać dwie fizylierki do eskorty. Idą na ochotnika Hela Kłosowska i Hania Leszkiewicz. Trochę się boję o nie, ale to dzielne dziewczyny. Faktycznie doprowadziły. To była pierwsza wiadomość od nas w sztabie.

Potem zaczęły się dziać rzeczy niedobre. Pierwszy nalot złapał nas, gdy dochodziłyśmy do stogu z pszenicą. Chwilę kucnęłyśmy pod nim — a samoloty tuż, tuż.

— Nie! Nie! Dziewczęta, uciekajmy stąd — wołam. — Do następnej transzei sto metrów i chroni je zbocze wzniesienia!

Biegniemy w popłochu i w ostatniej dosłownie chwili dopadamy do zbawczych okopów. Lotnictwo niemieckie szaleje, wybuchy jeden za drugim. Gdy na moment zaległa cisza i wychyliłyśmy głowy na świat, jedna z moich dziewcząt dostała szoku nerwowego. — Patrzcie tam! — I zamilkła. Ze stogu pszenicy nie zostało śladu, w powietrzu fruwały spalone źdźbła słomy. Tyle by i z nas zostało. Jednak to była intuicja. Winszuję sobie. Od tej chwili moje fizylierki szły już na ślepo za mną, posłuszne każdemu memu słowu i skinieniu.

Między jednym a drugim nalotem odkryłyśmy dużą ziemiankę pełną przeróżnych leków, przyrządów lekarskich i bandaży. Te ostatnie zostawiłam dla rannych, a resztę odesłałam powracającą platformą, która dowoziła amunicję wraz z pierwszymi rannymi do sanbatu. *Rosyjski skrót batalionu sanitarnego. Miałam trochę kłopotu, bo woźnica ani rusz nie chciał wykonać mego rozkazu, a ranni iść nie mogli.

Użyłam podstępu:

— W imieniu pułkownika Kieniewicza rozkazuję wam wykonać rozkaz.

(Pułkownika widziałam na pierwszej linii i gdy mu kazano się w końcu schować w czasie nalotu — wszedł do wyrwy po bombie, »...bo okopy są dla mnie za ciasne« — mówił.

Faktycznie nie tęgi był, ale grubas. Odważny, ale i kule go omijały).

Na to nadszedł szef sztabu 2 pułku major Uszpalewicz.

Tamten spojrzał na niego.

— Słyszeliście rozkaz... — powtórzył major.

Żołnierz cmoknął na konia i pojechał (dojechał szczęśliwie).

Trochę się bałam, ale major Uszpalewicz poklepał mnie po ramieniu.

— Postąpiłaś rezolutnie, każdy rozkaz dowódcy, szczególnie na froncie, musi być wykonany, nawet niezbyt mądry. A ten był dobry. I to jeszcze wydany w imieniu przełożonego dowódcy. — Uśmiechnął się.

Nie wiem, czy kiedyś dowiedział się o tym pułkownik Kieniewicz, ale chyba nie.

Rannych było tak wielu, a sanitariuszy nie widać. Lżej ranni dopełzali do zbawczej ziemianki na zboczu wzgórza

(skąd oni wiedzieli, że w niej „urzędują” mimowolne sanitariuszki — fizylierki 1 kompanii, tego nie wiem).

Jakiś lotnik drań upatrzył sobie ziemiankę i postanowił ją zbombardować. Nieopatrznie wyrzucałyśmy zakrwawione opatrunki na zewnątrz, i on to zobaczył. Ale to była solidna ziemianka. Potrójnie ułożone belki górne i mocne boczne oszalowanie wytrzymało.

No i chyba znowu »szczęśliwa gwiazda« nam towarzyszyła. Naokoło pięć lejów po bombach. Pełno odłamków w stropie. My i ranni przysypani na parę centymetrów ziemią, ale żywi. A samolot zaraz spadł na pobliskich łąkach w kłębach dymu.

Po chwili przyszedł radziecki oficer, prosząc, aby mu wyjąć odłamek tkwiący w ramieniu. Nawet nie skrzywił się, gdy paznokciami (bez żadnej dezynfekcji i przygotowań do operacji) i za pomocą jego własnego scyzoryka, wyciągnęłam odłamek z rany. Krew obmyła wszystko.

— Pierwszy raz całuję ręce — i... ucałował pokrwawione, brudne (brak było wody, skąd tam było ją brać). — Dzielne jesteście! Nawet nie sanitariuszki... Sława wam! — I poszedł.

Następne bombardowanie zastało mnie przy transportowaniu porucznika z przestrzelonymi płucami. Strasznie cierpiał — miał również uszkodzony kręgosłup. Znieśli go z pierwszej linii jego żołnierze i nie zdążyli dopaść do żadnej ziemianki. Jeszcze brakowało 10 kroków. Byłam przy nim, robiąc tylko powierzchowny opatrunek, aby zatamować krew. Zostawili go ze mną, a ja już nie mogłam sama nic zrobić.

Jakimś matczynym ruchem zakryłam mu ramionami głowę... Przeszła nawała, ani draśnięcia.

Znowu to szczęście, »mój« ranny uśmiechnął się.

Natychmiast odtransportowałam go. Jego żołnierze odnieśli go do sanbatu. (Spotkała go w kilka miesięcy później, gdy przyjechał na urlop ze szpitala do swej jednostki i odszukał ją, aby podziękować — S. D.)

W nocy z 13 na 14 października koło naszego zbocza i ziemianki zatrzymał się czołg. Przyniesiono czołgistom w termosie kapuśniak. Ten, co go niósł, przysypany został ziemią podczas wybuchu bomby, ale był zdrów i cały. Za to kapuśniak trzeszczał, że aż hej! Ale był dobry. Jakże nam smakował! Od dwóch dni nic ciepłego nie miałyśmy w ustach. (A podobno termosy wojskowe na zupę są hermetyczne!).

Po północy zaczął się jakiś rwetes. Wojska radzieckie zmieniały naszą dywizję. Dopiero od nich dowiedziałyśmy się, że nasze pułki są w odwrocie i sztabu już nie ma. *Autorka relacji ma na myśli luzowanie jednostek polskich przez radzieckie. Zostawili nas sieroty. Zresztą za daleko zapędziłyśmy się do przodu, a sztab jednak wrócił do wąwozu.

Dopiero nad ranem dopędziłyśmy nasz pułk, a właściwie 1 batalion 2 pp. Wracała ich niewielka garstka, inni byli już w przodzie.

Nikt się nie uśmiechał... Tak doszliśmy wszyscy do sztabu pułku. Ppłk Czerwiński podziękował nam i kazał odejść do sztabu dywizji.

No tak... nie potrzebują nas już więcej... (Nieprawda — wkrótce nas zabrali znowu, »nasze dzielne dziewczęta z nami w boju i z nami na odpoczynek«). Dobrnęłyśmy zmęczone do jakiejś szosy.

Jadąca ciężarówka zatrzymała się. Radzieccy żołnierze, gdy usłyszeli, że wracamy z frontu, zabrali nas i dowieźli do samej Nikołajewki.

Z daleka zobaczyły nas pozostałe dziewczęta. Z radością rzuciły się ku nam. Dosłownie na ramionach doniosły naszą ósemkę do obozu. Dowódca kompanii por. Orłowski nie dał mi nawet meldować. Miał łzy w oczach — ściskał nas wszystkie. Ppor. Jarmolenko płakała, wcale nie jak żołnierz.

Różne były wiadomości... że dostałyśmy się do niewoli, że zginęłyśmy. Bo faktycznie oderwałyśmy się od sztabu pułku i nie wiadomo było, co się z nami dzieje. Tylko szef sztabu mjr Uszpalewicz był z nami. Pytaniom nie było końca. A my nie miałyśmy sił, aby mówić. Jeść i spać. Słoma w stodole była taka miękka, jak żadne już później materace i piernaty...

Dywizja była dumna ze swych fizylierek. Wkrótce zabrano nas z powrotem do 2 pp. Dwie z nas dano do magazynu mundurowego, inne do żywnościowego, do intendentury. Pułk leczył swe rany — a były one ciężkie. Czekano na uzupełnienie.

W tym czasie spotkała mnie niespodzianka. W »Prawdzie« ukazał się wykaz oficerów i żołnierzy z 1 dywizji, którzy zostali przez Prezydium Rady Najwyższej ZSRR odznaczeni różnymi orderami... Otrzymałam Order Czerwonej Gwiazdy, który to w dniu święta Rewolucji — 7 listopada — przed frontem 2 pp wręczył mi pułkownik Bewziuk. A następne odznaczenie Krzyż Walecznych otrzymałam z rąk dowódcy dywizji generała Berlinga przed frontem kompanii honorowej, przed pochylonym sztandarem i przy dźwiękach orkiestry dywizyjnej. I żadne już nigdy odznaczenie nie było i nie będzie mi tak drogie, jak tamto... jak tamta chwila...” (1)AMiD WIH, IV/44/128, s. 2—7.

Dziewiętnastoletnia szeregowa Aniela Miodek relacjonuje:

„...Dywizja wyładowała się na stacji Wiaźma, a następnie szłyśmy pieszo pod Lenino...

Otrzymałyśmy rozkaz nosić rannych... i opatrywać rany. Było mi bardzo przykro, nie mogłam się wstrzymać od łez.

Nosiłyśmy i opatrywałyśmy rannych. Na pewno (ci), którzy żyją, to nas pamiętają. Nosiłyśmy wodę, obmywałyśmy twarze i obłocone ręce...

Helena Kłosowska i Hanka Leszkiewicz otrzymały rozkaz odstawić do sztabu dywizji jeńców — Niemców.

Rozkaz został wykonany..”

Łatwo powiedzieć, a przecież ci jeńcy, w grupach po kilkunastu, to silni, zdrowi mężczyźni, mimo że rozbrojeni. Eskorta to dwie — trzy drobne dziewczyny. Sytuacja na polu walki dodawała im odwagi.

„Drużynowa Halina Mańkowska została odznaczona a my: Aniela Miodek, Janina Nering, Józefa Szot, Halina Kątnik, Józefa Stępniewska dostałyśmy pochwałę”. (2)Tamże, s. 1—2.

Podstawowe przeszkolenie sanitarne, które otrzymały dziewczęta podczas szkolenia, nie upoważniało ich do pełnienia funkcji sanitariuszek. Umiały udzielać pierwszej pomocy, posługiwać się opatrunkiem osobistym. Stąd też ich rola w bitwie, kiedy wiedzione iście kobiecym instynktem niosły pomoc rannym, zaskarbiła im wdzięczną pamięć tych wszystkich, którzy z tej pomocy korzystali.

Plutonowy Anna Wojewoda pisze w swej relacji:

„...Byłam zastępcą dowódcy plutonu. Niewielka to funkcja, ale zawsze dość odpowiedzialna...

...11 października otrzymałyśmy blaszane numery — »metryki«  *Znaki rozpoznawcze. i suchy prowiant na trzy dni... Pełniłam funkcję łączniczki między sztabem a linią frontu... Byłam też dowódcą warty przy sztabie... 1 pluton, w którym ja byłam, ochraniał sztab dywizji.

Najgorsze były noce, gdyż ciągle wydawało się nam, że Niemcy przedrą się przez linię frontu i zaatakują sztab... W tym strasznym piekle nikt nie myślał o sobie, ciągła troska o bliźnich była naszym chlebem powszednim...

Wydawało się, że już nikt żywy nie wyjdzie spod Lenino...’’. (3)Tamże, s. 9—10.

Helena Popek:

„...Ponieśliśmy w tej walce straty w ludziach... Zostałam ranna odłamkiem... Bohaterską śmiercią zginęła w płomieniach samochodu moja koleżanka Aniela Krzywoń...” (4)Tamże, s. 2.

Na progu drogi do ojczyzny wielu pozostało na zawsze, wielu było rannych. W bitwie pod Lenino zostały ciężko ranne i zmarły w szpitalach polowych: Stanisława Kołodziej, Lidia Karczewska, Maria Mikuć, Helena Szyszko, Stefania Wejman, Wanda Zakirowa. Ciężko ranna była również szer. Helena Figura.

Oprócz fizylierek pod Lenino walczyły również kobiety w składzie innych jednostek.

Halina Zawadzka, były zastępca dowódcy batalionu kobiecego (5)Odeszła z batalionu w sierpniu 1943 r. do 2 pp, w którego-szeregach brała udział w bitwie pod Lenino., wspomina:

„Kompania sanitarna pułku była rozbita. Otrzymałam zadanie zorganizowania punktu sanitarnego... Łatwo dziś powiedzieć »zorganizowania«. Trwała zażarta walka...

Przydzielono mi dziesięć dziewcząt — żołnierzy batalionu kobiecego pod dowództwem Haliny Mańkowskiej. Nie miałyśmy nic, żadnego sprzętu, leków, opatrunków.

Zwróciłyśmy się do sąsiednich jednostek radzieckich: wyposażono nas we wszystko, nawet w nosze z tresowanym psim zaprzęgiem...

Przez nasz punkt przeszło prawie pięciuset rannych”. (6)Relacja ustna z 1963 r.

Snując wspomnienia ze swej służby wojskowej, instruktor sanitarny 1 pułku piechoty Irena Adamaszek relacjonuje:

„Wśród kul i pocisków pełzałam po okopach, opatrując rannych swoich i niemieckich. Oto leży ranny oficer hitlerowski. Życie z niego uchodziło, bok miał cały poszarpany, jęczał z cicha. Nakładam mu opatrunek. Rana ogromna, bandaży mi zabrakło, nachyliłam się do torby sanitarnej... Wtem usłyszałam za sobą niemieckie. przekleństwo. Odwróciłam się... Z nienawiścią spojrzał na mnie, wyszarpując pistolet z kieszeni... Krzyknęłam... Nie zdążył mnie zamordować, zabrakło mu już siły... Przez wszystkie te dni towarzyszył mi ten pistolet spod Lenino...

Brak mi bandaży... ściągam więc koszule poległych. Zabieram również ich broń (i odkładam) w bezpiecznym miejscu, koło rannych...

Nagle obok mnie wybucha bomba... Huk, świst, grudy ziemi lecą mi na głowę...

Ocknęłam się dopiero w szpitalu polowym... Byłam głucha, niema, nie poznawałam nikogo...”. (7)MiD WIH, IV/44/128, s. 2.

Irena Adamaszek wyniosła z pola walki 28 rannych, których opatrzyła. Przeniosła w bezpieczne miejsce 14 karabinów i pistoletów. Za Lenino odznaczona została Orderem Czerwonej Gwiazdy i otrzymała stopień sierżanta.

Zanim Irena przyjechała do 1 dywizji, odbyła wielką podróż: z Bielska Białej w 1939 roku do Lwowa, a stamtąd w zaciągu ochotniczym do Magnitogorska. Tam wstąpiła do Komsomołu. Z ramienia tej organizacji wysłana została na kurs felczerski. Powołana w 1942 roku do Armii Radzieckiej, pracowała w szpitalach polowych jako siostra operacyjna. Nabyte tam doświadczenie spożytkowała teraz w pełni, jak umiała najsumienniej. Dalszą swą służbę odbyła jako siostra operacyjna 1 polowego szpitala chirurgicznego i przeszła szlak bojowy aż pod Berlin w stopniu st. sierżanta. (8)Zdemobilizowana w 1946 r.

Barbara Jaziewicz (9)Początkowo zastępca dowódcy kompanii d/s oświatowych, przeniesiona do batalionu sanitarnego 1 DP na stanowisko zastępcy dowódcy kompanii sanitarnej. pisze:

„10 października... zostałam przeniesiona do 3 pułku na stanowisko zastępcy dowódcy kompanii sanitarnej d/s oświatowych. Radość z tego powodu była wielka — po pierwsze miałam możność być blisko frontu i brać bezpośredni udział w walce, a po drugie — w tym pułku był mój mąż...

Pamiętam, dzień bitwy pod Lenino dał się mocno we znaki całemu składowi kompanii sanitarnej... pracowali bez jedzenia i spania przez cały czas bitwy, opadając z sił.

Jako oficer oświatowy... musiałam zapomnieć o »oświacie«... udzielając pomocy rannym oraz wyszukując ich na polu bitwy...”  (10)Relacja kpt. rez. Barbary Jaziewicz, MiD WIH, IV/44/135,. s. 6—8.

Lenino stało się symbolem. Żołnierze 1 dywizji, którzy brali udział w tej bitwie, chlubnie zapisali się na kartach historii oręża polskiego.

Dziewczęta z 1 kompanii fizylierek jako pierwsze kobiety znalazły się na drodze, która wiodła do kraju. Wykazały swoją przydatność w służbie wojskowej, na dobre zakorzeniły się w społeczności wojskowej. Wysiłkiem, często przekraczającym ich możliwości, zadokumentowały, że wytęsknioną Polskę pragną wywalczyć nie szczędząc swej krwi.

Jako symbol dziewczęcej ofiarności, wśród grobów żołnierzy poległych pod Lenino, pozostała mogiła fizylierki Anieli Krzywoń — odznaczonej pośmiertnie Krzyżem Virtuti Militari i tytułem Bohatera Związku Radzieckiego.

Po bitwie 1 kompania fizylierek poszła wraz z 1 dywizją na zasłużony odpoczynek. Aż do Warszawy fizylierki, pełniąc służbę wartowniczą, pozostawały w składzie 1 DP i do swej jednostki macierzystej powróciły dopiero na Pradze — 18 grudnia 1944 roku. (11)CA W, III-138, tecz. 33, s. 334—335; rozkaz dowódcy 1 armii WP nr 0400 z 10 grudnia 1944 r.

 

WARTOWNICZKI

 

W połowie sierpnia 1943 roku zmiany zachodzące w organizacji wojska objęły również Samodzielny Batalion Kobiecy im. Emilii Plater. Powstał 1 Korpus Polskich Sił Zbrojnych w ZSRR i batalion platerówek stał się jednostką korpuśną.

Obserwacje dotychczasowej służby kobiet wskazywały na to, że bezbłędnie pełnią one służbę wartowniczą. Zapadła więc decyzja o wyspecjalizowaniu batalionu w pełnieniu tej służby.

Należy podkreślić, że na decyzję tę niemały wpływ miał generał Karol Świerczewski, który dość często przychodził do batalionu, by się przekonać, jak się miewają platerówki, bo to właśnie on tak je nazwał. (1)Relacja por. rez. Wacławy Szczepaniak-Adamczyk, MiD WIH, IV/44/138, s. 1. Różnie przebiegały te wizyty, zawsze jednak generał znajdował serdeczne słowa dla kobiet-żołnierzy, rozpytywał się o trudy służby, a gdy był w dobrym humorze, żartobliwie pytał: „Czy panienki mają całe pończoszki i gumki?”

Kiedyś — jak zwykle nieoczekiwanie — Świerczewski znalazł się właśnie na zajęciach kompanii strzeleckiej, które prowadził podporucznik Władysław Brzostowski. Na tym zajęciu taktycznym realizowane było brzmiące drastycznie hasło: „Więcej potu na ćwiczeniach, mniej krwi w boju”.

Generał trafił właśnie na moment, gdy „kompania w natarciu” przeskakiwała przez rów i chyba co czwarta dziewczyna wpadała po pas w wodę, która zebrała się tam po deszczu.

Zgrzane dziewczęta czołgały się dalej po mokrej ziemi za rowem. „Natarcie” słabo się rozwijało. Któraś nie wytrzymała, zemdlała. Dziewczęta ruszyły jej na pomoc.

— Zostawić, nie było rozkazu! Szybciej, szybciej! — krzyczał podporucznik Brzostowski.

Nagle zza drzewa wyłonił się generał.

Gwizdek!

Dziewczęta się poderwały.

— Baczność! Obywatelu generale, dowódca kompanii melduje...

— Czołem, platerówki!

— Czołem, obywatelu gene... — i tchu nie starczyło.

— Zrób no im, synu, przerwę — nakazał generał porucznikowi — a ty chodź ze mną.

Uszli parę kroków zaledwie. Generał zaciskał zęby i wreszcie rzucił twardym słowem:

— Ty... nie myślisz o tym, że to przyszłe matki, żony... Popatrz na nie! Jeszcze za krótko w wojsku służą, byś im taki wycisk dawał... Wiem, wiem, nie tłumacz się! Kazali ci, robisz. Ale jak robisz? No, wracaj z nimi do obozu. I nie męcz niepotrzebnie. Pamiętaj!

Generał zostawił speszonego podporucznika i podszedł do dziewcząt.

Już się trochę ogarnęły, wylały wodę z butów i przycupnęły pod drzewami dla odpoczynku.

— Jest wśród was któraś z Warszawy?

— Ja, obywatelu generale. Szeregowa Anna Telenga.

— A na jakiej ulicy mieszkałaś?

—- Na Smolnej, obywatelu'generale.

— A Wolę znasz, bywałaś tam?

Zaczęła się rozmowa o Warszawie. Generał wspominał swoje chłopięce lata. Wypytywał dziewczęta o ich losy, o rodziny. Mówił też o sobie, o swojej służbie wojskowej. Już godzina minęła, a dziewczęta słuchały wpatrzone w Waltera.

— No, zaśpiewajcie mi coś, kozy! — zaśmiał się generał.

„Hej ty, Wisło, modra rzeko...” — podjęło trio kompanijne.

Nagle generał wstał, a gdy poderwały się, szeptem jakoś powiedział: — ...Siedźcie, siedźcie i śpiewajcie...

„Co se płyniesz, hen daleko, aż w morze...” — towarzyszyły znikającemu za drzewami, dziwnie teraz przygarbionemu generałowi, słowa piosenki.

Dziewczęta znały i lubiły Waltera, nie bały się jego wizyt. Były dumne, gdy je chwalił za dobre wykonanie ćwiczeń, za wzorową służbę wartowniczą, choć sam doświadczył już surowości obowiązkowej wartowniczki.

Swoim zwyczajem generał długo w nocy siedział nad papierami sztabowymi. I którejś nocy wyszedł, by odetchnąć świeżym powietrzem.

Przed sztabem właśnie pełniła wartę Sabina Chromińska. (2)Odeszła do teatru 1 DP. Później aktorka teatru w Katowicach.

— Stój! Kto idzie?

— Ja, Świerczewski.

— Hasło?

— Hasła to ja, córeczko, nie znam. Alem Świerczewski.

— Padnij — krzyknęła Sabina i zaczęła manipulować przy zamku pepeszy.

— A cóż ty mnie staremu po nocy każesz padać! Mówię ci, żem Świerczewski — tłumaczył generał.

— Padnij! — raz jeszcze zakomenderowała Sabina, wołając jednocześnie: „Dowódca warty!”.

Nadbiegła st. strzelec Aniela Kłecka, dowódca warty.

Sprawa szybko się wyjaśniła. Oświetlony latarką Kleckiej generał „został rozpoznany”, wszedł do pomieszczenia sztabu, a po chwili wyniósł zapłakanej Sabinie czekoladę, chwaląc ją, że tak dobrze pełni swoje obowiązki.

— Żołnierz na służbie podarunków nie przyjmuje — zareplikowała Chromińska. I czekolady nie przyjęła.

„Byłam bardzo dumna z Chromińskiej, bo jako świeżo upieczony starszy strzelec stawiałam wysokie wymagania swym podwładnym” — relacjonuje Aniela Kłecka. (3)MiD WIH, IV/44/128.

Trudno powiedzieć, czy i ten dzień nie zaważył w jakiś sposób na dalszych losach i przeznaczeniu platerowskiego batalionu. Decyzja o wyspecjalizowaniu batalionu w pełnieniu służby wartowniczej zbiegła się w czasie z uzupełnieniem tego pododdziału. Dowództwu batalionu polecono ukompletować stany etatowe, a nadwyżki kierować według zapotrzebowania poszczególnych jednostek poprzez IV oddział sztabu korpusu. Od 15 września do 30 października uzupełnienia osiągnęły liczbę 197 kobiet (4)CAW, III-138, tecz. 30., a w dwu następnych miesiącach przybywały dalsze: w listopadzie — 133, a w grudniu — aż 672 kobiety. (5)Tamże.

W tymże czasie na podstawie rozkazów skierowano do służby w innych jednostkach, do szkół oficerskich, do pracy w sztabach oddziałów, na kursy kucharskie i piekarnicze — 610 kobiet, które przeszły co najmniej rekruckie przeszkolenie w batalionie. Z tej liczby:

4 — do formującego się batalionu szturmowego, (6)Rozkaz sztabu korpusu z 14 sierpnia 1943 r., CAW, III-138, tecz. 30, s. 146.

71 — do 1 szkolnego pułku samochodowego, (7)Rozkaz dzienny bat. kob. nr 77 z 24 września 1943 r., tamże, s. 49—50.

145 — do samodzielnego batalionu łączności, (8)Rozkaz dzienny bat. kob. nr 76 z 23 września 1943 r., tamże, s. 47—48 oraz rozkaz nr 79 z 15 października 1943 r., tamże, s. 75.

46 — na kursy kucharskie, (9)Rozkaz dzienny bat. kob. nr 84 z 2 października 1943 r.t tamże, s. 58.

11 — na kursy piekarnicze, (10)Rozkaz dzienny bat. kob. nr 87 z 6 października 1943 r., tamże, s. 65.

25 — do Oficerskiej Szkoły Samochodowej, (11)Rozkaz dzienny bat. kob. nr 84 z 2 października 1943 r., tamże, s. 58 oraz nr 110 z 1 listopada 1943 r., tamże, s. 92.

11 — do Oficerskiej Szkoły Łączności w Muromie, (12)Rozkaz dzienny bat. kob. nr 84 z 2 października 1943 r., tamże, s. 58.

54 — do Oficerskiej Szkoły Piechoty w Riazaniu. (13)Rozkaz dzienny bat kob. nr 91 z 11 października 1943 r., tamże, s. 70.

Ponadto kobiety kierowane były do wydziału polityczno-wychowawczego korpusu jako maszynistki i kancelistki, do kwatermistrzostwa jako kelnerki, praczki oraz magazynierki, wreszcie te, które posiadały przeszkolenie sanitarne, do pododdziałów sanitarnych korpusu.

Na początku grudnia, na rozkaz dowódcy korpusu, do dyspozycji dowódcy 2 dywizji piechoty skierowano 105--osobową wartowniczą kompanię kobiecą (14)Rozkaz dzienny bat. kob. nr 137 z 5 grudnia 1943 r., tamże, s. 120—130. pod dowództwem podporucznika Nadieżdy Bondar. Zastępcą dowódcy tej kompanii do spraw polityczno-wychowawczych została (w tym czasie oficer bez stopnia) Maria Kosińska. W marcu 1944 roku na zastępcę porucznika Bondar powołano chorążego Janinę Zarzycką.

Niezbyt cieszyły dziewczęta te przeniesienia z macierzystej jednostki „na niepewne” — jak to określały. W platerowskim batalionie łatwo zżywały się, rywalizowały z sobą w wyszkoleniu, miały swoje kobiece zaplecze, znały już dowódców i ich wymagania. Wyczytywane na zbiórkach w rozkazach z nazwiska niejednokrotnie ze łzami przyjmowały zmianę przydziału. Wydawać by się mogło, że takie reakcje nie powinny występować u żołnierzy. Pamiętać jednak należy, że po prawie trzyletniej tułaczce batalion kobiecy stał się tą polską przystanią, w której zaczynały leczyć chore dusze zesłańców.

Wszystkie te zmiany przydziałów całych grup i poszczególnych żołnierzy nie miały wpływu na strukturę organizacyjną batalionu kobiecego (poczta połowa 38532), którego skład i uzbrojenie były następujące:

kompania fizylierek  — pist. masz. (PPSz)

1 kompania strzelecka  — karabiny plus rkm

2 kompania strzelecka — karabiny plus rkm

kompania ckm — ckm MAXIM

pluton rusznic ppanc. — rusznice ppanc.

pluton saperów — kbk

pluton łączności — kbk

pluton zwiadowczy — pist. masz. (PPSz)

pluton transportowy — kbk

pluton sanitarny — kbk

pluton gospodarczy — kbk

Ponadto pilną potrzebą stało się powołanie drugiej szkoły podoficerskiej. W pierwszych dniach grudnia członkowie komisji egzaminacyjnej (przewodniczącym był znowu mjr Henryk Toruńczyk) złożyli gratulacje 66 nowo mianowanym podoficerom. Na wspólny, obiad po egzaminie przyszedł generał Świerczewski, który w przemówieniu swym nakreślił zadania czekające podoficerów. W tym czasie cały korpus, a także batalion kobiecy, borykał się z brakiem kadry dowódczej. Nowe przeznaczenie batalionu do służby wartowniczej pociągało za sobą potrzeby szczególnie starannego przeszkolenia pojedynczego żołnierza. Ciężar tej pracy spadł na barki podoficerów.

Zmieniony profil szkolenia nie zwalniał oczywiście z innych zajęć. Jakże bowiem czułyby się wartowniczki, gdyby nie umiały sprawnie posługiwać się bronią, nie znały zasad taktyki, nie opanowały podstawowych wiadomości z zakresu terenoznawstwa i innych wymaganych przedmiotów, które składają się na kunszt żołnierski. Zelżał jedynie sposób szkolenia.

Czy należało to traktować jako jakiś przywilej? W tym czasie o przywilejach nikt nie myślał. Trwała przecież straszna wojna, a to, że w sieleckim obozie nie padały bomby, że mogły w nim wprawiać się w rzemiosło wojskowe polskie dziewczęta, okupione zostało krwawo przez żołnierzy Armii Kraju Rad, coraz skuteczniej wypierającej okupanta z ziemi radzieckiej.

Do wyzwolenia ojczystego kraju było jeszcze daleko, z czego platerówki zdawały sobie sprawę, i choć wiedziały, że nie są jeszcze należycie wyszkolone, ciągle zadawały dowódcom wyższego szczebla pytanie: „Kiedy pójdziemy na front?”.

Po odejściu 1 kompanii fizylięręk, po ich udziale w bitwie pod Lenino, u pozostałych w obozie dziewcząt wytworzył się pewnego rodzaju kompleks — bardzo zresztą znamienny dla całego składu osobowego 1 korpusu — że są już ci ostrzelani w boju, a one wciąż czekają. W tej sytuacji niełatwo było powiedzieć dziewczętom wyraźnie: na pierwszą linię nie pójdziecie, będziecie wartowniczkami. Mogłoby się wydawać, że przypkdła im w udziale prosta służba. Po nastaniu jesiennych chłodów, pełnienie służby wartowniczej przy rozbudowujących się obiektach wojskowych, wymagających ochrony, stawało się nawet bardzo uciążliwe. Najtrudniej było — jak zwykle — pierwszy raz objąć posterunek wartowniczy, i to poza terenem batalionu.

Początkowo dowódca batalionu sprawdzał osobiście każdy posterunek. Zjawiał się „spod ziemi” przed wartowniczką i sprawdzał, jak się zachowa. Jak to określały platerówki — wprost czyhał na jakieś uchybienie. Toteż zdarzyło się, że wartowniczka skaleczyła go w rękę, gdy próbował odebrać jej broń.

Służba wartownicza obfitowała w różne przygody i wydarzenia, które platerówki wspominają dziś z humorem.

Jadwiga Bartoszek tak pisze o swojej przygodzie: „...Przypadła mi warta o północy przy składach amunicji, złożonej nad brzegiem Oki. Oprócz odpowiedniej godziny (duchy?) przyroda spłatała mi figla: zerwał się silny wiatr. Księżyc i gwiazdy schowały się za chmurami, szumiała Oka, jęczał las. Wiatr łomotał brezentem okrywającym skrzynki z amunicją. Ciemno i straszno. Wtem wśród tych odgłosów uchwyciłam inny: szelest skradających się kroków. Z wrażenia zamarłam. Kto to może być na tym odludziu? Na pytanie nikt nie odpowiada, a kroki posuwają się w moją stronę.

Zdecydowałam się na wszystko, repetuję broń.

Nagle błyskawica oświetla teren i widzę nie mniej ode mnie przestraszonego... kota” .(15)Relacja Jadwigi Pisulskiej, MiD WIH, IV/44/158, s. 2.

Nie zawsze jednak był to tylko kot. Później, gdy wartowniczki strzegły magazynów amunicyjnych, składów broni i dobytku wojskowego, niejednokrotnie stykały się oko w oko z szabrownikami, a także bandami dywersantów. Wobec nich musiały okazać całą srogość, czujność i oczywiście bezwzględnie przestrzegać regulaminów.

Niezależnie od pogody, pory dnia czy nocy wartowniczki stały często głodne na posterunkach, także na siarczystym mrozie, gdy batalion przeniósł się pod koniec 1943 roku na Smoleńszczyznę. Niejednokrotnie posterunek był oddalony o kilka, a nawet kilkanaście kilometrów od miejsca rozlokowania batalionu. Brnąc w śniegu, szły dziewczęta na zmianę warty, a powrót też wyczerpywał zmęczoną wartowniczkę. Zgodnie z regulaminem zmiana posterunku powinna była odbywać się co dwie godziny (w zimie co godzinę). Zdarzało się jednak, że coś się tam „pokręciło” lub czegoś nie dopilnowano i trzeba było trwać dłużej.

W kronice 1 DP, prowadzonej przez Lucjana Szenwalda, znajdujemy taki oto zapis z odprawy, którą prowadził pułkownik Bolesław Kieniewicz, zastępca dowódcy 1 dywizji piechoty: „Taki wypadek z wartą. Przejeżdżam drogą, a na warcie stoi dziewczyna z automatem, bardzo blada. Okazuje się, że stoi od 6 do 10 wieczorem... Robi się w ten sposób, że dziewczęta między sobą umawiają się, żeby dwa razy nie chodzić...” (16)Kronika 1 DP (Szenwald), MiD WIH, IV/44/I, s. 34: „Odprawa z dnia 10.9.1943 r„ godz. 17, u d-cy dywizji”.

Dziewczęta chciały sobie zaoszczędzić wędrówki i czasem postępowały wbrew regulaminowi. (Odległość od miejsca rozlokowania 1 kompanii fizylierek od posterunku wynosiła około 9 km). W korpusie jednak znana już była ich sumienna i wytrwała służba wartownicza.

Stałe wystawianie przez batalion posterunków oraz odpowiednie szkolenie wyrobiły w platerówkach głębokie przekonanie o potrzebie pełnionej służby, co pomagało pokonywać jej trudy. Zasłużyły na opinię doskonałych wartowniczek i opinia ta towarzyszyła im przez całą wojnę, gdy wraz z oddziałami Armii Polskiej w ZSRR, a potem 1 armii Wojska Polskiego szły do Warszawy.

Chłody jesienne zastały platerówki w ziemiankach, Wybudowanych własnymi siłami. Prace gospodarcze, a także przenosiny z namiotów do nowych pomieszczeń oderwały na pewien czas platerówki od szkolenia, lecz nie od pełnienia służby wartowniczej.

Sprawdzianem wyszkolenia stały się pod koniec grudnia 1943 roku manewry korpuśne, w których wziął udział także batalion kobiecy.

Platerówki wraz z 4 pułkiem zapasowym były w obronie, w drugim rzucie. Nacierała 2 dywizja piechoty.

Dowództwo batalionu troszczyło się o to, by dziewczęta niezbyt marzły. A mróz był siarczysty. Na noc w okopach pozostawiono tylko dyżurne obsługi cekaemów, obserwatorów, a raczej obserwatorki, oraz ubezpieczenie bojowe, a resztę kobiet-żołnierzy rozmieszczono w okolicznych chatach.

Na rozjemcę przy batalionie wyznaczono kapitana Kowalskiego. Dowódca korpusu w towarzystwie korespondenta wojennego Janiny Broniewskiej kontrolował pozycje batalionu kobiecego.

Podczas tych ćwiczeń, jak to podkreślały dziewczęta, prześladował je pech. Już pierwsze godziny manewrów przyniosły niepowodzenie. Do „niewoli” dostał się zastępca dowódcy batalionu do spraw liniowych, który konno lustrował pozycje. Tylko on jeden był zorientowany w zadaniu bojowym batalionu i w ciemnościach batalion zajął stanowiska o 200—300 m za blisko „nieprzyjaciela”. Toteż gdy ruszyło „natarcie”, żołnierze 4 pułku piechoty 2 DP z satysfakcją „brali do niewoli” obrońców-dziewczęta. (17)Raporty dekadowe zcy dcy bat. kob. d/s polit. Centralne Archiwum KC PZPR, 217/11/16.

Tę „klęskę” dziewczęta przeżyły bardzo boleśnie. Nie omieszkały też głośno wyrazić swego rozgoryczenia z tego powodu — wytykając kadrze błędy. Ale nawet w tej „klęsce” były elementy, które świadczyły, że marzyły o sukcesie i wykonywały swoje zadania jak najlepiej. Szczególnie dumne były „druciki” z plutonu łączności (tak nazywano popularnie żołnierzy z jednostek łączności). Przebrały się one za wiejskie kobiety, dotarły do obozu „nieprzyjaciela”, zabrały jakieś kryptonimy „wrogiej armii” i ...podłączywszy się pod „nieprzyjacielski” telefon, wydawały błędne rozkazy. (18)Relacja por. rez. Anieli Molskiej, MiD WIH, IV/44/128, s. 13.

Dobiegł końca 1943 rok. Zbliżały się święta Bożego Narodzenia. Platerówki wiedziały już, że niedługo opuszczą gościnny obóz sielecki.

Wspólny opłatek w wieczór wigilijny odbył się jednak w nastroju przygnębienia. Rozeszły się bowiem słuchy, że odchodzi porucznik Mac i przyjdzie nowy dowódca. Wtedy właśnie okazało się, jak bardzo dziewczęta przywiązały się do swego dowódcy, choć mu w piosence wytykały, że „drżą, gdy nadchodzi”. W niepamięć poszły wszystkie rzekome „szykany” w postaci „lotników” czy alarmów. Lubiły swego przełożonego i wiedziały, że w wyszkoleniu wiele mu zawdzięczają.

 

NA SMOLEŃSZCZYŹNIE

  

Przejazd na Smoleńszczyznę był początkowo planowany na 5 stycznia, a w rzeczywistości wypadł w sam Nowy Rok. Niemało było kłopotów organizacyjnych. Batalion nie dysponował dostatecznym transportem samochodowym, by przewieźć swe mienie do stacji załadowania — Fruktowo.

W efekcie transport ruszył z dwunastogodzinnym opóźnieniem. Emocja podróży zatarła pożegnanie z porucznikiem Macem. I choć wyżywienie było w drodze słabsze, nastrój dziewcząt był pogodny. Będziemy bliżej Polski!

Wyładowywanie odbywało się wśród straszliwej zawiei na stacji Poczinok. *Wagony musiały być natychmiast opróżniane z uwagi na możliwość bombardowania.

„Pociąg stanął w bezludnej okolicy. Gdzieniegdzie sterczały kominy. Celem naszej wędrówki było nowe miejsce postoju, wieś Łuczynka... Przedzierałyśmy się nie przetartym szlakiem, grzęznąc w śniegu. Przemoczyłyśmy nogi. Nie wolno było w marszu odpoczywać, gdyż buty i nogi zaraz sztywniały od mrozu. Spotykani ludzie na pytania, jak daleko do Łuczynki, odpowiadali nam, że 3 km z hakiem...” (1)Relacja por. rez. Anieli Molskiej, MiD WIH IV/44/128, s. 14.

Ten hak miał zdaje się w sumie około 15 kilometrów.

Sanie załadowane żywnością i sprzętem ugrzęzły w drodze. Dziewczęta wśród nocy i szalejącej wichury ciągnęły batalionowe cekaemy i moździerze.

Łuczynka okazała się zbyt mała, by pomieścić cały batalion. W jednej chacie kwaterowało 15—17 dziewcząt. Sztab korpusu przydzielił więc dodatkowo odległą o 2 kilometry wieś Rakowo.

Po raz pierwszy platerówki zetknęły się z radziecką ludnością cywilną, która przeżyła okupację hitlerowską. Zmarznięte dziewczęta przyjęły gościnne kobiety radzieckie. Pomagały im ściągać przemoczone buty, suszyły mundury i onuce.

Przez pierwsze trzy dni pobytu na Smoleńszczyźnie batalionowi nie dowieziono aprowizacji i dziewczęta karmiła miejscowa ludność. (2)Raporty dekadowe z-cy d-cy bat. kob. CA KC PZPR 217/11/16.

„Ludność była tutaj bardzo biedna, ale dzieliła się z nami ostatnim kawałkiem chleba... Kobieta, u której mieszkałyśmy, dawała nam po kubku mleka. Niemcy wywieźli jej córkę na roboty, bardzo za nią tęskniła. Uważała nas za swoje odnalezione dziecko” — relacjonuje Aniela Kłecka. (3)MiD WIH, IV/44/128, s. 15.
Nędza ludności, zgliszcza wsi, opowiadanie o terrorze okupanta uzmysłowiły dziewczętom, że skończyła się sielanka obozu sieleckiego.

Powątpiewania w bestialstwo hitlerowskie, o którym tak często mówili oficerowie oświatowi, ustąpiły miejsca wielkiej trosce: czy u nas, w Polsce, też zastaniemy zrównane z ziemią wsie i miasta? Czy stoi mój dom? Czy zastaniemy swoich bliskich, krewnych, z którymi rozstałyśmy się przed przesiedleniem w głąb ZSRR?

Większej wymowy nabierają teraz komunikaty frontowe. Każde wyzwolone miasto, każdy sukces Armii Radzieckiej przyjmowany jest z zaciekawieniem i z radością.

Wstrząśnięte wracają dziewczęta, które w delegacji batalionu wzięły udział w uroczystości poświęconej pamięci ofiar zbrodni w Katyniu. Wojna z całym swym okrucieństwem dociera do ich świadomości.

Warunki, w jakich znalazły się teraz, wymagają hartu. Pełnienie warty na rozrzuconych posterunkach, do których trzeba było docierać grzęznąc w śniegu, to duży wysiłek fizyczny.

Szwankuje higiena, brak jest łaźni, pojawiają się wszy. Dziewczęta są chwilami w bardzo złym nastroju.

Te wszystkie kłopoty spadają na zastępcę dowódcy batalionu do spraw polityczno-wychowawczych kpt. Irenę Sztachelską. Objęła stanowisko w końcu sierpnia i od tej chwili jest stale wśród żołnierzy. Zjawia się na każdych zajęciach politycznych w kompaniach, plutonach. Uzupełnia wykłady młodych oficerów polityczno-wychowawczych.

Podczas studiów na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie Irena Sztachelska była jedną z aktywnych działaczek Związku Lewicy Akademickiej „Front”. Na przełomie 1933—1934 roku wstąpiła do Komunistycznego Związku Młodzieży Polski. Od 1938 roku pracowała jako lekarz pediatra w klinice dziecięcej u profesora Władysława Bujaka.

Doświadczenie działaczki politycznej, lekarza, żołnierza batalionu sanitarnego 16 Litewskiej Dywizji Piechoty Armii Radzieckiej, pracownika wydziału oświaty 1 dywizji jak najbardziej predestynowały ją na stanowisko zastępcy dowódcy do spraw polityczno-wychowawczych.

Niezwykle skromna, taktowna, wymagająca wiele przede wszystkim od siebie, z całą świadomością podejmuje tę nową dla niej pracę. Dzieli z żołnierzami batalionu ich trud, rozumie ich wysiłek. Jako lekarz rozumie też potrzeby higieny, zwłaszcza kobiet. Monituje więc dowództwo korpusu o pomoc w zorganizowaniu łaźni, częstej wymiany bielizny. W wyniku jej usilnych starań dowództwo korpusu przysłało instruktora wydziału polityczno-wyhowawczego, Irenę Grosz, która stwierdziła, co następuje:

St. inspektor Wydz. Pol.-Wych.

I Korpus P.S.Z.

Grosz I.

24.1.1944 r.

Do Z-cy D-cy Korpusu P.S.Z.

mjr. Zawadzkiego

Raport 

Podczas inspekcji batalionu kobiecego 23.1 stwierdziłam kompletny brak bielizny wśród znacznej liczby dziewcząt (cała komp. rusznic, ppanc., 30 dziewcząt w 1 komp. strzeleckiej i in.). 

Od 13 grudnia dziewczęta noszą spodnie watowane — bez bielizny — otrzymane po przybyciu do batalionu. Wg informacji z-cy kwatermistrza batalionu do spraw politycznych, w batalionie brak około 400 szt. dolnej bielizny (w tym dla dziewcząt nie posiadających jej wcale i dla dziewcząt na jedną zmianę).

Wnoszę o wystosowanie rozkazu do kwatermistrzostwa korpusu natychmiastowego wydania potrzebnej bielizny celem zapobieżenia szerzeniu się zawszenia i ewentualnych chorób. (4)CAW, III-138, tecz. 35, s. 8. 

Grosz I. 

W rezultacie tego interwencyjnego raportu, kwatermistrzostwo korpusu przydzieliło batalionowi kobiecemu więcej bielizny. Kwatermistrz batalionu por. Stanisławski przystosował łaźnię wiejską (typu sauna) dla kobiet.

Cały pobyt batalionu na. Smoleńszczyźnie obfitował w ciężkie przeżycia. Istotnie trudne były warunki i zakwaterowania, i pełnienia służby. Dokuczał siarczysty mróz, a wielkie śniegi utrudniały marsz ku rozrzuconym posterunkom. Platerówki niejednokrotnie po prostu nie mogły dać sobie rady. Podczas ćwiczeń batalionowych wypadały im karabiny z ręki, ustawały w marszu.

„Pamiętam, że kpt. Sztachelska w czasie manewrów niosła kilka pepesz tych dziewcząt, które nie mogły już dojść. Skąd miała siłę, do dziś nie mogę zrozumieć. Tak jak my była cały czas w polu...” — wspomina Genowefa Ochnik. (5)Relacja ustna z 1964 r.

Nowy dowódca batalionu, kpt. Bolesław Drożdż, przyjechał z Riazania, gdzie był zastępcą komendanta polskiego batalionu szkolnego. Tam zetknął się z kompanią kobiecą, ale dowodzenie batalionem to niełatwa sprawa, a nowy dowódca nie miał, niestety, odpowiedniego przeszkolenia wojskowego.

„Był to człowiek inteligentny, spokojny, może miał usposobienie nieco melancholijne...” — pisze o nim Anna Wojewoda. (6)MiD WIH, IV/44/128, s. 10.

Niewątpliwie kwalifikacje i zamiłowania kpt. Drożdża predestynowały go bardziej do pracy politycznej niż liniowej. Stąd też praktycznie wszystkie sprawy wojskowe załatwiał jego zastępca do spraw liniowych por. Jan Holzer.

Dziewczęta szybko zorientowały się, że nowy dowódca surowymi wymaganiami pokrywa brak wiedzy wojskowej. Dlatego też, okazując mu należyty szacunek jako przełożonemu raczej nie są zmianą zachwycone i często wspominają porucznika Aleksandra Maca.

Na początku lutego do batalionu przyjeżdża osiemnaście absolwentek Oficerskiej Szkoły Piechoty w Riazaniu, obejmując stanowiska dowódców plutonów (później i stanowiska dowódców kompanii). Były to: ppor. Adela Mucha, chor. Zofia Szczęsna, ppor. Eugenia Tomczak, chor. Wanda Nowak, chor. Józefa Fabian, chor. Jadwiga Stonawska, chor. Ludwika Glebowicz, chor. Krystyna Kalbarczyk, chor. Stefania Gumowska, chor. Krystyna Dąbrowska, chor. Janina Buczyńska, chor. Klara Trochimowicz, chor. Wanda Obrycka, chor. Stanisława Nadstawek, chor. Konstantyna Kijo, chor. Irena Kulmatycka, chor. Genowefa Jabłońska, chor. Wanda Paszkiewicz. (7)Rozkaz personalny korpusu nr 26 z 1 marca 1944 r.; cyt. wg rozkazu dziennego bat. kob. nr 207 z 6 marca 1944 r., CA W, III-138, tecz. 30, s. 308.

Stopnie oficerskie, po zdaniu egzaminu przed komisją korpuśną, otrzymują też dwaj podoficerowie batalionu — Anna Turkiewicz i Anna Wojewoda, które również zostają dowódcami plutonów.

Nowi dowódcy plutonów z zapałem zabierają się do pracy. Parę miesięcy temu wyjechały z batalionu jako szeregowe — teraz wróciły z oficerskimi gwiazdkami. Zdobytą wiedzę mają przekazać swym koleżankom. Nasila się szkolenie. Podoficerowie dość boleśnie — po kobiecemu — odczuwają przyjazd oficerów. Praktycznie one były dowódcami plutonów, jako że radzieckie kobiety-oficerowie po spełnieniu swego zadania w większości odeszły z batalionu.

„Dla nas podoficerów nadszedł smutny czas... musiałyśmy ustąpić miejsca koleżankom — oficerom...”. (8)Relacja por. rez. Anieli Molskiej, MiD WIH, IV/44/128, s. 15.

W Łuczynce ze składu batalionu wyłoniony zostaje pluton administracyjny. Wbrew nazwie jest to po prostu pluton żandarmerii kobiecej, a jego dowódcą zostaje wyróżniający się podoficer batalionu sierżant Aniela Kłecka.

„Do naszej kompanii przydzielono ze szkoły podoficerskiej Anielkę. To Mac — w damskim wcieleniu. Tyle, że wesoła i chętnie się daje na wesołe kawałki naciągać”. (9)Z pamiętnika St. S.

Aniela istotnie wyróżniała się energią i świetnym opanowaniem wiedzy wojskowej. Nie darmo też oficerowie mawiali do naruszających dyscyplinę żołnierzy:

— Pójdziecie do plutonu administracyjnego, już was tam Klecka dyscypliny nauczy.

„Najlepiej było swoich trudnych podwładnych oddać w cudze ręce, ażeby samemu nie mieć kłopotu...” (10)MiD WIH, IV/44/128, s. 16. — pisze w swej relacji Aniela Kłecka. 

Praktycznie, pluton Kleckiej, do którego dobierała sobie dziewczęta, strzegł bezpieczeństwa batalionu aż do jego rozwiązania i wsławił się wieloma wyczynami, a sierżant Kłecka zakończyła służbę w stopniu porucznika.

Któryś z oficerów mężczyzn powiedział kiedyś do Anieli:

— Wy, Kłecka, to pewnie i tango krokiem defiladowym tańczycie.

— Cieszę się, że obywatel porucznik nie ma innych zarzutów służbowych — zareplikowała szybko Anielka.

 

W SZKOŁACH OFICERSKICH

 

W październikowy poranek 1943 roku przed sztab batalionu zajechał samochód ciężarowy, który zabrał grupę 54 dziewcząt. Było im trochę smutno: przecież to pierwsze rozstanie z macierzystą jednostką.

Inna sprawa, że czuły się dumne z tego, że właśnie na nie padł wybór, jako na kandydatki na przyszłych oficerów. Plutonowy Halina Bielawska, najpiękniejsza dziewczyna w batalionie, podbiega jeszcze do pozostających koleżanek, całują się. W oczach koleżanek widać wzruszenie, ale i odrobinę zazdrości.

— Wracaj, Halu, do nas!

-— Nie zapominajcie, napiszcie, jak się tam urządzicie! — prosi Lunia Bibrowska.

I jej przykro się rozstać z dziewczętami — tyle wysiłku włożyła w kształtowanie ich postawy. Niewątpliwie efekty są, jeśli można je dziś wysłać do szkoły oficerskiej. Mają przecież wrócić do batalionu, by objąć stanowiska dowódców.

Najbardziej zrozpaczona jest Janka Szuba-Jabłońska. Parę dni temu żegnała siostrę Lidię, która wraz z grupą dziewcząt wyjechała do Oficerskiej Szkoły Łączności w Muromie. A teraz rozstanie z batalionem.

Podróż trwała siedem godzin i wreszcie dziewczęta wyładowały się przed budynkiem szkoły przy ulicy Lenina w Riazaniu. Riazanskoje Krasnoznamionnoje Piechotnoje Ucziliszcze im. K. Woroszyłowa miało swoje tradycje. Stąd wyszło wielu świetnych oficerów radzieckich. Wielu z nich walczyło pod Moskwą, Leningradem i Stalingradem. W czasie wojny w szkole tej wprowadzono skrócone kursy dowódcze.

Rozkazem Komitetu Obrony ZSRR z dnia 5 września 1943 roku do szkoły włączono dwa bataliony polskie w składzie po 500 podchorążych każdy. (1)CAW, PKSZ w ZSRR, tecz. 84, s. 27. Możliwość zdobycia wyszkolonej kadry została przez dowództwo 1 Korpusu Polskich Sił Zbrojnych w ZSRR skwapliwie wykorzystana, a wśród kandydatów na przyszłych oficerów znalazły się i dziewczęta z batalionu kobiecego.

Przyjął je komendant „polskiego kursu” — kapitan Muratów, który od razu zapoznał dziewczęta z nowymi warunkami, obowiązkami i wymaganiami.

Muratów był przystojnym, rosłym mężczyzną o bardzo skoordynowanych ruchach. Dokładny i wymagał dokładności. Mówił nieco przez nos, zwłaszcza gdy był z czegoś niezadowolony.

54-osobowa grupa dziewcząt została przydzielona do 7 kompanii szkolnej. Oczywiście męskiej. Kobietom dano pomieszczenie na parterze budynku, oddzielając je od męskiej części kompanii szafą, ustawioną w poprzek mrocznego korytarza, którą później zamieniono na przepierzenie. W końcu — z uwagi na niewygodne przejście w czasie alarmów — zrezygnowano z tych „sztucznych” przedziałów.

Dowódcą tzw. kompanii kobiecej został młody, jasnooki oficer radziecki, starszy lejtnant Aleksiej Czerkasow, który od razu wziął się ostro do wprowadzenia należytej dyscypliny. W życiu młodych podchorążych (czy podchorążyń?) odegrał wielką rolę jako wychowawca i dowódca. Zapisał się w ich pamięci jako człowiek niezwykle wymagający, uparcie dążący do celu, niejednokrotnie surowy, lecz sprawiedliwy, no i nie pozbawiony poczucia humoru.

Tak on, jak i jego podkomendne mieli początkowo sporo kłopotów. Aleksiej Czerkasow nie znał języka polskiego.

Już pierwsze zetknięcie — komendy podawane w języku rosyjskim, a do tego w skrótach — wywołało konsternację dziewcząt.

Toteż kiedyś zdenerwowany dowódca nieopatrznie rzucił:

— Wy tiufiaki!

I zaczęło się. Żadna z dziewcząt nie wiedziała, co to znaczy. Czuły podświadomie, że jakieś obraźliwe słówko.

— Co, będzie nas obrażał?

I w czasie przerwy w zajęciach otoczyły dowódcę:

— Co to znaczy „tiufiak”? — nalegały. — Wytłumaczcie nam.

Starszy lejtnant Czerkasow trochę się zmieszał. Nie, nie chciał ich obrazić, tylko się uniósł. A „tiufiak” — to safanduła, gapa.

I tak niechcący sam otrzymał od dziewcząt przydomek „tiufiak”. (2)Relacja Jadwigi Pisulskiej, MiD WIH, IV/44/158, s. 3.

Grupę dziewcząt podzielono na plutony: strzelecki, ce-kaemów i moździerzy, oczywiście dobierając je według zainteresowań, zdolności i kompleksji fizycznej.

Dowódcami plutonów zostały absolwentki pierwszej podoficerskiej szkoły batalionu kobiecego: kpr. Helena Krupa, kpr. Adela Mucha oraz wyjątkowo, z uwagi na duże zdolności wojskowe, kpr. Eugenia Tomczak. Szefem kompanii mianowano plut. Halinę Bielawską. Zastępcą dowódcy kompanii do spraw oświatowych została chor. Stanisława Kubiak.

Oto jak charakteryzuje swego zastępcę dowódcy kompanii Ludka Opałka:

„...Dbała przede wszystkim o to, abyśmy, wyglądały estetycznie, żeby nie było między nami żołnierza ofermy... Musiałyśmy być zawsze czyste, ostrzyżone, kołnierzyki przy bluzach codziennie zmieniane. Nie daj Boże, aby zobaczyła dziurę w pończosze albo brudny kołnierzyk. Tego już nam nie darowała. Fruwały oderwane niemiłosiernie kołnierzyki od bluz, obnosiła po sali z obrzydzeniem dziurawe pończochy... Zajmowała się naszym wychowaniem i nie tylko uczyła nas, ale była przyjaciółką”. (3)Relacja por. rez. Ludwiki Rauth, MiD WIH, IV/44/160, s, 4—5.


Dziewczęta zrywały się wczesnym rankiem, by zdążyć z poranną toaletą. A tu pech — umywalnię zajęli mężczyźni. Pośpieszna zbiórka i dziewczęta biegną nad rzeczkę Trubież. W nocy są już przymrozki, więc obcasem przebijają skorupę lodu, by zaczerpnąć wody.

Po takiej porannej zaprawie śniadanie smakuje znakomicie, ale dziewczęta zaczynają pokasływać. Konieczna jest interwencja, i to u zastępcy komendanta szkoły do spraw oświatowych, por. Bolesława Drożdża. W rezultacie jednego dnia kobiety, drugiego mężczyźni biegną nad Trubież.

Wykłady są prowadzone w języku rosyjskim. Dziewczęca z trudem przyswajają sobie terminologię. Zajęcia teoretyczne są jednak przyjemne. Wydaje się im, że znów są uczennicami. Wykładowcy — oficerowie radzieccy — cierpliwie tłumaczą. Wielu z nich znalazło się w kadrze wykładowców po ranieniu na froncie. Starają się przekazać polskim dziewczętom wiadomości, które na froncie będą im niezbędne. Starają się przekazać swoje doświadczenie w konkretnych sytuacjach taktycznych.

Wymagało to niemało trudu od wykładowców. Wykłady w języku rosyjskim — odpowiedzi po polsku. Wkradały się oczywiście rusycyzmy i zupełnie dowolne tłumaczenia; na przykład zamiast: drużyna na placówce — drużyna na warcie polowej (polewoj karauł), lub w częściach broni zamiast: komora zamkowa — komora lufowa (stwolnaja korobka).

Początkowo zdarzały się zupełnie paradoksalne historie. Komenda „prawoje pleczo wpieriod” — czyli kierunek w lewo — była interpretowana po prostu: prawe ramię do przodu. Ale to trwało krótko. Naprawdę krótko. Wymagało jednak inteligencji i dobrej woli z jednej i drugiej strony.

Zajęcia praktyczne są dla dziewcząt bardziej uciążliwe. Zapanowała surowa zima rosyjska. Doskwiera mróz. Na placu Lenina uczą się trudnego kroku defiladowego. Trzeba bardzo uważać, by na komendę: „Na rękę broń!” w ciasno zwartej kolumnie nie potknąć się na nierównym terenie, nie zranić koleżanki bagnetem.

Po pewnym czasie osiągają ideał: maszerują lepiej niż mężczyźni, chwali je kpt. Muratów i jego zastępca do spraw liniowych mjr Jan Łopaciński.

Do koszar wracają z ulubioną piosenką st. lejtnanta Czerkasowa, starym tangiem „Graj, skrzypku, graj”, przerobionym na marsz.

— Nu diwczata, zapiwajtie „graj skrypku” — dopominał się dowódca.

Gorzej było z tymi zajęciami, które wymagały dużego wysiłku fizycznego.

Wyrusza na ostre strzelanie grupa — pluton moździerzystów.

Czerkasow zarządza: „Minomioty poniesut diwczata”. Płyta oporowa moździerza jest wyjątkowo niewygodna do noszenia. Ładuje ją na plecy Lucia Opałka i aż ugina się pod ciężarem. Na ostrym 22-stopniowym mrozie żelazo parzy. Co prawda Ela — starsza siostra — zadbała, by Lucia miała dobre rękawice i uszyła je ze skarpet. Niemniej jednak w ręce zimno.

— Że też, Elka, musiałaś mnie namówić do tych moździerzy — narzeka po cichu Lucia. — Te ze strzeleckiego' nie dźwigają takich ciężarów.

— Cicho, „tiufiak” usłyszy i będziesz miała znów kar-niaka. Niedawno myłaś podłogę i znów chcesz?

Widocznie st. lejtnant Czerkasow już zauważył spór „rodzinny”, bo zatrzymuje kolumnę.

Zmiana — moździerze biorą teraz mężczyźni.

A na miejscu zajęcia odgrywa się ciąg dalszy dziewczęcego „nie dam rady”.

Na to ostre strzelanie przyszedł Muratów. Patrzy, jak krzątają się dziewczęta przy ustawianiu moździerzy. Podchodzi bliżej, jak piórko podnosi na wysokość wyciągniętych ramion około dwudziestokilogramową płytę oporową i z góry zrzuca ją w śnieg: siedzi doskonale.

— Ot tak nada! — komentuje swój czyn kapitan. — Poprobujtie!

Próba nie udaje się żadnej. (4)Według relacji por. rez. Czesławy Wulf, MiD WIH, IV/44/141, s. 16. Za to kierowanie ogniem wypada wyśmienicie.

Bolą ramiona po takich zajęciach, odzież jest przemoczona, bo się tych parę godzin potarzało w śniegu i do tego wybrudziło smarem.

Wieczorem dziewczęta piorą mundury, by nazajutrz na zajęcia wyjść w czystych. Ale gdzie suszyć? Piec daje niewiele ciepła, suszą więc pod prześcięradłem, własnym ciepłem.
Czas mija szybko, już zbliża się nowy, 1944 rok.

Dziewczęta przygotowują szkole niespodziankę. Czternastoosobowy zespół pilnie uczy się pod komendą oficera oświatowego tańców ludowych: krakowiaka, kujawiaka. To też jest jakieś odprężenie. Co prawda chor. Kubiak docina dziewczętom, że zasypiają na zajęciach politycznych, ale równocześnie rozumie, że są często bardzo zmęczone.

Zbliża się termin egzaminów. Dziewczęta douczają się po nocach, powtarzają regulaminy, wzajemnie się przepytują.

A tu jeszcze, jak na złość, trzeba wystawiać posterunki wartownicze na terenie szkoły. Koledzy robią często kawały.

„Pamiętam, że na posterunku przy bramie szkoły stała któraś z dziewcząt, a ja z Orlickim mieliśmy »pilne« spotkanie w mieście. Jak tu przejść? Wiadomo — dziewucha nie puści bez przepustki. Obserwowaliśmy wartowniczkę. Zimno było — mróz 25 stopni. Odstawiła na chwilę karabin, by rozgrzać ręce.

Szybko włożyłem opaskę dyżurnego na rękaw i podchodząc do dziewczyny, zacząłem ją »w imieniu służby« rugać, że broń z ręki wypuściła.

Speszyła się, a my wyszliśmy z terenu szkoły.

Inna sprawa, że złapał nas w mieście patrol, no i posiedziało się w pacę”. (5)Relacja ustna z 1964 r. Norberta Zenona Picka, b. pchor. szkoły w Riazaniu.

Coraz częstsze alarmy nocne też nie umilają życia. Major Łopaciński z zegarkiem w ręku punktuje stawiennictwo na alarmie. Dziewczętom udaje się osiągnąć świetne wyniki.

Zbliża się dzień egzaminów. Więcej już godzin przeznacza st. lejtnant Czerkasow na naukę własną. Denerwuje się na równi z nimi. Jest kilka, którym pójdzie bardzo dobrze. Kontrolne pytania wskazują, które trzeba jeszcze „podciągnąć” teoretycznie.

Wykładowca, lejtnant inż. saper Jurij Murałow, przychodzi dodatkowo, już do kompanii, by pomóc.

Szef kompanii przygotowuje mundury — oficerskie.

Rozchodzi się wiadomość, że na promocję ma przyjechać Wanda Wasilewska i generał „Walter”. Trzeba więc przygotować odpowiedni meldunek.

„W tym dniu miałam właśnie służbę. Nasz oficer oświatowy przygotowywała mnie do meldunku:

— Obywatelko przewodnicząca Związku Patriotów... Podchorąży Gołębiowska — powtórzcie!

— Obywatelko przełożona...

— Gołębiowska, przełożona jest w klasztorze, a Wanda Wasilewska jest przewodniczącą...

Ale meldunek wypadł dobrze”. (6)Relacje por. rez. Aleksandry Gołębiowskiej, MiD WIH, IV/44/137, s. 3.

W rękach komisji egzaminacyjnej w składzie: płk Niestierow (przewodniczący), płk Żwania, płk Hulej, mjr Łopaciński, mjr Stankiewicz oraz kpt. Muratów — znalazły się losy dziewcząt.

Egzamin należało złożyć z następujących przedmiotów:

1. szkolenia politycznego

2. taktyki

3. nauki o broni

4. teorii strzelania i kierowania ogniem

5. musztry

6. terenoznawstwa

7. wyszkolenia saperskiego

8. regulaminów (7)CA W, III-3, tecz. 35, s. 15—22.

Napięcie było wielkie. Na tym egzaminie trzeba było nie tylko pochwalić się ugruntowaną wiedzą, ale stanąć do konkurencji z mężczyznami...

Komisja przedkładając sprawozdanie dowódcy 1 Korpusu PSZ w ZSRR stwierdziła, że wśród 277 podchorążych, którzy zdali egzamin z wynikiem bardzo dobrym, znalazło się 39 kobiet (czyli 72,2% ogółu uczących się dziewcząt), a wśród nich pierwszą lokatę uzyskała Janina Błaszczak.

Egzaminy — wbrew obawom — wypadły nad podziw dobrze. (8)CAW, III-3-31, s. 26—3. Egzamin zdały i zostały promowane do stopnia podporucznika: Halina Bielawska, Janina Błaszczyk, Janina Buczyńska, Stefania Gumowska, Helena Krupa, Adela Mucha i Eugenia Tomczak; do stopnia chorążego: Jadwiga. Bartosik, Zofia Bloch, Anna Dawidowska, Krystyna Dąbrowska, Władysława Drzazga, Władysława Dyszczakowska, Józefa Fabian, Danuta Filon, Aleksandra Gołębiowska, Emilia Gierczak, Ludwika Glebowicz, Maria Górniak, Genowefa Jabłońska, Helena Junkiewicz, Weronika Kaczanowska, Jadwiga Kaczyńska, Krystyna Kalbarczyk, Konstantyna Kijo, Józefa Kowalewska, Leokadia Kozłowska, Irena Kruszewska, Jadwiga Kruszewska, Larysa Krupicz, Irena Kulmatycka, Maria Linkie-wicz, Stefania Mastalerz, Stanisława Nadstawek, Wanda Nowak, Elżbieta Opałka, Ludwika Opałka, Wanda Obrycka, Wanda Paszkiewicz, Aniela Pielech, Paulina Podgórska, Wanda Sawicka, Jadwiga Stonawska, Emilia Sykało, Zofia Szczęsna, Janina Szub a-Jabłońska, Klara Trochimowicz, Irena Waszczuk, Czesława Wulf, Janina Zarzycka, Wanda Rzewuska. Jedynie podczas defilady zdarzył się drobny incydent. Najmniejsza absolwentka — Stefcia Mastalerz — potknęła się, zahaczając bagnetem o rękaw koleżanki przed sobą. Inna sprawa, że każdy, nawet najmniejszy rozmiarem płaszcz wojskowy był na nią za duży i plątał się (obcinać nie było wolno).

Na szczęście, z trybuny jakoś tego nie zauważono, ale dziewczęta nie mogły się powstrzymać od śmiechu, choć równocześnie były na Stefcię wściekłe.

— Ciebie, Stefka, trzeba w takich sytuacjach stawiać na warcie — docinała Ada Mucha, powszechnie „Muszką” zwana. — Taki wstyd!

— To ty się wstydź! Nie mnie, lecz ciebie „tiufiak” pod kran wysyłał — wypomniała Stefcia.

Warto wyjaśnić, jak to z tym „posyłaniem pod kran” było.

Którejś niedzieli przed egzaminami dziewczęta dostały przepustkę. Korzystając z tej okazji, Ada poszła do zakładu fryzjerskiego, gdzie bardzo nieumiejętnie uczerniono jej brwi i rzęsy. Tego dnia zresztą na apel wieczorny prawie wszystkie dziewczęta stanęły podmalowane i upudrowane... proszkiem do zębów. Nie uszło to, oczywiście, uwagi Czerkasowa.

Oberwało im się solidnie, bo dowódca kompanii miał swój surowy pogląd na umalowanego „oficera”, zaglądającego do lusterka.

— Tolko tomu zierkało nużno, kto nie uwieren w swojej krasotie — docinał dziewczętom.

Dowódca kompanii przywiązał się jednak do swoich „podchorunżych”.

Patrzył ze wzruszeniem, jak pasowano je na oficerów. Tym razem nie było w jego twarzy zwykłej surowości. Gratulował każdej serdecznie, życząc sukcesów.

Tuż przed wyjazdem ze szkoły, kiedy dziewczęta już spakowane załatwiały formalności wyjazdowe, st. lejtnant Czerkasow wszedł do kobiecej sali sypialnej — rzekomo, by sprawdzić porządek.

Przechodząc przed pustymi łóżkami swych wychowanek, jakby zwierzał się dyżurnej, chorążemu Gołębiowskiej, która mu towarzyszyła:

— Ta będzie dobrym dowódcą, a ta nadaje się raczej do sztabu. — I tak o każdej, wymieniając z imienia i nazwiska.

— A ja, towariszcz starszyj lejtienant?

— A wy... wam łuczsze byłoby ostatsia politrabotnikom. (9)Relacja ustna por. rez. Aleksandry Gołębiowskiej z 1963 r.

Wypowiedzi st. lejtnanta Czerkasowa były oparte na głębokiej znajomości podchorążych. Nie przewidział tylko, że kilka z jego wychowanek w niespełna rok polegnie na polu chwały. Nie przewidział też, że dwie z nich, Halina Bielawska i Janina Błaszczak, pójdą później w jego ślady i też będą wykładowcami w szkołach oficerskich.

„Najbardziej przeżywałam okresy egzaminów, one to były sprawdzianem mojej pracy” — pisze w swej relacji Janina Błaszczak. (10)MiD WIH, IV/44/136, s. 5.

Jeśli tak obszernie opisuję przeżycia podchorążych Szkoły Oficerskiej w Riazaniu, to dlatego, że znalazła się w niej największa grupa dziewcząt.

Podobne przeżycia towarzyszyły absolwentkom Ordżonikidzegradzkiej Szkoły Samochodowej, którą ukończyło 11 kobiet, uzyskując stopień chorążego. (11)Rozkaz nominacyjny 1 korpusu PSZ w ZSRR nr 14 z 1.3.1944 r. CAW, III-3, tecz. 35, s. 13—14. Nie podano w nim, niestety, ani nazwisk, ani lokat.

W trudnych zimowych warunkach kończyły też kobiety Oficerską Szkołę Łączności w Muromie nad Oką (obwód Gorki).

Tę Oficerską Szkołę Łączności ewakuowano z Ukrainy i rozlokowano w starym klasztorze w Muromie. Znalazło się w niej 37 polskich podchorążych, a wśród nich 11 dziewcząt.

Polska grupa, której dowódcą został oficer radziecki lejtnant Piechtierew, otrzymała jedną salę, w której za przepierzeniem miały swoją „sypialnię” dziewczęta, przy czym o tyle je uprzywilejowano, że spały na łóżkach, podczas gdy mężczyźni na piętrowych pryczach.

I to był ich jedyny przywilej.

Podczas ostrej zimy 1943—1944 roku dziewczęta jeżdżąc na nartach rozwijały i zwijały linie telefoniczne, w niczym nie ustępując swym kolegom. Wyróżniały się natomiast pilnością i większą obowiązkowością. Wykładane w języku rosyjskim przedmioty łatwo przyswajały. Wykładowcy chwalili je, że mają znacznie bardziej wyostrzony słuch niż mężczyźni (odbierały słuchowo najwięcej grup w systemie 5-cyfrowym).

Współżycie tej polskiej grupy ułożyło się na zasadach zdrowej rywalizacji w nauce i dbałości o wygląd. Kiedy zachorował kolega, dziewczęta odmawiając sobie deseru, niosły go choremu do szpitala. (12)Relacja por. rez. Lidii Prysiażnej, MiD WIH, IV/44/140, s. 2.

Nauka obejmowała łączność na szczeblu batalionu i pułku (ogólnie na szczeblu dywizji). Cała grupa ambitnie uczyła się organizowania batalionowych i pułkowych punktów łączności.

Jakże przydała się później ta wiedza, gdy wraz z jednostkami 1 armii WP absolwentki Muromskiej Szkoły Łączności wzięły udział w walkach na stanowiskach dowódców pułkowych węzłów łączności.

W tymże czasie uczyło się też 10 dziewcząt z batalionu kobiecego w Wyższej Szkole Oficerów Polityczno-Wychowawczych w Moskwie. Dowódcą tej drużyny kobiecej była Józefa Jureczko. (13)Por. F. Zbiniewicz, op. cit., s. 278.

Przygotowywano je na przyszłych zastępców dowódców do spraw polityczno-wychowawczych, lektorów pułków. W tej grupie znalazły się: Zofia Bystrzycka, Genowefa Ochnik, Anna Madalińska, Leokadia Pawlak, Stefania Kowalska, Janina Solińska, Józefa Jureczko, Stanisława Wróblewska, Zofia Morawska oraz Stanisława Zawadecka.

W późniejszym okresie kobiety kończyły skrócone kursy oficerskie na terenie Zachodniej Ukrainy, pod Kiwercami, w Łucku.

W dziesięciotygodniowej szkole oficerów polityczno-wychowawczych pod Kiwercami, której komendantem był mjr Jakub Wachtel, znalazło się wśród 190 elewów pięć dziewcząt. Były to: Helena Bocheńska, Irena Kalinowska, Alfreda Łucka (z 1 kompanii fizylierek), Helena Rochalska i Stefania Stępień. Oto fragment wspomnień elewa szkoły Ireny Kalinowskiej.

„...W szałasie dziewczęcym, przez nas same budowanym, mieszkała również chorąży Maria Kamińska, jedyna kobieta — wykładowca. Pozornie oschła i surowa, okazywała nam w rzeczywistości wiele serca. Lubiłyśmy ją i ceniły za jej mądrość życiową, inteligencję i rzeczowość...

Nasza piątka wchodziła w skład kompanii, którą dowodził porucznik Mieczysław Wodnar.

Program szkoły przewidywał przedmioty ideowo-polityczne i szkolenie bojowe. Do obowiązków elewów należało również pełnienie służby wartowniczej. Wszystkie zajęcia odbywałyśmy razem z mężczyznami i punktem naszego honoru było dorównać im. Nigdy żadna z nas nie przyznała się, ile strachu najadłyśmy się w nocy na warcie...

Przed egzaminami powtarzaliśmy materiał z notatek (o żadnych podręcznikach mowy nie było) i ćwiczyliśmy do defilady i promocji. Nie sposób opisać, ile pończoch wydarłyśmy na kolanach, ćwicząc przejście do pozycji klęczącej, wymaganej przy promocji...

Staliśmy przygotowani do defilady. Przed nami stół, a na nim szabla, którą promujący miał dotknąć naszych ramion.

Po przyjeździe generałów Zygmunta Berlinga i Aleksandra Zawadzkiego przy stole odbyła się jakaś narada, w wyniku której szabla znikła. Z odczytanego rozkazu dowiedzieliśmy się, że mianowano nas wszystkich do stopnia sierżanta podchorążego. Elewi kursu otrzymali po pewnym czasie stopnie oficerskie w jednostkach, do których ich przydzielono.

Aby dać wyraz swemu rozczarowaniu, podczas występu zespołu artystycznego w zaimprowizowanej ad hoc piosence ułożyliśmy refren: »Zamiast gwiazdek dali paski, dali paski, więcej nic«...”  (14)Relacja Ireny Kalinowskiej, MiD WIH, IV/44/128,s.2—4.

 

KOBIETY-DOWÓDCY

 

Przydziały absolwentek szkół oficerskich były bardzo różne. Poza osiemnastoma, które powróciły do batalionu na stanowiska dowódców plutonów i kompanii, w zasadzie zasiliły one kadrę dowódczą 2, 3 i 4 dywizji piechoty, przy czym najwięcej z nich znalazło się w 3 dywizji.

Ale sprawa przydziałów nie była tak prosta, jak to bywa u mężczyzn. Część absolwentek Oficerskiej Szkoły w Riazaniu „za żadne skarby tego świata” nie chciała powrócić do batalionu kobiecego. Trudno ustalić, skąd wzięła się ta obsesja. Faktem jest, że korzystając z obecności Wandy Wasilewskiej w sztabie korpusu, absolwentki znalazły do niej drogę, prosząc o przydziały do jednostek męskich, zgodnie z otrzymanym wyszkoleniem.

W rezultacie tych starań do poszczególnych dywizji skierowano:

do 2 dywizji piechoty — chor. Annę Dawidowską do 6 pp na dowódcę plutonu moździerzy; chor. Władysławę Drzazgę do sztabu dywizji na dowódcę plutonu fizylierów;. chor. Marię Linkiewicz do 6 pp na dowódcę plutonu strzeleckiego; chor. Stefanię Mastalerz do 4 pp na oficera łącznikowego; chor. Janinę Zarzycką do sztabu na zastępcę dowódcy dywizyjnej kompanii fizylierek;

do 3 dywizji piechoty — ppor. Janinę Błaszczak do 9 pp na dowódcę kompanii moździerzy; chor. Aleksandrę Gołębiowską do 7 pp na dowódcę plutonu strzeleckiego, chor. Marię Górniak do 8 pp na dowódcę plutonu ckm; chor. Helenę Junkiewicz do 8 pp na dowódcę plutonu ckm; chor. Irenę Kruszewską do 7 pp na dowódcę plutonu ckm; chor. Larysę Krupicz do 8 pp na dowódcę plutonu moździerzy; chor. Ludwikę Opałka do 8 pp na dowódcę plutonu moździerzy; chor. Anielę Pielech do 7 pp na dowódcę plutonu rusznic ppanc; chor. Paulinę Podgórską do 9 pp na dowódcę plutonu strzeleckiego; chor. Irenę Waszczuk do 8 pp na dowódcę plutonu ckm; chor. Zofię Włoch do 7 pp na dowódcę plutonu moździerzy;

do 4 dywizji piechoty — chor. Emilię Gierczak do 10 pp na dowódcę plutonu fizylierów pułkowych; chor. Czesławę Wulf do 10 pp na dowódcę plutonu moździerzy; chor. Janinę Szuba-Jabłońską do 10 pp na dowódcę plutonu moździerzy.

Ponadto poszczególne kobiety-oficerowie otrzymały następujące przydziały: ppor. Halina Bielawska -— na stanowisko pomocnika szefa wydziału operacyjnego 3 DP; chor. Danuta Filon — na szefa kancelarii kwatermistrzostwa 8 pp; chor. Leokadia Kozłowska — na pomocnika szefa wydziału kadr 3 DP; chor. Elżbieta Opałka — na szefa kancelarii 8 pp; chor. Emilia Sykała — na szefa kancelarii 9 pp.

Jedną absolwentkę, chor. Helenę Krupę, skierowano na kurs spadochroniarski w celu przerzucenia jej do kraju, do oddziałów partyzanckich.

Podróż do jednostek obfitowała też w przygody i trudności:

„...Jechałyśmy nocą do Moskwy. Rano, kiedy wyszłyśmy z dworca, zauważyłyśmy ze zdziwieniem, że nam — chorążym — salutują kapitanowie radzieccy, zanim zdążymy podnieść rękę do daszka czapki.

Wkrótce sprawa się wyjaśniła. W pewnym momencie podszedł do nas radziecki patrol oficerski.

— Waszy dokumienty, towariszczi majory?...

Legitymacji oficerskich jeszcze nie miałyśmy. Za to na naramiennikach miałyśmy duże blaszane gwiazdki, jakich używali majorowie Armii Radzieckiej. Takie nam wydano, bo małych zabrakło.

Spędziłyśmy parę godzin w Komendzie Garnizonu m. Moskwy.

Z opresji wyratowała nas Wanda Wasilewska, którą zawiadomiono o polskich kobietach — majorach!”. (1)Relacja por. rez. Aleksandry Gołębiowskiej, MiD WIH,„ IV/44/137, s. 2.

Po przyjeździe do jednostek młodym oficerom-kobietom zaproponowano pracę w sztabach.

Były oburzone.

Po to przez pięć miesięcy wkuwałyśmy taktykę, nosiłyśmy cekaemy i moździerze, by teraz być sztabowymi pisarzami? To skandal! Dlaczego nie mają do nas zaufania? Niech sprawdzą w szkole, jakie miałyśmy stopnie!

Wyznaczona na stanowisko dowódcy kompanii moździerzy, najzdolniejsza absolwentka szkoły w Riazaniu, podporucznik Janina Błaszczak, tak opisuje swoje dzieje:

„...Meldując się w sztabie (3 DP) naraziłam się na powątpiewanie, czy nie pomylono się, kierując mnie na stanowisko dowódcy kompanii moździerzy. Byłam przekonana, że dam sobie radę... więc nie pozwoliłam na przeniesienie na stanowisko dowódcy plutonu...”. (2)MiD WIH, IV/44/136, s. 1.

Obiektywnie rozpatrując sprawę, trzeba przyznać, że niełatwo było sztabom dywizji pogodzić się z myślą, iż najtrudniejszy odcinek pracy, podstawowe szkolenie żołnierzy, mają objąć młode kobiety.

Niejednokrotnie podwładni mogli być śmiało ich ojcami. Czy potrafią zdobyć posłuch, zachować autorytet? Jak sobie dadzą radę z wszystkim kłopotami, spadającymi na bezpośredniego dowódcę w boju? Takie pytania niewątpliwie zadawali sobie dowódcy dywizji i pułków, do których skierowano kobiety.

Kobiety wierzyły jednak, że żołnierz zrozumie ich trudną rolę, że im zaufa. Ambicja kobieca nie pozwalała na rezygnację, a brak polskich kadr dowódczych — stała bolączka nowo formujących się związków 1 Korpusu PSZ w ZSRR, a potem Armii Polskiej — sprzyjał temu, by mogły wykazać swe umiejętności.

Początkowo nie było ani łatwo, ani zbyt przyjemnie. Żołnierze z uśmiechem patrzyli na swych młodych dowódców.

Mężczyźni niechętnie na ogół akceptują kobiety jako zwierzchników. Oczy żołnierzy zatrzymywały się przede wszystkim na widocznych oznakach kobiecości. Z pobłażaniem patrzyli na swych młodych dowódców. Nie wierzyli początkowo, że ładna, zgrabna dziewczyna — chorąży lub podporucznik — potrafi ich czegoś nauczyć, ba, dowodzić nimi w walce. Zaznaczyć przy tym należy, iż wielu żołnierzy miało za sobą wojnę obronną 1939 roku, byli więc ostrzelani, co i ułatwiało, i utrudniało dowodzenie nimi.

Kobiety-dowódcy plutonów męskich musiały więc wykazać wiele hartu, samozaparcia, wysiłku psychicznego i fizycznego, cierpliwości, skupienia oraz umiejętności pedagogicznych w uczeniu rzemiosła wojskowego, a także koleżeństwa i skromności we współżyciu w warunkach wspólnego bytowania. Na ogół dowódcy plutonów zakwaterowani byli razem z żołnierzami.

Niebagatelną sprawą była odpowiedzialność dowódcy nie tylko za wyszkolenie, lecz także za życie żołnierzy. Wiedziały o tym kobiety-dowódcy. Uczono je bowiem, że nie sztuka zginąć, lecz cała sztuka w tym, by żyć i zwyciężać.

Nasze bohaterki nie miały doświadczenia w dowodzeniu i zdobywały je, ucząc żołnierzy i same się ucząc.

„Zapamiętam ten dzień na całe życie. Wczoraj objęłam pluton i zaraz musiałam wysłać dwóch żołnierzy po tarcze.

Pytam jednego: — Jak się nazywacie? — Milczy. Drugiego — coś tam burknął.

Mówię im: — Pójdziecie odebrać tarcze.

A jeden na to: — Ja nie pójdę!

Aż mnie ręka zaswędziała. Klepnęłam się po kaburze i jak nie poślę mu wiązanki takich przekleństw, że Ty, Mamo, pewnie byś zemdlała. Ale pomogło. Popatrzyli na mnie dość dziwnie i zaraz poszli.

Ale w ogóle to staram się z nimi żyć po koleżeńsku...”.  (3)Z udostępnionego autorce listu M.K. do matki z 20 marca 1944 r.

Zdarzało się, że dowódcę plutonu przedstawionego przez dowódcę kompanii spotykała gromka salwa śmiechu. I im dziewczyna była ładniejsza, tym śmiech ten był głośniejszy.

Pod pręgierzem spojrzeń, stałą obserwacją tak żołnierzy, jak i kolegów-oficerów, dziewczęta dzień po dniu zdobywały ciężką pracą swój autorytet.

„Buntowali się mężczyźni” — pisze w swej relacji Aleksandra Gołębiowska, dowódca plutonu strzeleckiego w 6 kompanii 2 batalionu 7 pułku piechoty.

„Moi pierwsi żołnierze — to czterej wąsaci dziadkowie. Prowadziłam z nimi musztrę i wzajemnie opowiadaliśmy sobie o swoich dziejach. Dalsze uzupełnienie dowiadywało się o mnie od pierwszych żołnierzy...”.  (4)MiD WIH, IV/44/137, s. 2.

Ale kiedyś Ola usłyszała, co naprawdę myślą jej podwładni.

„Jestem stary partyzant. Mam na sumieniu 12 transporitów niemieckich i dziś ma mną dowodzić baba. Rodzona żona by się mnie wyrzekła... — mówił do kolegów plut. Cegielski...

Plut. Cegielski był potem — już w boju, moim najlepszym i najdzielniejszym żołnierzem”. (5)Tamże.

Jak zdobyć autorytet, jaki mają oficerowie mężczyźni, gdy się ma 19 lat, niedawno opuściło mamę i potrzebowało jeszcze matczynej opieki i rady?

„Często po godzinach zajęć siadałam w ziemiance i rozmawiałam z żołnierzami na różne tematy. Pomagałam im pisać listy do rodzin, czasami z jednego kociołka jedliśmy obiad.

Starałam się nie wychowywać ich metodą »padnij — powstań«, chyba że było to przewidziane w programie szkolenia...

Może nikt nie uwierzy, ale podczas 3-letniego okresu mojej służby nie ukarałam żadnego żołnierza... — wspomina dowódca plutonu moździerzy Lucia Opałka (6)Relacja por. rez. Ludwiki Rauth, MiD WIH, IV/44/160, s. 14.
Mijały tygodnie wypełnione pracą nad przygotowaniem żołnierza do walk. Po zajęciach dziewczęta wkuwały od nowa regulaminy, przygotowywały konspekty. Nie można było ani chwili znaleźć dla siebie.

Przeprowadzane ćwiczenia inspekcjonowali starsi oficerowie, którzy nie szczędzili gorzkich słów, jeśli dowódca niezbyt składnie dowodził swym plutonem. Łatwo było zasłużyć na naganę, gdyż czas naglił i w skróconych terminach trzeba było przerabiać tematy zajęć, rozłożone w normalnych pokojowych warunkach na długie miesiące szkolenia.

O tym, z jakim trudem zdobywało się doświadczenie w dowodzeniu, wspomina Aleksandra Gołębiowska:

„To było w miejscowości Przebraże. Ćwiczyliśmy natarcie. Na odcinku natarcia mego plutonu było wielkie bajoro. Pomyślałam chwilę i doszłam do wniosku, że nie warto się moczyć w tej brudnej wodzie. Postanowiłam więc, że obejdę z moimi żołnierzami bajoro. Nie udała się sztuczka. Niechcący, ale też lekkomyślnie, zerwałam natarcie.

Dostała mi się solidna ruga od ppłk. Russjana, nie poskąpił mi też gorzkich słów obserwujący ćwiczenia generał Świerczewski.

Generał był najmilszym z ludzi, jakich znałam. Długo ze mną rozmawiał, tłumaczył i dał mi nowe zadanie: przekopać rów przeciwczołgowy, który przegradzał drogę do osiedla na wzgórzu, i zdobyć to osiedle.

Zadanie nie było łatwe. Napociliśmy się dobrze. Jakże miła była potem pochwała z ust generała.

Długo jeszcze generał ze mną rozmawiał, wyjaśniał, i wreszcie zapytał:

— A dlaczego jesteś taka zła?

Nie wytrzymałam wtedy i powiedziałam, co mi leży na sercu: ilekroć chłopy coś naknocą, nikt im nie wytyka, żęto mężczyźni, ale jeśli mnie lub której z nas coś się przydarzy, zawsze słyszę »baby«.

Generał uśmiechnął się i obiecał sprawę załatwić »po-męsku«...”. (7)MiD WIH, IV/44/137, s. 14.

W miarę upływu czasu „baby” udowodniły, że potrafią: pokonać wszystkie piętrzące się trudności i kłopoty, że potrafią dowodzić i że związane są na śmierć i zwycięstwo ze swymi podkomendnymi.

 

W DRODZE DO POLSKI

 

Zbliżała się wiosna 1944 roku. Dla naszych bohaterek służba wojskowa stała się już rzeczą powszednią. Ciężka zima na Smoleńszczyźnie zahartowała je. Czas upływał szybko.

18 marca 1944 roku 1 korpus został przekształcony w Armię Polską w ZSRR, która od 15 marca przeszła ze Smoleńszczyzny na Ukrainę. Wraz z oddziałami armii jechały dziewczęta z platerowskiego batalionu przez Smoleńsk, Rosławl, Briańsk, Konotop do Kijowa, a stamtąd «do rejonu rozmieszczenia: Żytomierz — Berdyczów. (1)Por. Wybrane operacje i walki ludowego Wojska Polskiego, Warszawa 1957.

Żołnierze z uwagą śledzili trasę przejazdu i pilnie słuchali komunikatów z frontu.

Zastępca dowódcy batalionu kobiecego por. Ludwika Bibrowska (objęła stanowisko po kpt. Irenie Sztachelskiej, która 18 marca została przeniesiona do Moskwy) codziennie musiała odpowiadać na pytania: — Ile kilometrów jeszcze do Stanisławowa, Równego, Lwowa?

Jej podwładne pochodziły bowiem przeważnie z byłych wschodnich województw polskich. Dziewczęta są przerażone widokiem wypalonych wsi, zburzonych miast i miasteczek, pozrywanych torów kolejowych. Niepokoją się, że i ich rodzinne strony będą wyglądały tak samo.

Wzmaga się uczucie nienawiści; nie rozumieją jeszcze wtedy, że nie należy winić całego narodu niemieckiego, nie wnikają w to, że to faszyzm zrodził zwyrodnienie.

„Bić Niemca!” — to zawołanie znajduje oddźwięk w każdym żołnierzu i sprzyja podnoszeniu gotowości bojowej.

Trud wyszkolenia znajduje pełne uzasadnienie. Z jeszcze większą pieczołowitością czyszczą dziewczęta broń. Teraz rozumieją już, że w chwili zetknięcia się z nieprzyjacielem na pewno jej użyją.

Nadlatujące od czasu do czasu samoloty niemieckie budzą więcej zaciętości niż strachu i jeśli dosięgają je pociski artylerii przeciwlotniczej, wybucha ogromna radość.

W dniach 3—15 maja 1944 roku oddziały Armii Polskiej przegrupowują się do rejonu Kiwerc, gdzie do 15 lipca intensywnie się szkolą. (2)Tamże.

Do jednostek przybywa uzupełnienie z Ośrodka Formowania i Uzupełnień w Sumach, przeniesionego później w rejon Żytomierza. Znów wraz z mężczyznami przyjeżdżają kobiety. Nierzadko matka z nieletnimi córkami.

— Weźcie nas do wojska. W 1 dywizji służy nasz ojciec, brat, kobiety są już w batalionie platerowskim.

Petronela Jucewicz przyjechała do Sum z dwiema córkami: szesnastoletnią Celiną i czternastoletnią Haliną.

Komisja poborowa stwierdziła, że matka nadaje się do służby wojskowej, jeżeli zaś idzie o córki, to szef Ośrodka Formowania i Uzupełnień generał brygady Bronisław Półturzycki zaproponował, by odesłać je do Moskwy, do ZPP; zostaną umieszczone w internacie i będą chodziły do szkoły.

Jakże trudno matce podjąć decyzję rozstania się z dziećmi. Dziewczęta są silne, rosłe, może więc przydadzą się w wojsku. Komisja lekarska stwierdziła, że są zdolne do pełnienia służby wojskowej...

Ostatecznie więc, mimo że w Moskwie na pewno byłoby córkom lepiej, Petronela Jucewicz wyprosiła u generała, by zostawił je w wojsku. Wszystkie trzy otrzymały przydział do 3 pułku zapasowego, a stamtąd z kolei przeniesiono je do kwatermistrzostwa Armii Polskiej. Matkę i Halinę przydzielono do prac w kuchni, Celinę zaś do kasyna oficerskiego jako kelnerkę.

W kwatermistrzostwie pracowało już dużo dziewcząt z poboru.

„...Mieszkałyśmy w koszarach pod opieką mojej mamy, która była jakby naszą przełożoną. Dziewczęta starały się słuchać mamy i jak chciały iść na randkę, to musiały ją o to zapytać. Mama, oczywiście, nie zawsze pozwalała. Przynajmniej mnie nigdy...” — relacjonuje Celina. (3)Relacja por. rez. Celiny Michalskiej, MiD WIH, IV/44/134, s. 4.

Ciekawy jest przebieg służby wojskowej szesnastoletniej Celiny.

Ze swych obowiązków wywiązywała się niezwykle sumiennie i mimo zmęczenia i opuchniętych nóg — w kasynie bowiem wydawano trzy razy dziennie posiłki dla około 500 osób — z pogodą znosiła wszelkie trudności. Po kilku miesiącach wraz ze Stefanią Maszek przeniesiono ją do stołówki generalskiej i już w Lublinie obsługiwała Naczelne Dowództwo WP i pracowników PKWN.

„...Pewnego dnia wezwał mnie do siebie generał Żymierski... — wspomina Celina. — »Daję wam pod opiekę trzech oficerów i w ciągu miesiąca musicie ich postawić na nogi.«

Byli to kpt. Wacław Czyżewski, kpt. Bolesław Kowalski i trzeci, nazwiska nie pamiętam, tylko pseudonim —»Lis« (4)Tadeusz Szymański. , którzy trafili tu prosto z Armii Ludowej... Trudy lasu wycisnęły na nich swe piętno, ale na szczęście mieli dość dobry apetyt. Po miesiącu więc zameldowaliśmy się u generała, który stwierdził..., że dobrze wykonałam swe zadanie...”. (5)Relacja por. rez. Celiny Michalskiej, tamże, s. 8, 9, 13.

Na początku stycznia 1945 roku kpr. Celina Jucewicz stanęła do raportu z prośbą o skierowanie do szkoły. Płk Wiktor Grosz zezwolił jej na naukę w Szkole Oficerów Politycznych w Lublinie.

Nauka szła jej wyjątkowo łatwo. Została zastępcą dowódcy szkolnego plutonu kobiecego.

„»Prawdziwe« wojsko zaraz dało mi się solidnie we znaki... w postaci szkorbutu...” — relacjonuje.

W końcu marca 1945 roku siedemnastoletnia Celina ukończyła trzymiesięczny kurs i otrzymała stopień chorążego. Dalszą służbę pełniła już jako zastępca dowódcy 1 kompanii do spraw polityczno-wychowawczych w 4 batalionie ochrony Sztabu Głównego.

„...Starałam się, by moim żołnierzom niczego nie brakowało, żeby przyzwyczaili się do mnie i traktowali mnie nie tylko jako przełożonego, ale także jako swego kolegę...”.

Nie wszystkim jednak tak ułożyły się warunki.

Nowo przybyłe kierowano w zależności od wykształcenia i stanu zdrowia do różnych jednostek na różne stanowiska.

Bronka Grzegorzewicz i Janka Rudkowska w niezwykle ciężkich warunkach pracowały jako pisarze komisji poborowej. Utrudzeni podróżą żołnierze często opierali się o stół, za którym dziewczęta spisywały ich dane personalne.

„...Nieraz (6)Relacja ustna Bronisławy Konińskiej z 1963 r. — wspomina Bronka — przynosiłyśmy sobie »nabytek« w postaci wszy. Czekałyśmy z utęsknieniem dnia, w którym łaźnia była czynna dla kobiet, by wydezynfekować swoje mundury, wymyć głowę... Bałyśmy się tyfusu...”. 

Coraz większy napływ kobiet do Ośrodka Formowania i Uzupełnień (na przełomie kwietnia — maja 1944 roku przybywa około 3,5 tysiąca) skłania szefostwo ośrodka do podjęcia decyzji sformowania rozdzielczego batalionu kobiecego. Dowódcą tej jednostki zostaje absolwentka szkoły politycznej w Moskwie podporucznik Stanisława Zawadecka, poprzednio lektor pułku.

Batalion rozlokowuje się w miejscowości Korostyszewo koło Żytomierza. Zawadecka ma niełatwą pracę. Wie doskonale, jak powinno wyglądać szkolenie żołnierza — służyła w kompanii rusznic przeciwpancernych batalionu kobiecego.

Ruch personalny w batalionie był bardzo duży. Ledwie zdążono nowo przybyłe porozdzielać do plutonów, kompanii, już po paru dniach kierowano je do różnych jednostek jako służbę pomocniczą. Zadaniem batalionu było bowiem przygotowanie uzupełnienia fizylierek i pielęgniarek dla nowo formujących się jednostek i szpitali 1 armii. W celu uzupełnienia młodszego personelu medycznego zostaje zorganizowana tzw. szkoła pielęgniarek dr Zofii Trawińskiej, do której batalion zapasowy kieruje około 900 kobiet.

Kłopoty były jednak niemałe. Trudno było utrzymać ściśle wojskową dyscyplinę bez odpowiedniego szkolenia. Z chwilą przeniesienia Ośrodka Formowania na Wołyń oprócz ochotniczek zaczynają przybywać kobiety powołane do służby wojskowej w drodze mobilizacji powszechnej.

Zdarzały się — rzadkie co prawda — wypadki, gdy do batalionu zapasowego przychodziły i dziewczęta skompromitowane współpracą z okupantem lub bandami faszystowskimi; teraz — pragnąc zmazać swoją winę lub też bojąc się odpowiedzialności — zgłaszały się do Wojska-Polskiego. Zachodziła więc konieczność ścisłej selekcji poborowych i odrzucenia pewnej ich liczby. (7)Na podstawie ustnej relacji S. Zawadeckiej.

W lipcu 1944 roku batalion zapasowy kobiet rozwiązano.

Godny odnotowania jest fakt, że w tym okresie do platerowskiego batalionu kobiecego, rozklokowanego dotychczas w miejscowości Żeleźniaki koło Trojanowa, skierowano jako uzupełnienie kilkanaście dziewcząt, które w czasie okupacji pełniły służbę w 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty Armii Krajowej. Stało się to w przeddzień wymarszu batalionu do Kiwerc koło Łucka.

Kobiety z 27 dywizji potrafiły władać bronią nie gorzej niż platerówki. Nie znalazła jednak w ich oczach uznania dyscyplina wojskowa. Według meldunków dowództwa batalionu kobiecego, ujęcie ich w tryby tej dyscypliny, nauczenie regulaminowego zwracania się do dowódców per „obywatelu”, nade wszystko wdrożenie do bezwzględnie rzetelnego pełnienia służby wartowniczej przysporzyło niemało kłopotów dowódcom, a także oficerom polityczno-wychowawczym. Wiele trudu kosztowała polityczna edukacja byłych partyzantek, uświadomienie im, że znalazły się w szeregach regularnych jednostek nowego, ludowego Wojska Polskiego.

Platerówki na ogół orientowały się już w układzie sił i sytuacji politycznej w Polsce podczas okupacji. Jakże przykro im było, gdy podczas organizowanych spotkań z żołnierzami Armii Krajowej, ci zadawali im pytanie: — A długo was uczono mówić po polsku? — Tego rodzaju: pytania nie sprzyjały przełamywaniu obustronnej niechęci.

Witane gorąco przez ludność platerówki w miarę zbliżania się do stron rodzinnych doznawały pierwszych goryczy. Coraz to do którejś docierała wieść, że wyginęła rodzina, że z ziemią zrównany jest jej dom rodzinny. Stęsknione za miejscami, w których spędziły dzieciństwo, doznają wrażenia, że jednak są tu obce.

Głęboko to przeżywają i coraz bardziej przekonują się, że ich domem jest teraz batalion. Tu pod troskliwym okiem Luni Bibrowskiej, „duszy batalionu” — jak powszechnie ją nazywano — znajdują oparcie, gdy nie mogą sobie same poradzić ze swymi troskami, niepokojami, wątpliwościami. Lunia matkuje im z właściwą sobie dobrocią i sprawiedliwością. Zna wszystkie gwoję „dziewczęta” bo tak się do nich zwraca poza służbą — zna ich zalety, możliwości i czuwa nie tylko nad ich duszami. Ma najlepsze cechy organizatora, nie brak jej i zaradności kobiecej.. Nikt lepiej nie potrafił pocieszyć, uspokoić, nikt lepiej od początku istnienia batalionu nie trafiał do ich umysłów.

Ludwika Bibrowska, urodzona w Łodzi, była z wykształcenia historykiem. Od 1933 roku należała do Komunistycznego Związku Młodzieży Polskiej. Wybuch wojny zastał ją w więzieniu śledczym.

Praca pedagoga nie była jej obca. Tylko dzięki temu, że udzielała korepetycji, udało się jej skończyć studia. Potem blisko dwa lata (1939—1941) była nauczycielką we Lwowie. Z młodzieżą stykała się również podczas swej pracy na Politechnice w Tyflisie.

Doświadczenie w pracy wychowawcy, duża wiedza, takt, niezwykła skromność zjednywały jej powszechną sympatię i szacunek tak podwładnych, jak i przełożonych.

Teraz, gdy wraz ze swymi podwładnymi przeżywała radość i gorycz, starała się skierować ich uwagę na jak najbardziej sumienne pełnienie służby.

„Tylko pracą, rzetelnym pełnieniem obowiązków zasłużycie sobie na ogólny szacunek” — powtarzała. Tej zasadzie hołdowała i wszczepiała ją w umysły i serca dziewcząt.

Gdy w sierpniu 1944 roku batalion znalazł się już na wyzwolonych terenach Polski, jej praca — wychowawcy politycznego platerówek — stawała się trudniejsza, podobnie jak praca wszystkich oficerów polityczno-wychowawczych 1 armii Wojska Polskiego. Dotarł już do nich ogłoszony 22 lipca manifest Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego, którym żywo zainteresowały się również platerówki.

Po pierwszych serdecznych powitaniach, w obcowaniu z ludnością cywilną zaczynały wyłaniać się różne problemy. Trudne, a czasem bardzo trudne do rozwiązania, budzące wzajemną niechęć, a co gorsza, nieufność.

Niektórzy rodacy podejrzliwie przyglądali się dziewczętom i pytali je, skąd pochodzą.

Pochodziły — jak wiadomo — przeważnie ze wsi.

A jak sobie wyobrażają reformę rolną?

— Ziemia należy się chłopu — odpowiadały.

Ale bywały pytania podchwytliwe, często prowokacyjne.

— Mówicie, że macie polski rząd, a jaki jest wasz stosunek do rządu w Londynie? Przecież też jest polski! A jakimi metodami ma być realizowany manifest lipcowy? Czy będą organizować kołchozy? — padały pytania.

Nie na wszystko żołnierze są w stanie odpowiedzieć, . a trudno przecież w każdej sprawie radzić się por. Bibrowskiej. Dziewczęta miały uproszczony obraz tego, czym żyło społeczeństwa pod okupacją, jakie ona piętno zostawiła.

Oprócz przewidzianych zajęć i pogadanek politycznych odbywały się w całym batalionie dodatkowe, wieczorne dyskusje. Lunia była zadowolona, że ją pytają o wiele spraw, ale też i zmęczona stałym wyjaśnianiem.

Roztrząsanie tych nowych dla większości dziewcząt problemów nie przerywało jednak normalnego trybu szkolenia i służby. A poza tym były młode i interesowały je również sprawy mniej poważne.

Dziewczęta polskie, które przetrwały okupację w kraju, patrzyły z podziwem i zazdrością na mundury i postawę platerówek, a te z kolei z zazdrością na zaondulowane włosy i zgrabne, błyszczące buty z cholewami („oficerki”), tak modne w tym czasie.

Delegacja platerówek wyjechała do wyzwolonego Lublina, by oddać hołd poległym w obozie śmierci na Majdanku. Wróciły zapłakane, wstrząśnięte widokiem tysięcy par bucików dzieci spalonych w krematorium. Nie były w stanie przekazać tego, co widziały. Tam ginęły takie same dziewczęta, jak one. W Zamku Lubelskim, w celi nr 35 widziały na ścianie napis: „...giniemy obydwie za Polskę! Ewa i Irena Tomasiak (8)Ewa, ur. w 1922 r., Irena w 1918 r. w Lubartowie. Od 1943 r. należały do PPR i były łączniczkami Gwardii Ludowej. Aresztowane w październiku 1943 r. i osadzone na Zamku w Lublinie — torturowane przez gestapo nie wydały nikogo., luty 1944 rok”. 

A więc zaledwie pięć miesięcy temu. „I cóż my wiemy o życiu w kraju podczas okupacji hitlerowskiej? — wzdychają ciężko dziewczęta. — Czymże była nasza niedola?...”

„...Po tym, co widziałam na Majdanku, nie mogę już mieć pretensji o głodne i chłodne dni w Kazachstanie... To na pewno lepiej, że warkocze obciął mi fryzjer wojskowy niż barbarzyński Niemiec. Kto wie, co mnie jeszcze czeka, jedno jest pewne, że nie hitlerowskie krematorium...”. (9)Z pamiętnika St. S.

W lipcu 1944 roku do poszczególnych jednostek 1 armii WP przydzielono kobiety, które brały udział w walkach oddziałów partyzanckich w kraju. I tak na przykład:

Bronisławę Roszkowską, ps. „Bez”, sanitariuszkę z oddziału AL „Przepiórki”, do 21 palu, na stanowisko dowódcy plutonu sanitarnego; Stanisławę Gaczyńską ze zgrupowania partyzanckiego „Jeszcze Polska nie zginęła” do 1 korpusu pancernego, na stanowisko zastępcy dowódcy kompanii do spraw polityczno-wychowawczych; Jadwigę Szablińską, ps. „Pawa”, z oddziału AK do 13 pułku saperów na stanowisko dowódcy plutonu; Julię Chomicz, ps. „Elżbieta”, z oddziału BCh do 10 batalionu sanitarnego 8 DP jako starszą siostrę.

Wiele kobiet, które brały czynny udział w walkach partyzanckich, zasiliło szeregi powstającej Milicji Obywatelskiej lub nowo powstający aparat administracji państwowej.

 

MIŁOŚCI I PRZYJAŹNIE FRONTOWE

 

Nasze bohaterki to młode, ładne dziewczęta, za którymi oglądała się cała prawie „brzydsza” część wojska.

Pierwsze sympatie zrodziły się już w obozie sieleckim, podczas potańcówek na strzelnicy. Do obozu kobiecego nikt bez zezwolenia nie przychodził. O randkach — tych typowych — nikt nie myślał, bo i czasu nie było i... lepiej nie zaczynać. Nigdy bowiem nie wiadomo, jak tam będą na to patrzyli w dowództwie. Kilku flirciarom solidnie się oberwało za spóźnienie na apele wieczorne.

Krążyły więc listy:

„Bardzo mi się podobasz w tym mundurze. Do twarzy Ci. Przyjdź koniecznie w niedzielę na strzelnicę...” (1)Fragment listu zachowanego z obozu sieleckiego, udostępnionego przez W.M.

Z czasem sympatie przekształcają się w miłość „Jak dobrze byłoby służyć w jednym oddziale, być razem”’ — marzą zakochani.

Niewielu dziewczętom udaje się uzyskać przeniesienie do jednostki, w której służy wybrany. Przybywa jeszcze jedna troska: czy ukochany dotrzyma wierności i nie zdradzi z inną, a z chwilą gdy 1 armia WP wkracza w bezpośrednie działania wojenne — czy zdrowy, czy żyje...

Ileż małżeństw zrodziły te sympatie i miłości okresu wojny... A ile tragedii...

Za zgodą autorki udostępnionego pamiętnika dzieje jednej z tych wielkich frontowych miłości — jakkolwiek raczej nietypowe — postaram się przedstawić, wyjaśniając jedynie, że autorka służyła w Oficerskiej Szkole w Riazaniu.

1 marca 1944 r.

Nie czuję się jeszcze zbyt dobrze po przebytym zapaleniu płuc...

Wczoraj zgłosił się do kancelarii por. N. Trzęsła nim malaria. Zaraz zorganizowałam karetkę i odwiozłam (*)Należało to m.in. do obowiązków autorki pamiętnika. go doszpitala. Prosił, bym zabrała do siebie na kwaterę jego płaszcz...

22 marca 1944 r.

...Właściwie nie rozumiem, po co ja latam codziennie do tego szpitala. Przecież nie swat mi, ani brat...

Rozśmieszył mnie dzisiaj, mówiąc że powinnam zrobić sobie manicure. Dobry sobie... I co, pewnie gładką rączką bez zadrów przy paznokciach mam głaskać obrośniętą gębę... Nie pójdę tam więcej...

25 marca 1944 r.

...Byłam dziś w szpitalu. N. powitał mnie radośnie i zaczął opowiadać o sobie. Jest o 12 lat ode mnie starszy. Skończył prawo. Miał narzeczoną w Warszawie, ale nie wie, czy żyje. Smutne to. Zrobiło mi się go żal. Wracając ze szpitala wstąpiłam na bazar i kupiłam mu świeże bliny i zaraz zaniosłam, prosząc pielęgniarkę, by doręczyła...

29 marca 1944 r.

...Wezwał mnie dowódca i powiedział, że telefonowali ze szpitala, bym natychmiast przyszła. Zwolnił mnie ze służby i kazał iść. Co się mogło stać?...

wieczór 29 marca

...No tak, stęsknił się mój podopieczny i narobił takiego rabanu, że Maria Nikołajewna sama telefonowała do dowódcy. Co gorsza, N. gorączkuje silnie i źle wygląda. Objął mnie serdecznie za szyję i prosił, bym nie zostawiała go samego. Skarżył się, że mu źle beze mnie, że przecież nie jest mi obojętny, skoro przychodzę i swoje »kopiejki« wydaję na bliny dla niego.

Jaki on paradny!.

...Tłumaczyłam, że nie mogę przychodzić, że oboje robimy sobie krzywdę, przywiązując się do siebie. I chyba to mnie wydało i... »zgubiło«. N. ma ścisły sposób rozumowania — wiadomo, prawnik! Ale się urządziłam! I kiedy ja się zdążyłam zakochać w tym obrośniętym chudzielcu?! A on?...

...Ustaliliśmy, że jeśli ińu po chorobie to kochanie nie przejdzie, porozmawiamy...

20 kwietnia 1944 r.

...Nie powiedział, że dziś wychodzi ze szpitala. Po prostu przyszedł do mojej kwatery i stwierdził, że już prawie od miesiąca tu mieszka... Tak, myślami, no a ten szynel go przecież reprezentował. Niedobrze się stało. Muszę zameldować dowódcy... N. namawia mnie, byśmy się pobrali w Zaksie... (*)Skrót nazwy radzieckiego Urzędu Stanu Cywilnego.

29 kwietnia 1944 r.

...Mam męża. Nie umiem sobie sama wytłumaczyć, jak to się stało. Przecież nie miałam nigdy takich ciągotek. Wiem, że N. mnie kocha (i jest zazdrosny!). Tyle lat różnicy między nami. A może to i dobrze. On chyba lepiej rozważył, co robi...

...Dostaliśmy oboje 6 dni urlopu i putiowkę (**)Skierowanie — przeważnie na wypoczynek lub leczenie. do Moskwy. Dowódca dał na drogę trochę rubelków... A potem jedziemy już na front, do Polski!...

2 maja 1944 r.

...Mieszkamy w Hotelu Armii Czerwonej. Komfort oszałamiający... Najzabawniejsze, że w nocy kontrolują dokumenty i nawet major z patrolu, gdy się dowiedział, że jesteśmy »w podróży poślubnej na front« — złożył nam życzenia. Nie rozumiem, dlaczego o 2 w nocy?...

3 maja 1944 r.

...Dostałam dziś po raz pierwszy w życiu od mężczyzny perfumy i czekoladę. Od mojego męża...

...Jestem zupełnie oszołomiona przedstawieniem w Wielkim Teatrze, Nie mogę zasnąć: »Niebieski ptak« nie powinien robić takiego wrażenia na dorosłej kobiecie — mężatce. Tylko czy ja naprawdę jestem już dorosła?...

A na jutro mamy bilety na »Idealnego męża« w Mchacie, Ale frajda!...

9 maja 1944 r.

...Już drugi dzień jesteśmy w podróży. Tak tłoczno w pociągu, nawet porozmawiać nie można...

17 maja 1944 r.

...Już od trzech dni stoimy w lesie pod Kiwercami...

8 września 1944 r.

...N. wciąż na pierwszej linii pod Warką; kiedy ich wreszcie zluzują? Tak się niepokoję...

19 września 1944 r.

...Jakże to przeżyć samej. Żadnej pociechy. I nawet nie napisali, w jakich okolicznościach zginął. Po prostu »poległ na polu chwały«... Znów jestem sama. Jeszcze jedna wojenna wdowa... Już nigdy nie będziemy razem..,”.

Nie każda romantyczna znajomość i miłość kończyła się jednak tak tragicznie.

Frontowej natarczywości mężczyzn można było przeciwstawić się, zachowując należytą, koleżeńską postawę. Nie zawsze jednak znajdowały dziewczęta dość siły w sobie, nie zawsze rozumiano należycie odpalanie umizgów, zwłaszcza w tych oddziałach i pododdziałach, gdzie kobiet było niewiele. Nawet trochę swobodniejsze zachowanie jednej, płynące tylko z chęci poflirtowania, mogło innym przysporzyć wiele niepotrzebnych kłopotów. I najłatwiejszym wyjściem z sytuacji było wybranie „tego jednego” i nawet ogłoszenie narzeczeństwa.

Niejednokrotnie w takich sprawach dziewczęta nie mogły poradzić sobie same i zwracały się o pomoc do dowódców, do zastępców do spraw polityczno-wychowawczych. Ci doradzali, jak postąpić, a nawet podpowiadali kandydata na „narzeczonego”. Jeśli kandydat wyrażał zgodę (a przeważnie wyrażał), „narzeczeni” zawierali niepisaną umowę, że narzeczeństwo obowiązuje na czas wojny.

Zdarzało się jednak i tak, że dziewczyna, której doradzano takie rozwiązanie sprawy i podawano kandydata na „narzeczonego”, po prostu kręciła nosem, bo nikt nie budził jej zaufania na tyle, by zgodziła się na wojenne narzeczeństwo. Te obawy były o tyle uzasadnione, że mężczyzna, którego nie wiązało z dziewczyną uczucie, mógł przez nieostrożność opowiedzieć kolegom o układzie i wtedy dziewczyna stawała się przedmiotem kpin i docinków, które nie zawsze była w stanie znieść z pogodą.

Z perspektywy czasu sprawa wydawać by się mogła błaha. W zdeterminowanej męskiej społeczności żołnierzy pierwszej linii osamotnienie dziewczyny stawało się tym większe, im bardziej się podobała jako kobieta. Dodać trzeba, że wiele dziewcząt nie miało rodzin, nie otrzymywały więc korespondencji od bliskich i nie były zbyt pewne, czy w wypadku ranienia, gdy znajdą się na zapleczu, będzie ktoś o nich pamiętał, wesprze je psychicznie, pomoże w ewentualnym kalectwie, upomni się o ich powrót do kraju.

Najtrudniej było tym dziewczętom, które stawały się obiektem pożądania i to... swoich przełożonych. Sprawa komplikowała się. Zależność służbowa, ewentualne szykany i przykrości nie ułatwiały życia i trzeba było nie lada hartu i doświadczenia, by przeciwstawić się wszystkim tym trudnościom.

Bardzo znamienny jest wyjątek z relacji byłego dowódcy 2 batalionu 7 pułku, który tak oto pisze o swej byłej podwładnej, dowódcy plutonu moździerzy:

„...Młoda, ładna dziewczyna, cicha, spokojna, bardzo obowiązkowa... nigdy nie dawała powodu do niezadowolenia swoim przełożonym. Jej podwładni odnosili się do niej z szacunkiem zarówno jako do dowódcy, jak i kobiety... W otoczeniu samych mężczyzn umiała zachować się godnie, mimo początkowych zabiegów wielu, a szczególnie jej przełożonego — dowódcy kompanii...

Wyróżniła się w czasie działań obronnych nad Wisłą...

W tym czasie — uległa jako kobieta... dowódcy. Nie sądzę, by było to wynikiem uczucia. Znając ppor. S... myślę, że był to wynik jego nacisku i wykorzystania stanowiska służbowego...”. (2)MiD WIH, IV/44/156, s. 1—2.

I tak bywało — prawo silniejszego. Jeśli mówimy o tych przykrych wypadkach, to dlatego, by nie tworzyć mitów o idylli.

A oto inna para. Podporucznik Ludwika Opałka była dowódcą plutonu moździerzy, podobnie jak jej narzeczony. Oboje zostali ranieni prawie w tym samym czasie. Poczta połowa — ze stemplem „Sprawdzono przez cenzurę wojskową 236” przekazuje rannemu od rannej dziewczyny pełne tęsknoty słowa: '

„28.4.1945 r.

...Gdybym tylko choć jedno słowo od Ciebie dostała... Teraz wiosna taka ładna... Lecz nie ma Ciebie, więc i dla mnie nie istnieje... Nie martw się o mnie, ja jakoś przecierpię. Wiem, że dokucza Ci rana... Chcę tylko, żebyś wrócił...”. (3)Z udostępnionego listu L.R.

Wielu z byłych frontowców miało około dwudziestki, wielu było zakochanych, wielu w gorących słowach zapewniało, że kocha. Różne były odcienie tej miłości.

„Te frontowe sympatie, miłości i nawet miłostki uważam za zjawisko normalne. Takie są prawa życia. I trzeba

0 nich mówić po prostu, bez pruderii — stwierdza generał Stanisław Popławski, b. dowódca 1 armii. — Ale nie wolno w tych sprawach być cynicznym...”. (4)Relacja ustna z 19 marca 1964 r.

Nic bardziej nie łączy ludzi niż wspólnie przeżyte ciężkie chwile. Oprócz miłości — tej prawdziwej — rodziły się przyjaźnie. Są sceptycy, którzy nie wierzą w przyjaźń między kobietą i mężczyzną. Ileż przykładów frontowej przyjaźni można by przeciwstawić temu twierdzeniu...

W ogniu walki, gdy dzieliło się wspólnie niebezpieczeństwo, zacierała się różnica płci.. Jadło się z jednego kociołka i nakrywało jednym płaszczem. Towarzyszy broni chroniło się tak jak siebie. Wspólna była troska, wspólny wysiłek i trud. Ale i wspólny »skręt« z machorki, zawiniętej w gazetę. Mężczyźni umieli docenić kobietę, która wraz z nimi w najgorszych chwilach była w okopie i razem z nimi otrząsając się z ziemi, która ich przysypywała raz po raz po wybuchu pocisku, umiała zakląć na faszystę i zgotować mu odwet w postaci dobrze położonego ognia.

Żołnierze chronili dziewczęta. Dla „obywatelki porucznik” wybierali najlepsze miejsce, by się przespała. A kiedy sytuacja na to pozwalała, przynosili wodę i dyskretnie usuwali się, gdy ich dowódca się myła. Rozumieli trudną sytuację kobiety — jej zmęczenie w forsownych marszach, stałych zmianach miejsc postoju.

Podoficer polityczny plutonowy Anna Furman (2 DP) pisze:

„...Większość w plutonie (45 mm dział ppanc.) stanowili chłopcy w moim wieku (około 20 lat — S.D.), łącznie z dowódcą plutonu.

...Stosunki były koleżeńskie... Uwidoczniło się to podczas ćwiczeń dywizyjnych,.. W pełnym oporządzeniu 10 km marszu, a potem biegiem i zmiana pozycji działa... I znów biegiem... Wyruszaliśmy po grudzie, wracaliśmy po kostki w wodzie.

I właśnie w czasie powrotu... zachorowałam. Nie miałam siły,iść. Zmęczenie, przemoczone nogi, brak środków opatrunkowych (do sanitariusza—mężczyzny wstydziłam się podejść) — słowem, sytuacja nie do pozazdroszczenia.

Najstarszy z plutonu (dwóch było już żonatych) domyślił się, że coś się ze mną dzieje złego, wziął ode mnie pepeszę, łopatkę, hełm i powiedział, żebym się nie wstydziła i poszła do wozu sanitarnego. Klęłam w duchu babską naturę, ale posłuchałam, a moi chłopcy z plutonu »kryli« mnie przed dowódcą batalionu, że jestem to na przodzie, to z tyłu kolumny...” (5)Relacja mjr. rez. Anny Furman, MiD WIH, IV/44/129, s. 7.

Dowódca plutonu strzeleckiego 6 kompanii 2 batalionu 7 pp Aleksandra Gołębiowska wspomina:

„Po wyładowaniu się i okopaniu na przyczółku* (*)Warecko-magnuszewskim. stwierdziłam, że brak mego żołnierza, szer. Szumskiego. Żanie-pokoiłam się. Przecież wylądował razem z nami. Nikt nie umiał mi powiedzieć, co się z nim stało.

Szarzało, gdy nagle przy moim okopie usłyszałam szelest i ktoś stoczył się obok mnie.

To szer. Szumski, który zaczął spod bluzy wyciągać marchew, jabłka... oświadczając szeptem:

— Obywatelka chorąży głodna, nic wczoraj nie jadła, więc przyniosłem...

Szumski był z gatunku »nachodcziwych«, pełen inicjatywy...

I jakże mogłam nie docenić tej troski...”. (6)MiD WIH, IV/44/137, s. 7.

W wielokrotnie cytowanym już pamiętniku znajdujemy wklejony list. Z trudem udaje się odczytać pisane przed czterdziestu laty niewprawną ręką żołnierza słowa listu do rannej kobiety-dowódcy.

„19.X.1944 r.

Obywatelko Poruczniku!

W pierwszych słowach listu... pozdrawiamy i o zdrowie pytamy. My się tu bardzo zmartwili, że z Obywatelką Porucznik tak źle...” (**)Wszystkie miejsca wykropkowane — nieczytelne

Stoimy koło folwarku i grzejemy fryców, aż lufy...

Przewłocki znalazł hełm i mamy już w zapasie trzy... My by posłali jabłka dla Obywatelki Porucznik, tylko gdzie... Koźlak i Przepiorą także ranni byli, ale już wrócili...

Zdrowia wszyscy życzymy i wracajcie do nas...

bombardier Izydorski...”

Pod listem szereg podpisów nieczytelnych i dopisek czerwonym ołówkiem: „Priwiet — dierżyś — żdiom! * (*)Pozdrowienia — trzymaj się — czekamy. st. lejtn. Gurko”.

Takie serdeczne słowa podtrzymywały na duchu, dodawały sił do walki o życie.

Na pierwszej linii frontu zdarzały się zupełnie nieoczekiwane sytuacje. Pod ostrzałem, z sąsiedniego okopu nagle wychylał się żołnierz z czerwoną gwiazdą na czapce i podawał menażkę z gorącym barszczem, który właśnie dotarł:

„Bieritie, poprawlajtieś bratia Polaki. Machorki prisłat’?”

Po latach kobiety-dowódcy otrzymują listy od swych byłych podwładnych. Oto fragment jednego z listów, który otrzymała Larysa Krupicz-Źakowicz 21 lutego 1964 roku; cytujemy za zgodą adresatki in extenso:

„...Nazywam się plut. Adolf Trzeciak. Byłem przydzielony do II batalionu 8 pułku moździerzy, do dowódcy Larysy Krupicz. Czy przypominacie sobie mnie? Byliśmy ranni pod Berlinem, byliśmy razem w szpitalach frontowych. Czy pamiętacie mnie? Uprzejmie proszę przysłać mi list. Wasz adres dostałem z Tomaszowa...

Jestem teraz weteranem...”.

Przyjaźnie, które się w tych trudnych latach kształtowały, przetrwały wojnę, złączyły ludzi odmiennej płci i odnajdywane po latach cieszą tak, jak cieszyła młodość, choć w tak ciężkich wojennych warunkach przeminęła.

 

NA PRZYCZÓŁKU WARECKO-MAGNUSZEWSKIM

 

Był początek sierpnia 1944 roku. Związki taktyczne 1 armii Wojska Polskiego luzowały na przyczółku warecko--magnuszewskim jednostki radzieckie. Pierwsza weszła do akcji 3 dywizja piechoty, która 8 sierpnia ześrodkowała się nad Wisłą, przygotowując się do forsowania rzeki. Do przeprawy przez rzekę pod ostrzałem artyleryjskim i bombardowaniem nieprzyjaciela szykowały się poszczególne pułki, w których służyły również riazańskie absolwentki.

W ciągu pięciu miesięcy szkolenia żołnierzy, a jednocześnie zżycia się z nimi, dziewczęta pokonały niechęć męską do „damskiego” dowodzenia i pokazały, że potrafią sprostać zadaniu dowódcy. Ich trud znalazł zrozumienie u dowódców-mężczyzn, spotkał się z szacunkiem podwładnych. Wiele ludzkiej wyrozumiałości kosztowało to zżycie się obydwie strony. W tym ciężkim dla wszystkich żołnierzy 1 armii WP okresie, gdy zbliżały się walki, trud i praca zespalały ludzi. Dowódcy-kobiety miały już ustalony sąd, jak należy postępować, by zdobyć autorytet.

Pierwszy chrzest bojowy otrzymały na przyczółku warecko-magnuszewskim.

Oto na łodzi wraz z żołnierzami przeprawiają się Lorka Krupicz i Ludka Opałka, obydwie — dowódcy plutonów moździerzy w 2 kompanii 2 batalionu 8 pułku piechoty.

Przybycie nad Wisłę poprzedziły forsowne marsze. Nie są zbyt wypoczęte, lecz zbliżająca się walka nie pozwala o tym myśleć.

Łodzie odbiły od brzegu. Raz po raz wzbijają się fontanny wody od wybuchu pocisków niemieckich.

Tak się marzyło na obczyźnie o Wiśle. Teraz po Wiśle płyną trupy, mącą ją wybuchy bomb i pocisków, które padają dość gęsto. Cierpnie skóra. Byle szybciej dobić de brzegu — wzdychają.

Zaraz po wylądowaniu na drugim brzegu trzeba zajmować pozycje, które przekazują żołnierze radzieccy,

Ustawiczne naloty artyleryjskie i lotnicze zniszczyły okopy. Żołnierze biorą się do umocnienia starych szczelin i budują nowe. A wszystko w ciemnościach nocy, bo' w dzień nieprzyjaciel wykryłby ich obecność.

Chorąży Opałka i chorąży Krupicz są solidnie zmęczone. Usiadły pod drzewkiem i przytuliły do siebie. Drzemią. Raz po raz jednak zrywają się. Grzmi cała pierwsza linia. Zdaje się im, że to bezpośrednio do nich strzelają.

O świcie Wisłę forsują pododdziały pozostałych pułków.

Na brzegu rzeki stoi dowódca 3 DP generał Galicki, a obok niego dowódca 7 pp major Russjan i obserwują forsowanie. Do przeprawy szykuje się pluton chorążego Gołębiowskiej (6 kompania 2 batalionu 7 pp).

W pewnej chwili podbiega do niej goniec.

— Obywatelko chorąży, proszę się zameldować u dowódcy dywizji.

Czy coś źle robię? — myśli Ola i obciągając mundur biegnie za gońcem.

— Obywatelu generale, chorąży Gołębiowska melduje się na rozkaz.

— Wy, chorąży, nie popłyniecie — mówi generał.

— Ja, obywatelu generale, czy cały pluton?

— Wy.

— Obywatelu generale, proszę mi powiedzieć, czy jestem dowódcą, czy kobietą?

W tym momencie podchodzi żołnierz z plutonu Oli i prosi generała o pozwolenie zwrócenia się do swego dowódcy.

— Obywatelko chorąży, melduję, że pluton gotowy do przeprawy.

— Dziękuję — mówi Ola i patrzy na generała.

— W drogę — rozkazuje generał i podaje Oli rękę. — Powodzenia.

Popłynęli.

Na środku Wisły, pod okrutnym bombardowaniem, Ola myśli z wdzięcznością o generale: „Chciał mnie ochronić...”. (1)Relacja por. rez. Aleksandry Gołębiowskiej, MiD WIH IV/44/137. Wątpliwe jest jednak, by zmiana decyzji dowódcy była spowodowana jedynie meldunkiem podwładnego chor. Gołębiowskiej, choć i taka ewentualność mogła zaistnieć.

Obok Oli płyną ze swymi plutonami Irka Kruszewska i Anielka Pielech.

Mimo że forsowanie odbyło się o świcie, przejmowanie stanowisk następuje dopiero w nocy. Jest ciemno, tylko rakiety raz po raz oświetlają teren.

Po wyładowaniu się na przyczółku pluton Anieli Pielech nie może zająć stanowisk, gdyż znalazł się w centrum ostrzału artylerii niemieckiej. Nadlatują samoloty. Obok rozrywa się bomba, za chwilę druga i wyrzucona po wybuchu ziemia przysypuje Anielę, zanim jeszcze zdążyła schronić się w okopie.

„...nie mogłam się ruszyć, ręce miałam wolne, grzebałam więc ziemię, ale nie mogłam sobie dać rady. Mój Boże, pomyślałam, mam 20 lat i tu mam znaleźć swoją mogiłę. Chyba nie...” . (2)Relacja ppor. rez. Anieli Pielech, MiD WIH, IV/44/138, s. 4—5.

Mąż Anieli, chorąży Zybura jest również dowódcą plutonu w 7 pułku. Był niedaleko, przyczołgał się do niej i pod ostrzałem odkopał ją.
Chorąży Krupicz przejmuje stanowisko obserwacyjne od oficera Armii Radzieckiej.

Trzeba jak najwięcej się od niego dowiedzieć — myśli.

Oficer przekazuje dane o nieprzyjacielu i dwa stanowiska moździerzy. Larysa Krupicz dysponuje trzema moździerzami. Wzywa więc swego zastępcę plutonowego Dodę:

— Na zmianę, całym plutonem przygotować trzecie stanowisko — rozkazuje.

— Tak jest!

Tak jest — myśli Lorka. — Gdybyś ty, Doda, wiedział, jak mi trudno mówić do ciebie i rozkazywać ci. Cały czas trzymam w ręce wyciągnięty pistolet i zdaje mi się, że za każdym wgłębieniem kryje się wróg.

W tym czasie dowódca 3 plutonu moździerzy, chorąży Ludka Opałka, przejmuje swój odcinek.

Młody dowódca radziecki pyta ją z niedowierzaniem:

— A gdie komandir wzwoda?

— Ja komandir — replikuje Ludka.

— Czort pobieri etu wojnu! — mówi zduszonym głosem oficer i dokładnie przekazuje wiadomości o nieprzyjacielu, objaśnia.

— Pierwyj raz w boju? — pyta.

— Pierwszy — odpowiada Ludka.

— No, dierżytieś, do swidanija.

Ludka obejmuje „gospodarstwo”.

— Trzeba pogłębić okopy, oszalować. Piach się do kieszeni sypie — nadrabia humorem, nakazując swoim żołnierzom, by zabrali się do roboty.

Życie tych osiemnastu ludzi jest w moim ręku — myśli Ludka. Czy potrafię ich ochronić, by nie zostali na zawsze w tym piachu? A co z Elą — myśli o siostrze. Czy będzie jej lepiej w sztabie pułku?

W kancelarii 8 pułku, który rozlokował się w zniszczonej wsi Rozniszew, Elżbieta Opałka odbiera i przekazuje dowódcy meldunki. Przed chwilą przybiegła chor. Lidia Szuba-Jabłońska. Dowódca powiedział jej, co myśli o przerwanej łączności, a przyznać trzeba, że miód mu z ust nie płynął...

Lidka ukończyła Oficerską Szkołą Łączności w Muromie i 14 lutego 1944 roku została wyznaczona na dowódcę sztabowego plutonu łączności 8 pułku piechoty. Oprócz mężczyzn w plutonie służyły plut. Józia Cieplicka i plut. Hela Sobczak.

Spędzona w okopie podczas bombardowania noc z 8 na 9 sierpnia była dla nich straszna. Zginęło kilku żołnierzy.

Rano chor. Szuba otrzymała rozkaz od szefa łączności, pułku, kpt. Debietyja, by pluton sztabowy wybudował sobie schrony przy Pilicy. (3)Por. relacja ppor. rez. Lidii Prysiażnej, MiD WIH, IV/44/140, s 5. Nie pomógł protest Lidki, że w dzień Niemcy zaraz zauważą ruch i zaczną ostrzał. Rozkaz musiała wykonać.

Niedługo trwała praca przy wykopie. Padło pięć pocisków artyleryjskich. Dwa zaryły się w piachu, trzy zniszczyły dotychczasową pracę plutonu; śmiertelnie ranny został plutonowy Budzenta, zastępca Lidii, który właśnie przyszedł, by zawiadomić ją, że zerwana jest łączność z punktem obserwacyjnym.

Lidia jest wstrząśnięta, nie może się uspokoić. Musi jednak zachować spokój. Nawet na łzy nie może sobie pozwolić, bo patrzą podwładni.

Lidia jest ładną, sympatyczną dziewczyną. Swoje rzemiosło nieźle opanowała, zjednała sobie cały zespół plutonu. Swego zastępcę bardzo szanowała, bo on pierwszy pomógł jej w trudnych chwilach, gdy obejmowała pluton.

W kilka dni później, gdy spotyka technika artyleryjskiego, chorążego Władysława Prysiażnego *Obecnie mąż Lidii., daje mu adres matki i siostry, która też służy w wojsku, i prosi, by w wypadku jej śmierci zawiadomił obydwie.

Gdy Prysiażny uspokaja Lidię, ta skarży mu się: — Nie mogę patrzeć na śmierć moich żołnierzy. Śmierć Budzenty to była niepotrzebna ofiara. A wszystko przez niewłaściwy rozkaz! — pozwala sobie Lidka na krytykę.
Chorąży Eugenia Giedo, która prowadzi ewidencję pułkową, wykreśla w spisach pułku poległych, wysyła do rodzin zawiadomienia podpisane przez dowódcę i jego zastępcę do spraw politycznych. Jakże niemiła to misja! Ale ewidencja pułkowa musi być stale aktualna.

Już od tygodnia trwają walki 3 dywizji piechoty na przyczółku. Chorąży Krupicz wspiera natarcie 6 kompanii, która ma zdobyć wzgórze „100”. Ogień prowadzi rozważnie, dobrze obliczając. W natarciu bierze udział na czele swego plutonu cekaemów koleżanka Lorki z oficerskiej szkoły, Hela Junkiewicz. Aż śmiesznie, że ta drobna dziewuszka jest dowódcą i uczestniczy w natarciu.

Biegnie razem ze swoimi żołnierzami przez ściernisko, wokół padają pociski. Żołnierze zalegają na chwilę.

— Za mną! — podrywa ich Helenka. W biegu przechwytuje od żołnierza skrzynkę amunicyjną. Ugina się jednak pod jej ciężarem.

Obok pada ranny kapral Rubaszko. Zarył się w ziemię odrzucony cekaem.

Helena pochyla się nad kapralem.

— Sanitariusz, do mnie! — woła.

Boryka się teraz z cekaemem. Trzeba zastąpić Rubaszkę.

Helenka przyklęka przy cekaemie i strzela seriami.

— Podaj amunicję — rozkazuje najbliższemu żołnierzowi.

Jak to się stało, że powiedziałam mu „ty”? Przecież nie wolno, obowiązuje forma „wy” — myśli szybko chorąży.

Helena jest zmęczona. O zmroku zajęła pozycje wyjściowe do ataku, teraz już dnieje.

Atakujących prowadzi ppor. Dymitr Jonow, dowódca 6 kompanii piechoty. Obok niego uwija się ppor. Mikołaj Awieryn, dowódca plutonu cekaemów 2 kompanii.

Helence w biegu spadła czapka. Rozrzucone jasne włosy zasłaniają oczy. Po twarzy płynie pot.

Wzgórze „100” zostaje zdobyte w ciężkiej kilkugodzinnej walce. Ale Niemcy nie rezygnują tak łatwo z tego dominującego punktu terenowego. Podejmują kontratak. W okopach zajętych przez żołnierzy polskich zapala się słoma, którą były przykryte. Swąd, dym gryzą w oczy. Nękają moździerze niemieckie. Trudno wytrzymać nacisk nieprzyjaciela.

Dowódca batalionu proponuje chorążemu Junkiewicz, by objęła ochronę sztabu batalionu. Helenka pyta:

— A gdybym nie była dziewczyną, czy też musiałabym zejść z pierwszej linii?

I zostaje razem ze swoimi żołnierzami.

Przy moździerzach krzątają się Larysa i Ludwika. Pluton Larysy koczuje z miejsca na miejsce i razi nowo wykryte cele.

Rozedniało. Ucichła walka. Sanitariusze czołgając się zbierają rannych. Zmęczeni żołnierze drzemią w okopach. Przyniesiono posiłek: gęstą zupę, suchary i wodę.

Dziewczęta łapczywie rzucają się na wodę, napełniają manierki. Ach, jak dobrze byłoby umyć się — wzdychają — zrzucić z siebie mundur, wypluskać w Wiśle lub Pilicy. Trzeba koniecznie coś zorganizować. Ludka przysiadła się do Larysy i naradzają się. Ale przede wszystkim dzielą się wrażeniami z walki w nocy.

W pewnej chwili Ludka podnosi lornetkę do oczu i dość rlługo obserwuje zagajnik.

— Popatrz no, Lorka, czy to czasem tam fryce „na stronę” nie chodzą.

— Pokaż, gdzie?

A za chwilę dziewczęta przenoszą wraz z żołnierzami moździerze na „dogodną pozycję” i posyłają kilka granatów w stronę zagajnika.

Lornetki idą w górę. I nagle w okopach rozlega się gromki śmiech.

„...Trzeba było widzieć, jak nieszczęśnicy trzymając, a raczej podtrzymując porcięta umykali z zagajnika co tchu... Nie udało się nam więcej tego powtórzyć — relacjonuje Ludwika Opałka. — Prawdopodobnie znaleźli sobie inne, bezpieczniejsze miejsce...” . (4)MiD WIH, IV/44/160, s. 26.

Przydałoby się i dziewczętom takie „bezpieczniejsze”' miejsce. Co prawda, gdy żołnierze widzą, że chciałyby „na chwilę” zostać same, znikają z pola widzenia. Ale nie zawsze udaje się dziewczętom znaleźć się w ustronnym miejscu.

— No cóż — mówią sobie, by jakoś zamaskować dziewczęcy wstyd — ludzka sprawa...

Myć się jednak trzeba koniecznie. Ulotka dywizyjna głosi: „Dbaj w okopie o wygląd zewnętrzny i higienę osobistą”.

Uśmiechają się dziewczęta: jak dbać — to dbać. Ulotka apeluje co prawda do żołnierzy — mężczyzn. A czymże się one teraz od nich różnią?

Znajduje się więc i woda: przynieśli żołnierze. W końcu jednego z okopów za rozwieszoną peleryną myją się dziewczęta. W tym właśnie momencie nadchodzi dowódca batalionu. Ma, widać, jakąś ważną sprawę, bo kieruje się prosto do okopu Larysy. Drogę zastępuje mu żołnierz:

— Obywatelu kapitanie, dowódca plutonu myje się — melduje, z trudem powstrzymując śmiech.

— Co? — nie zrozumiał w pierwszej chwili kapitan.

— Obywatelka chorąży myje się.

— A... dziękuję wam — kapitan szybko zawrócił.

W 8 pułku często żartują z dowódców-kobiet. Dokuczają dziewczętom, że Niemców oglądają przez lornetkę.

— U nas w pierwszej transzei można ich zobaczyć oko w oko. Może się któryś spodoba. My mamy mało szans — żartują. — Zapraszamy, przyjdźcie!

Larysa jest trochę zła, a równocześnie ciekawa.

Dowódca kompanii kręci niezadowolony głową.

— I po co tam pójdziecie? Pilnujcie swego plutonu —-odpowiada na prośbę Lorki.

Gdy jednak ta zapewnia, że zachowa wszelkie środki ostrożności, zezwala.

Razem z chorążym Bochenkiem Lorka dociera do najbardziej wysuniętego okopu piechoty.

— Wcale ich nie widać — komunikuje szeptem swemu towarzyszowi.

Na przedpolu stoją ustawione w kopki snopy nie sprzątniętego zboża. Lorka ogląda je dokładnie przez lornetkę.

— Dajcie no mi trochę amunicji zapalającej do cekaemu — prosi.

— Nie wygłupiaj się! Siedzą szwaby cicho, a jak zaczniesz strzelaninę bez rozkazu, nie wiadomo, co z tego wyniknie.

— Nie przyszłam tu przecież jako korespondent zagraniczny, by zobaczyć wasze okopy. Mam własne, też w piachu — replikuje Lorka. — No dajcie!

Podali.

Lorka sprawnie zakłada taśmę amunicyjną. Zdejmuje hełm, który spada na oczy.

— Wcale nieźle jej idzie — komentują żołnierze, którzy z zaciekawieniem się przyglądają.

Lorka naciska język spustowy cekaemu: ta... ta... ta... ta.

Zapalają się snopy, a spod nich wyskakują trzej niemieccy żołnierze w koszulach, widocznie urządzili sobie drzemkę poobiednią. Lorka znów naciska język spustowy. Zatrzepotali rękoma i dwaj padają na ściernisko. Jeden ucieka dalej... ' ’

— Jakże ty ich wypatrzyłaś? — pytają oficerowie.

Gdy Lorka wraca do swego plutonu, już wszyscy w batalionie wiedzą o wyczynie. Gratulują jej. Dziewczynie dość ciężko jednak na sercu.

Żarty — myśli. Świadomie, z premedytacją zabiłam dwóch ludzi. A ile oni naszych? — następuje natychmiastowa refleksja. A Majdanek? Nie, nie trzeba o tym myśleć. Trwa wojna. Kto to wie, ilu żołnierzy niemieckich zabiją pociski moich moździerzy...

W nocy z 9 na 10 września na przyczółek przeprawiały się pierwsze czołgi 1 brygady pancernej. Jak w wielu innych jednostkach, tak i w 1 brygadzie służyły dziewczęta.

Przed wejściem jednostki do boju dowódca 1 brygady płk Jan Mierzycan znalazł jeszcze chwilę czasu, by porozmawiać z telefonistkami. Znał je wszystkie i ojcował im. Uprzedzał, że czeka je trudne zadanie. Sytuacja nie była łatwa. Przeprawa czołgów trwała długo. Pod bombardowaniem lotniczym przeprawiały się i dziewczęta. A z chwilą gdy znalazły się na przyczółku, ich zadaniem, było jak najszybsze nawiązanie łączności zarówno między sztabami własnych, jak i współdziałających oddziałów.

W prowizorycznym okopie przy aparacie telefonicznym krzątały się kpr. Irena Szymańska i kpr. Lidia Gaj. Naramienniki dziewcząt były wytarte od ciągłego noszenia tyczek i przenośnych aparatów.

Irena była bardzo zmęczona. Zgłosiła się ochotniczo. Pracowała przez kilka godzin w dziesięcioosobowej grupie rozwijającej łączność.

Na drugim brzegu wśród forsujących rzekę pododdziałów zostały jej koleżanki: plut. Anna Michalak, plut. Janina Czerwonogrodzka, kpr. Helena Kalinowska, plut. Anna Dobrzańska, kpr. Wanda Niewczas, kpr. Władysława Kowalska. Lada chwila i one miały przeprawić się na przyczółek i utrzymywać łączność w czasie boju.

Irka i Lidia, wywołując kolejno podane im kryptonimy jednostek, sprawdzały jeszcze, czy działa linia.

Znikły z pola widzenia pierwsze czołgi. Opodal słychać było kanonadę dział. W kierunku na Basinów, Celinów i Łękawicę sunęły cielska niemieckich ferdynandów. Wspierały je samoloty.

Obok dziewczęcego okopu padła bomba. Przysypała aparat, który Irka i Lidia zaczęły odgrzebywać.

— Trzeba iść na linię. Poczekaj tu, Lidka. Może uda mi się znaleźć uszkodzenie — powiedziała Irka.

Ale już pierwsza próba wyczołgania się z okopu utwierdziła ją, że coś jest nie w porządku. Ból przeszył nogę, promieniował aż do biodra.

— Co u licha tak boli?

— Irka, ty jesteś ranna! Popatrz, ile krwi pod tobą!

— Nic nie czułam. Dopiero, jak chciałam wypełznąć—

Przydał się teraz Irenie kurs sanitarny, który ukończyła w ZSRR podczas pracy w kopalni Makiejewka. Opatrunek nałożyła sama. O wydostaniu się na razie z piekła, jakie rozpętało się na przedpolu Studzianek, nie było mowy. Kiedy Irce zaofiarowano, że przyślą sanitariuszy, odmówiła.

— A kto zostanie z Lidką? Sama nie da rady.

Dopiero po zakończeniu boju Irenę zabrano do szpitala. Na szczęście nogę zdołano uratować, a groziła amputacja.

Wręczając Irenie Brązowy Medal „Zasłużonym na Polu Chwały”, pułkownik Mierzycan uśmiechnął się.

— I kto by pomyślał, że tak dzielnie się spiszesz? Zuch z ciebie! A wiesz, że byłaś pierwszym rannym w tej walce?

Aby dostać się ze sztabu 3 brygady artylerii haubic do 12 pułku, chor. Anna Skalicka, lektor wydziału polityczno--wychowawczego brygady, musi przejść przez ściernisko, na którym leżą dziesiątki nie pochowanych jeszcze trupów. W ciągu dnia nie zdołano ich uprzątnąć. Samoloty nieprzyjacielskie bacznie obserwują teren i bombardują go bez przerwy. Po czterdzieści niemieckich bombowców zjawia się nad naszymi oddziałami i zrzuca swój śmiercionośny ładunek. Trzeba czekać do nocy.

Ale Anna Skalicka czekać nie może. W pułku musi się odbyć instruktaż, trzeba skontrolować pracę instruktora Alicji Dobrzańskiej, przekazać jej materiały do kolejnych zajęć politycznych. Mężczyzn w wydziale polityczno-wychowawczym brygady jest niewielu. Kapitan Muś — zastępca dowódcy brygady — nie daje sam rady, a pozycje pułków są rozrzucone.

Chorąży Skalicka jest jedną z tych, którym praca polityczna weszła od młodości w nawyk. Jako studentka Politechniki Warszawskiej była członkiem OMS „Życie”. W 1937 roku za pracę polityczną wśród studentów Politechniki została aresztowana i osadzona na osławionej Serbii na Pawiaku.

„Nie trafiłam do Berezy tylko dlatego, że nie było tam oddziału kobiecego” — wspomina Anna.

Po ukończeniu politechniki we Lwowie w 1941 roku odbyła marsz pieszy do Troicka na Uralu, gdzie do czasu ochotniczego wstąpienia do 1 dywizji pracowała w Biurze Projektów Przemysłu Cementowego. Niechętnie ją stamtąd zwolniono jako obowiązkowego pracownika.

Chorąży Skalicka wyrusza pod wieczór.

Byle przedrzeć się przez otwarte pole — myśli. W zagajniku będzie łatwiej.

Rozgląda się uważnie i wybiera wolne miejsca między trupami, by podczołgać się kolejne parę metrów.

Słońce krwawo zachodzi. Nad pobojowiskiem krąży rój czarnych natrętnych much.

Gorsze od kul — myśli Ania.

Pozostało jeszcze kilkanaście metrów do skraju zagajnika, gdy nagle Anię coś zatrzymuje. Szarpie się do przodu. Rzemień wyładowanej torby polowej wpija się w ramię.

Ani ściska się gardło. Szybko odwraca głowę: to rzemyk torby zaczepił o bosą, opuchniętą, czarną już nogę trupa.

Anka zrywa się i już nie zwracając uwagi na zachowanie ostrożności dobiega do zbawczego zagajnika. Zatrzymuje się przy pierwszym drzewie, nie mogąc złapać tchu.

Powoli się uspokaja.

Bzz... bzz... bzz... — dochodzi i tu brzęczenie much.

Tam leżą przecież czyiś synowie... czekają na nich matki — myśli Ania i rusza w dalszą drogę. W sztabie pułku prosi pierwszego napotkanego żołnierza:

— Dajcie trochę wody do umycia rąk...

Początkowo z niepokojem, a później z szacunkiem patrzą dowódcy na przeżycia kobiet przy zetknięciu się z polem bitwy. Raczej niechętnie pozwalają im na pobyt w pierwszej linii okopów. Mimo że kobiety wykazują wiele hartu i odwagi, tylko w koniecznych wypadkach godzą się na ich udział w walce. Nieliczne więc — przede wszystkim dowódcy plutonów — trwają na przyczółku, na który coraz częściej docierają wieści, że jednostki polskie mają być zluzowane.

W dniach 13—14 września następuje przegrupowanie wojsk do rejonu Warszawy.

 

W PŁONĄCEJ WARSZAWIE

 

Wiadomości o powstaniu w Warszawie dotarły do żołnierzy 1 armii WP tuż po jego wybuchu. Nic więc dziwnego, że rwali się do boju, by pomóc walczącej stolicy. Nie w pełni jednak zdawali sobie sprawę ze skomplikowanej sytuacji operacyjnej nacierających oddziałów Armii Radzieckiej, a u ich boku 1 armii WP.

Wróg był jeszcze silny i stał na lewym brzegu Wisły w pełnej gotowości bojowej.

Opuszczające przyczółek warecko-magnuszewski oddziały 1 armii WP, luzowane przez dywizje radzieckie, zostały teraz przerzucone w pośpiesznym marszu w okolice Warszawy na prawym brzegu Wisły.

Jeszcze 9 września Anin, Wawer, Marki, Jabłonna i Legionowo są w rękach niemieckich. Ciężkie walki — wraz z wojskami radzieckimi — prowadzi 1 dywizja piechoty.

W jej szeregach są i fizylierki 1 kompanii, które nie rozstają się z dywizją od bitwy pod Lenino. Ochraniają dywizyjne magazyny, składy amunicji, sztab. Jakże zmieniły się w ciągu tego roku! Na naramiennikach wielu z nich widnieją już dystynkcje podoficerskie. Już nie obserwują ze strachem, gdzie pocisk padnie. Wiedzą, że wszystko musi być należycie zamaskowane, a one same muszą stać w takim miejscu, skąd obserwacja jest łatwa a im samym nie zagraża niebezpieczeństwo. I jeśli blisko posterunku wartowniczego kręcą się ludzie, zdradzając strzeżony przez nie obiekt, przeganiają ich.

Dziewczęta nabrały wprawy i otrzaskały się z prawami wojny. Przeżyły już walki pod Puławami i Dęblinem.

Gorąco w pododdziałach 1 DP. Pięć dni i nocy trwające walki przynoszą wyzwolenie Pragi. Z piwnic i ze schronów wychodzą mieszkańcy. Jakże są wynędzniali, jak przerażeni i z jaką radością witają wyzwolicieli!

W latach wojny rodziny rozstawały się nieoczekiwanie, teraz wszyscy szukają swych bliskich, rozpytują się o nich. Kobiety zaglądają w twarz żołnierzom, jakby chciały kogoś rozpoznać.

W tych praskich dniach zdarzają się i cudowne spotkania. Oto jedno z nich:

Podporucznik Mieczysław Cegielski otrzymał zadanie wybrania punktu obserwacyjnego dla dowódcy 12 pah. Zainteresowała go biała chusteczka, wysunięta z okienka piwnicy na wpół rozwalonego domku na Grochówie.

— Czyżby Niemcy? — pytają dwaj towarzyszący mu żołnierze.

Cegielski podchodzi bliżej, przyklęka i słyszy z piwnicy jęk.

— Jest tam kto? Hande hoch!

— To ja, jestem sama — dobiega cichy głos kobiecy.

Kiedy żołnierze wkraczają do piwnicy, oświetlając sobie drogę latarką, zastają tam wciśniętą w kąt kobietę. Nie może się ruszyć. Od wielu dni nie jadła. Mówi urywanym, cichym głosem. Biorą ją na ręce i układają na ulicy.

— Skąd się pani tu wzięła, kto pani jest? — pyta Cegielski.

— Mietek — słyszy swoje imię — to ja, Zosia, twoja siostra!

— Zocha! — Podporucznik klęka przy niej.

— Tak, to ja. Ale nie dotykaj mnie! Jestem brudna, chora.

Zosia jest całkowicie wyczerpana. Raz po raz suchy kaszel wstrząsa dziewczyną. Ogromne, czarne oczy smutnie patrzą na brata.

Uciekła z łódzkiego getta do Warszawy, do znajomych. Umieścili ją tu, u dobrych ludzi. Od tylu lat siedziała w piwnicy, chorowała, gorączkowała. Sprowadzili lekarza — stwierdził gruźlicę. Przed kilkunastu dniami jej gospodarze ewakuowali się. Nie miała siły iść z nimi, bała się, że zobaczą ją Niemcy. Gospodarze zostawili jej jedzenie — ale szczury wszystko zjadły. Kiedy ucichły walki, dopełzła do okienka i wywiesiła chustkę. To była ostatnia nadzieja.

Ciężko chorą dziewczynę odwieziono pierwszym samochodem, który jechał w stronę Lublina.

Nie pomogły zabiegi lekarzy w wojskowym szpitalu; w Lublinie 11 listopada cudem odnaleziona Zosia umarła.

„...Kiedy odwiedziłam ją po raz ostatni w szpitalu, wcisnęła mi w rękę mały pieniążek, na którym przeczytałam (1)Z pamiętnika St. S. : »Ghetto — Litzmannstadt«...”. 
Po wyzwoleniu Pragi przybyłe spod Warki związki taktyczne 1 armii WP zluzowały radzieckie oddziały biorące udział w walkach na kierunku Pragi oraz 1 dywizję; piechoty i zajęły obronę nad Wisłą; 2 dywizja piechoty — naprzeciw Żoliborza; na południe od niej — do mostu Poniatowskiego — 1 brygada kawalerii; na Saskiej Kępie — 3 dywizja piechoty. 1 DP przeszła do drugiego rzutu i ześrodkowała się w rejonie Rembertowa.

Próby przedarcia się przez Wisłę podjęły już w nocy z 14 na 15 września oddziały 1 dywizji. (2)Por. Wybrane operacje... s. 177—181, a także J. Margules, Przyczółki warszawskie, Warszawa 1962. 

Żołnierzom, którzy zajęli teraz obronę nad Wisłą, stał przed oczami straszny obraz płonącej Warszawy.

Już 45 dni trwała nierówna walka bohaterskich warszawiaków z doskonale uzbrojonym nieprzyjacielem. Siły powstańców słabły z dnia na dzień. Brak było broni, amunicji, żywności, wody. Po upadku Starego Miasta i Powiśla w pierwszych dniach września, powstańcy utrzymywali odosobnione ośrodki oporu: na północy — Żoliborz, na południu (2 km nad Wisłą) — ośrodek do ulicy Czerniakowskiej, Śródmieście i Mokotów.

W nocy z 16 na 17 września w sztabie 2 dywizji zjawiła się łączniczka AK Helena Mocarska, ps. „Struga”, która wraz z łącznikiem AL, Karolem Więckowskim, ps. „Karol”, przepłynęła Wisłę. „Struga” była bardzo wyczerpana. Dokonała nie lada wyczynu — płynęła w nocy pod ostrzałem, znoszona nurtem rzeki. Gdy wyszła na brzeg wraz z „Karolem”, nie miała odzieży, która utonęła. Żołnierze okryli' ją płaszczem, zanim dostała w sztabie umundurowanie. Helena Mocarska pracowała później w wydziale polityczno--wychowawczym 2 dywizji. Skromna, poważna, z niechęcią mówiła o swym czynie, choć wzbudzał on powszechne uznanie i w pełni zasługiwał na miano bohaterstwa.

Helena opowiadała o szczegółach walki powstańców w Warszawie, skąd bez przerwy słychać było huk dział, wybuchy bomb zrzucanych systematycznie przez niemieckie samoloty.

Nad Warszawą stał jeden wielki słup ognia i dymu.

Z pośpiesznie zajętych stanowisk artylerii 1 armii WP padały już pociski na lewy brzeg Wisły. Ściągały pododdziały wyznaczone do forsowania. Na czele swoich plutonów w 7, 8 i 9 pułkach 3 DP przygotowują się do forsowania również kobiety.

Środków przeprawowych było niewiele, a zejście do nich utrudniał ogień. Gęsto padały pociski.

Jako pierwszy ma przepłynąć przez Wisłę 9 pułk, który zgrupował się na ulicach Obrońców i Zwycięzców. Dowódca 3 kompanii moździerzy 82 mm podporucznik Janina Błaszczak sprawdza jeszcze, czy wszystko przygotowano do przeprawy.

W nocy z 16 na 17 września część 3 batalionu, w którym służy Błaszczak, przeprawia się przez Wisłę. Teraz kolej na jej kompanię.

Wzmaga się ostrzał nieprzyjacielski. W powietrzu wiszą rakiety i mimo usilnych starań Jance nie udaje się przeprawić kompanii.

Wśród przeprawiających się nie brak i oficerów polityczno-wychowawczych.

Zastępca dowódcy do spraw pol.-wych. kompanii fizylierów 9 pułku jest porucznik Lucyna Hertz. Stanowisko to objęła zaledwie trzy miesiące temu, a już potrafiła zaskarbić sobie pełne zaufanie i sympatię żołnierzy, którzy gotowi są za „swoją” porucznik w ogień skoczyć.

Lusia jest nieduża i wysoko zadziera głowę, patrząc na swych podwładnych, którzy bez wahania słuchają każdego jej rozkazu. Zniewala pogodą, rozsądkiem i imponującą odwagą, o której krążą legendy w całej 1 armii, do której Lucyna Hertz wróciła po „stażu” partyzanckim w oddziale Armii Ludowej majora Klima.

I oto zbliża się chwila próby. Lucyna żartuje jeszcze z żołnierzami, że w czasie przeprawy naleje się jej woda do dziurawych butów, których nie zdążyła wymienić po marszach partyzanckich.

Jest 17 wrzesień, godzina 5.00, gdy Lusia wraz ze swymi żołnierzami, czołgając się po piaszczystym brzegu, pod silnym ostrzałem zeskakuje do łodzi, która ma przewieźć ich na przyczółek na lewym brzegu Wisły. Prawie nie widać jej wśród rosłych fizylierów, którzy z trudem odpychają łódź od brzegu.

Wzmaga się ostrzał nieprzyjacielski. I nagle trafiona łódź przewraca się. Powstaje zamieszanie, słychać krzyk.

— Nasza porucznik... — wołają żołnierze i rzucają się na pomoc.

Lusia jest ciężko ranna w obydwie nogi.

Po miesiącu nad mogiłą Lusi płaczą starzy, zahartowani żołnierze.

Wojna zabrała skromną, bezpośrednią, wesołą, mądrą i życzliwą ludziom dziewczynę, o której kiedyś Lucjan Szenwald powiedział: „Warto żyć, gdy są takie dziewczęta na świecie”.
18 września o godzinie 3.30 kompania Janiny Błaszczak zajmuje ponownie pozycje wyjściowe do forsowania Wisły.

Mija godzina. Ogień niemiecki jest tak silny, że nie można głowy podnieść, a cóż dopiero zejść do czekających łodzi.

Gdy przycicha, kompania schodzi do łodzi. Już jeden pluton z moździerzami jest na wodzie.

W niebo wystrzeliły rakiety oświetlające i znów wzmaga się ogień. Do brzegu dobija pododdział, który przed chwilą znalazł się na wodzie; jest trzech rannych. Żołnierze patrzą na Jankę, która spokojnie schodzi do łodzi i płynie razem z trzecim plutonem wśród gradu pocisków.

Jeszcze parę metrów i już lądują na lewym brzegu. Przypadli do ziemi. Łódź wraca z powrotem. A teraz biegiem, kryjąc się za węgłami domów, zameldować się u dowódcy.

Tej nocy przerzucono ponadto na przyczółek 63 żołnierzy, 2 działa 45 mm, trochę amunicji i żywności.

Rano, po zorientowaniu się w sytuacji podporucznik Błaszczak wybiera dla siebie punkt obserwacyjny przy ulicy Idźkowskiego 4, skąd kieruje ogniem moździerzy, przenosząc go do wykrytych i obserwowanych celów. Taki ogień jest szczególnie skuteczny w walkach ulicznych. Szybko jednak orientuje się, że granatów jest niewiele — zaledwie 40 na moździerz, a nadzieja na uzupełnienie nikła. Pod wściekłym, huraganowym ogniem coraz trudniej przerzucić na przyczółek siłę żywą i amunicję. Ciągłe natarcia czołgów i piechoty niemieckiej na domy zajęte przez powstańców i przerzucone siły 1 armii WP przynoszą coraz większe straty.

Każde okno zabudowrań zionie ogniem. Między domami czołga się lekarz 9 pułku dr Maria Pomper. Środków opatrunkowych ma niewiele, a rannych jest coraz więcej. Dr Maryjka przeciąga rannych między przejściami domów, by przenieść ich w bezpieczniejsze miejsce. Wokół rozrywają się granaty. Nieustraszoną ostrzegają żołnierze:

— Nie wolno między domami, jesteśmy pod obserwacją.

— Lepiej daj, synku, manierkę, nabiorę wody.

Dopełza do studni. Już wypatrzyli ją Niemcy; obrzucają granatami. Z rozbitej manierki wycieka woda. Przyciskając palcem uszkodzenie, dr Maryjka czołga się z powrotem do swoich rannych.

Chyłkiem przebiega koło domu łączniczka powstańcza Ela (3)Nazwiska nie udało się ustalić. i zatrzymuje się obok dr Maryjki:

— Tam w następnym domu jest ośmiu rannych, nie mamy opatrunków. Przyjdźcie, doktorze.

I szybko odpełza w bok, by przepuścić lekarkę.

W piwnicy domu leży na podłodze nie ośmiu, lecz już dwudziestu ośmiu rannych, a wśród nich kobiety i dzieci. Ostry, duszący zapach siarki palącej się w fabryce farb powoduje kaszel rannych. Jęczą, krwawią.

— Trzeba ich stąd ewakuować — mówi dr Maryjka. — Ale jak to zrobić?
Pierścień okrążenia zacieśnia się coraz bardziej wokół ośrodka powstańczego. Niemcy atakują bez przerwy. Raz po raz podchodzą czołgi, które ogniem na wprost burzą domy. Walą się ściany, stropy, przysypując rannych.

Podporucznik Błaszczak wystrzelała już swoje granaty. Milkną moździerze. Janka opuszcza swój punkt obserwacyjny.

19 września około godziny 9.00 Niemcy podejmują uderzenie od strony Mącznej wzdłuż ulicy Solec. Mimo że artyleria z prawego brzegu silnie ostrzeliwuje, zajmują dom przy ulicy Solec 35. W na wpół rozwalonym domu przy tej ulicy pod numerem 39 mieści się dowództwo oddziału majora Łatyszonka. Jest tam i dowódca plutonu strzeleckiego chorąży Paulina Podgórska. Zza framugi okna prowadzi ogień do nacierających Niemców. Są coraz bliżej i zagrażają już pobliskiej barykadzie.

Paulina sięga po granaty. Dym przysłania cele, wypatruje więc, gdzie pojawiają się Niemcy, i z zaciśniętymi zębami rzuca granat za granatem.

Na czele swojej kompanii kontratakuje ppor. Błaszczak. Kontratak ten wspiera jedyne działko barykady, obsługiwane przez dowódcę plutonu chor. Huberta; on jeden pozostał z całej obsługi.

Niemcy wycofują się i prowadzą ostrzał zza węgłów.

Byle chwilę dali odpocząć — myśli Janka.

Z prawego brzegu wciąż podejmowane są próby forsowania Wisły. Pod nieprzerwanym ogniem płyną łodzie. Na przyczółek między mostem Poniatowskiego i mostem Kierbedzia dotarła już część 8 pułku piechoty.

Chor. Krupicz i chor. Opałka otrzymują polecenie zabezpieczenia forsowania. Ustawiły już swoje moździerze i czekają na sygnał rozpoczęcia ognia.

Był ranek 19 września. Dowódca batalionu nakazał, by żołnierze z plutonu Larysy i Ludki donieśli granaty. Długo jakoś nie wracali i wtedy dowódca rozkazał Lorce i Ludce „iść za plutonem”.

.....Zaledwie odeszłyśmy o 300 metrów, gdy nagle tuż koło nas zaczęły wybuchać pociski. Upadłyśmy i czekały, kiedy to się skończy. Przysypała mnie trochę ziemia, wygramoliłam się jednak jakoś i zobaczyłam, że koleżankę ziemia zupełnie zasypała. Zaczęłam szybko rozgrzebywać ją rękami. Była cała...” — wspomina Larysa. (4)Relacja por. rez. Larysy Żakowicz, MiD WIH, IV/44/133, s. 11. 

Biją moździerze naszych dziewcząt, które patrzą z podziwem na bohaterskie zmagania żołnierzy podejmujących forsowanie. Padają liczni ranni. Felczerzy pułku: chor. Polina Powalej i st. sierż. Stefania Sosnowska nie mogą nadążyć z ich opatrywaniem.

Ci, którzy powracają z lewego brzegu, przynoszą trwożne wieści. Siły powstańców szczupleją z każdą chwilą. Nieliczni zdolni do walki żołnierze dokonują cudów bohaterstwa na wciąż zwężającym się przyczółku. Jest coraz więcej rarinych i zabitych. Wokół szaleje ogień. Zza każdego załamka muru strzelają niemieccy strzelcy wyborowi. Czołgi podchodzą coraz bliżej domów zajętych przez powstańców. Zgrupowanie broniących się zostało rozcięte na dwie części. Brak amunicji, wody, żywności.

„...Jedyną naszą pociechą był silny ogień artyleryjski z prawego brzegu, wywoływany przez okrążonych i wciąż podejmowane próby zasilenia nas świeżymi siłami” — wspomina Janina Błaszczak. (5)MiD WIH, IV/44/136, s. 4. 

19 września o godz. 16.00 (6)Por. relacja kpt. Mariana Kowalczyka, MiD WIH, IV/44/161 s. 2.  wskakuje do łodzi razem ze swym plutonem cekaemów chorąży Helena Junkiewicz. Wśród rozrywających się pocisków udaje się jej jednak osiągnąć drugi brzeg.

Idą w ruch cekaemy. Między mostem Poniatowskiego a mostem kolejowym walka jest niezwykle zacięta. Pod osłoną dział pancernych i czołgów przeważające siły Niemców coraz mocniej nacierają na obrońców tego skrawka ziemi.

O godz. 23.00 przychodzi rozkaz wycofania się. Przed żołnierzami szeroka Wisła i niewiele łódek. Cekaemiści Helenki ostrzeliwują się, wycofując się na brzeg. Już są na samym brzegu. Przed nimi Niemcy, za nimi nurty Wisły.

Żołnierze skaczą do wody. Ratuje się, kto może. Pada kolejny pocisk. Wzbija się słup wody i za chwilę opada.

„...O śmierci Heli dowiedziałem się, gdy moja jednostka, 5 pp, była koło Rembertowa.

Szukałem wtedy jakichś śladów po niej, ale niczego nie znalazłem.

Po wojnie też szukałem jej grobu, lecz nie znalazłem... — pisze w liście z 9 lutego 1964 roku brat Heleny, Stanisław Junkiewicz. ...Proszę Panią bardzo, w imieniu rodziców i rodzeństwa, niech nam Pani napisze... czy istnieje jakaś Jej mogiła?...”. (7)MiD WIH, IV/44/161, s. 3.

Chorąży Helena Junkiewicz wraz ze swymi żołnierzami utonęła w nurtach Wisły. Jej symboliczny grób znajduje się na cmentarzu powstańczym na Woli w Warszawie.

W tymże czasie wśród przygotowujących się do przeprawy pododdziałów 7 pułku piechoty jest i pluton chorążego Anieli Pielech. Anielka zdaje sobie sprawę, że z tej wyprawy może nie wrócić. Pragnie pożegnać się z koleżankami: Irką Kruszewską i Olą Gołębiowską.

— Anielka, masz stracha? — pyta Irka.

— Nie, nie bardzo.

— No tak, ty masz męża. Będzie nad tobą czuwał.

— Mąż odpowiada za swoich ludzi, ja za swoich. A wiesz, jak to ciężko z tymi chłopami. Na bohaterstwo się jednemu z drugim zbierze, a potem odpowiadaj za nich, że bez rozkazu poszli.

— No, no, nam nie musisz tłumaczyć.

Rozstały się, wymieniając adresy, kogo w razie śmierci należy zawiadomić.

Anielka postanawia jeszcze pożegnać się z mężem, choć dowódca batalionu jest stanowczo przeciwny, by opuszczała swój pluton i szwendała się pod ogniem.

Anielka czołga się do męża. To przecież niedaleko.

Pada pocisk.

Za chwilę podbiegają do Anielki sanitariusze. Leży wśród kałuży krwi, która płynie z oberwanej powyżej kolana nogi. Po paru dniach, już w szpitalu, Aniela dowiaduje się o śmierci męża. (8)Relacja ppor. rez. Anieli Pielech, MiD WIH, IV/44/138, s. 7—8.

W jednej z rozdzielonych grup na przyczółku są chorąży Podgórska, podporucznik Błaszczak i porucznik Pomper. Szanse obrony są coraz mniejsze. Zaciska się pierścień okrążenia. Na ulicy Idźkowskiego Niemcy wdzierają się do domów, w których bronią się do upadłego powstańcy. Toczy się walka o każde piętro, o każdy pokój.

W miarę narastania przewagi niemieckiej obrona polska przesuwa się coraz bardziej w kierunku Wisły i skupia wokół domów na Solcu.

To już czwarty dzień walk z przeważającymi pod każdym względem siłami nieprzyjaciela. Coraz mniej żołnierzy jest zdolnych do walki. Wyczerpują się już nawet granaty ręczne. Pozostaje tylko ostrzeliwanie się z pistoletów maszynowych i pistoletów z bliskich odległości, do pewnych celów. Ogień, dym, huk rozrywających się pocisków i granatów nieprzyjacielskich, jęki rannych wyczerpują coraz bardziej ich siły.

Powstańcze sanitariuszki nie nadążają z opatrywaniem rannych. Dr Maryjka, jak i inni lekarze powstańczy, jest bezradna wobec ciężkich przypadków ranień, wymagających natychmiastowej amputacji, skomplikowanych operacji. Zapas morfiny dawno się wyczerpał.

„...W dniu 19 września około godz. 11-ej rano koledzy powstańcy dali mi znać — relacjonuje dr Zygmunt Grzegorski, lekarz zgrupowania kapitana »Kryski« — że jakaś porucznik mnie poszukuje. Było to na ulicy Solec 39, zgłosiłem się i tak poznałem dr Marię Pomper. Nasza znajomość była dość osobliwa, bo zaczęła się kłótnią. Dr Pomper z miejsca zaczęła mi wymyślać, że ranni leżą na ziemi, że nie opatrzeni, że tężec, że gangrena itp. Ja, będąc wyczerpany fizycznie i nerwowo, dość ordynarnie odpowiedziałem. Dr Pomper oburzona pobiegła do sztabu, który mieścił się na Solec 59 w piwnicy. W trakcie gdy dr Pomper biegła do sztabu, snajper niemiecki ranił ją w okolicy serca. Żołnierze, którzy widzieli ten wypadek, przynieśli dr Pomper na mój punkt opatrunkowy. Dr Pomper bardzo cierpiała. (9)Z listu dr. Zygmunta Grzegorskiego, lekarza bat. „Tur”, pluton 1140 zgrupowania kpt. „Kryski”, z 15 grudnia 1964 r. Nastąpił wylew wewnętrzny i dr Pomper ze wspomnieniem syna na ustach umiera...”. 

W tym czasie grupa żołnierzy 9 pułku z ulicy Idźkowskiego otrzymuje rozkaz przedostania się na Solec, do sztabu majora Łatyszonka.

Była w tej grupie Janka Błaszczak. Oto jej relacja:

„...Czołgaliśmy się 800 metrpw po gruzach i między kulami. Dłonie i kolana zdarte były do krwi... W gruzach leżeli martwi koledzy, a w zaułkach czaili się obłąkani. Zatraciłam poczucie rzeczywistości. Obok mnie czołgał się kpt. Olechnowicz z kilkoma oficerami. Cudem wyrwał się i również dołączył do mjr. Łatyszonka. Resztkami sił utrzymywaliśmy skrawek przyczółka.

Stałam, ostrzełiwując róg kamienicy, na którą parli Niemcy, gdy padł granat i ranił mnie...

Nie wiem, co było dalej, oprzytomniałam w sztabie mjr. Łatyszonka; kochane sanitariuszki warszawianki pomogły mi ocaleć...”. (10)MiD WIH, IV/44/136, s. 3—4.

W związku z coraz silniejszym natarciem Niemców i niemożliwością odparcia ich ataków przez wyczerpanych do ostateczności obrońców przyczółka — sztab 1 armii zarządził ewakuację pozostałych obrońców przyczółka oraz rannych na prawy brzeg Wisły. Oto dalszy ciąg relacji Janiny Błaszczak z wydarzeń w dniu 21 września:

„...Czekałam razem z innymi na łódkę. Setki ludzi usiłowało przepłynąć na deskach, drzwiach, a silniejsi i lżej ranni szli wpław.

Każda pojawiająca się łódź oblegana była przez silniejszych. Obok mnie ktoś przemknął z radiostacją i zatrzymał się, nadając wiadomości. Niemcy szybko go wykryli i skierowali ogień na radiostację. Byłam obok, miałam nadzieję, że ktoś mnie zawlecze na zbliżającą się łódź...”. (11)Tamże.

Wówczas Janka zostaje ranna po raz wtóry — w twarz.

Niemcy byli coraz bliżej. Nagle zapadła cisza i tylko z wody przy brzegu Wisły raz po raz wychylały się głowy tonących.

Janka i Paulina - wraz z grupą powstańców - dostały się do niewoli.

Ranną Janinę Błaszczak uratowały nie znane z nazwiska kobiety z Pruszkowa, przebierając ją w cywilne ubranie i umożliwiając ucieczkę.

W styczniu 1945 roku podporucznik Janina Błaszczak kulejąc, z twarzą poznaczoną licznymi bliznami, zameldowała się w sztabie 3 dywizji, skąd skierowano ją na wykładowcę do Szkoły Oficerów Politycznych w Lublinie, a potem w Łodzi.W meldunku telefonicznym mjr. Fischera, szefa oddziału operacyjnego grupy bojowej Reinefartha, z 23 września znajdujemy wzmiankę:

„...Wśród jeńców znajduje się między innymi polska kobieta, która została wyszkolona w Tarnopolu na dowódcę plutonu...”. (12)J. Margules, óp. cit., s. 220.

Mylił się Fischer. — nie w Tarnopolu, lecz w Riazaniu ukończyła szkołę oficerską Paulina Podgórska. O nią tu bowiem chodziło. Według jej relacji ustnej, po przesłuchaniu została wraz z powstańcami wywieziona do obozu w Stutthofie, gdzie przebywała do wyzwolenia.

Wydawany przez wydział propagandy Głównego Zarządu Polityczno-Wychowawczego WP „Biuletyn Sławy” (13)CAW, Prasa, tecz. 42. w numerze 5 z dnia 28.9.1944 roku pod tytułem „1-sza Armia Wojska Polskiego w walce o Warszawę” pisał m.in.:

„Bohaterowie służby zdrowia. 

...Prawdziwym bohaterem jest ppor. Baczyńska, dowódca plutonu sanitariuszy, która przez cały czas znajduje się na pierwszej linii, organizując ewakuację rannych. Wynosiła ona również sama rannych. Jak mówią żołnierze: »jej kule się nie imają«...”

„...Braciszewska Maria wynosiła rannych z najniebezpieczniejszych miejsc: szła pod najcięższy ogień, niosąc pomoc żołnierzom. Została ciężko ranna.,.”

„Kobieta — rycerz.

To była jedna z najcięższych nocy na przyczółku. Niemcy, przygotowując atak bili mocno z dział i od pocisku artyleryjskiego zapalił się skład siarki. Buchnął w górę jasnofiolętowy słup ognia i straszliwy, duszący dym począł sunąć po ziemi. Gaz dostawał się do płuc, powodując kaszel i dusząc, wiercił w nosie i wyciskał łzy z oczu. Na szczęście wiatr-dobroczyńca odwrócił się w stronę Niemców, wywołując tam istną panikę. Stworzyła się taka sytuacja, że Niemcy pospiesznie opuszczali domy, położone w pobliżu ogniska pożaru, a nasi żołnierze nie mogli ich zająć... byliśmy bez masek przeciwgazowych.

Na skrzyżowaniu stanął »Tygrys« i bił w mur stojący opodal PD oddziału, by poczynić w nim przejście dla niemieckiej piechoty. Żołnierze nasi, już ogromnie wyczerpani ciągłym odpieraniem wściekłych kontrataków niemieckich, pośpiesznie budowali zapasowe barykady, z braku innego materiału, z worków z cukrem. (Opodal były wielkie składy). PD był w niebezpieczeństwie. Ppor. Janina Błaszczak — dowódca kompanii, przeprawiwszy się wraz ze swymi moździerzowcami, pospiesznie zajmuje stanowisko ogniowe, pod nieustannym ostrzałem niemieckich moździerzy. W tej chwili, gdy Niemcy rozpoczynają natarcie, cała jej kompania bierze już udział w odpieraniu go. Nieustraszona, spokojna jak posąg stoi wśród wybuchów i osobiście kieruje ogniem. Z rozwianymi przez wiatr włosami, wygląda jak bogini zemsty.

— Chłopcy! Trzeba strzelać celnie, by ani jedna mina nie przepadła.

W odpowiedzi na to plut. Gibas posyła minę na grupę dziesięciu Niemców. Pada w sam środek. Sześciu zabitych. Pozostali uciekają.

 

Moździerzowcy posyłają swemu dowódcy pełne oddania spojrzenia, czerpiąc odwagę z tej postaci, wspaniałej pięknością kobiety i nieustraszonością dowódcy.

— Obywatelko poruczniku! Wejdźcie do schronu. Wszyscy prosimy o to.

Kręci tylko przecząco głową i uśmiecha się. W ogień polazłbyś, gdy tego zażąda.

Podczas przeprawy przez rzekę pocisk artyleryjski rozbił łódź z amunicją i teraz zabrakło min w chwili, gdy Niemcy byli już tak blisko, iż zdawało się, że czuć odór wódki z ich obrzękłych pysków. Lecz moździerzowcy to nie byle co. Pod dowództwem swojego porucznika do wszystkiego są zdolni. Ppor. Błaszczak wie o tym. Wie, że jej chłopcy równie dobrze strzelają i z automatu, a i trzepnąć fryca po łbie kolbą każdy będzie rad.

Zagarniając pod swoje dowództwo grupę żołnierzy pozbawioną oficera, woła:

— Do ataku! Za mną!

Chwyta swój automat i biegnie.

— Jezu — krzyczy ktoś — jeszcze ją zabiją! — I biegnie szybciej, by choć własnym ciałem zasłonić w potrzebie.

Złość zalewa serca, że zębami Niemca rwać będą, gdy dopadną.

Ale Niemcy nie tacy głupi. Wiedzą, że tu nie przelewki. Furia, z jaką kontratakują moździerzowcy, przeraża ich i podają tył. Rozpoczyna się krwawy pościg.

Obok ppor. Błaszczak rozrywa się niemiecka mina. Pięć odłamków w nogę, jeden w twarz. Lecz i to nie powstrzymuje jej. Mocniej ściska automat w ręku i biegnie, pozostawiając za sobą krwawe ślady.

Kontratak odparty... Kompania zajmuje pozycję. Dopiero wtedy, na krańcu przytomności, opuszcza dowódca kompanię.Wiele Polek — gorących patriotek, zna historia nasza. Ppor. Janina Błaszczak wejdzie w ich plejadę. Będzie żyła w pamięci żołnierza jako wzór kobiety — Polki, zdolnej do największych poświęceń w imię miłości Ojczyzny, kobiety — bojowniczki o wolność swego narodu.

(S. Klimczak, por.)”

Do ostatniego pocisku walczyli żołnierze 1 armii WP o przyczółki warszawskie. Z ogólnej liczby 2614 ludzi przeprawionych z 2 i 3 dywizji w dniach od 16 do 23 września 1944 roku na lewy brzeg Wisły ewakuowano z powrotem na prawy brzeg 627, w tym 289 rannych. Pozostali polegli bądź dostali się do niewoli.

W tym samym czasie na wschodnim brzegu Wisły od ognia artylerii i moździerzy niemieckich w jednostkach 1 armii było 280 zabitych i 1178 rannych. (14)Por. J. Margules, op. cit., s. 223—224.

Powiększyli oni ogromne — dwustutysięczne straty całego Powstania Warszawskiego.

 

BOJOWA SŁUŻBA NA TYŁACH ARMII

 

Batalion kobiecy przeniesiono na wyzwoloną Pragę w czwartek, 12 października 1944 roku. (1)Pierwszy rozkaz dzienny batalionu nr 367 z Pragi datowany 13 października 1944 r., CAW, III-138, tecz. 32. W zestawieniach liczbowych stanu Wojska Polskiego, wg danych z 25 września 1944 r., opracowanych przez Dowództwo Mobilizacji i Formowania, batalion kobiecy występuje w jednostkach bojo-wrych. Por. Rozkaz nr 16 z 30 września 1944 r., Organizacja i działania bojowe ludowego Wojska Polskiego w latach 1943— 1945, Warszawa 1958, t. I, s. 198.

Droga na Pragę prowadziła z Ukrainy (Żeleźniaki koło Trojanowa, Chopniów, Kiwerce) przez Krzywdę i Pilawę, gdzie były kolejne miejsca postoju batalionu.

Platerówki pełniły przez cały czas służbę wartowniczą nie tylko w tych miejscowościach, lecz w promieniu 15 i więcej kilometrów, przy magazynach i obiektach 1 armii WP.

Zahartowane w służbie, marsżach i na ćwiczeniach, które stale przeprowadzano w batalionie, zdobywały pochwały, a za dobre pełnienie służby niejednej przybywały na naramiennikach belki kaprala czy plutonowego.

W końcu lipca, podczas postoju w Kiwercach, dowództwo batalionu objął ponownie — tym razem już w stopniu kapitana — Aleksander Mac. Dziewczęta przyjęły go serdecznie.

Uzupełnienie w liczbie 30 dziewcząt (2)CAW, III-138, tecz. 35, s. 51., które zostały skierowane do batalionu z Ośrodka Formowania, szkolono w przyspieszonym tempie.

Jak w każdej jednostce wojskowej, tak i w batalionie kobiecym dni wypełnione zajęciami i pracami porządkowych przynosiły nieraz nieprzewidziane wydarzenia.

Wypadków nadzwyczajnych wynikłych z nieostrożnego obchodzenia się z bronią było w batalionie stosunkowo niewiele w czasie jego ponad dwuletniego istnienia, a jeśli się zdarzały, jak na przykład w wypadku śmierci szeregowej Janiny Osiniak, były wynikiem wyjątkowej lekkomyślności.

Od chwili wręczenia broni w lipcu 1943 roku platerówki oswoiły się z nią i poza tym, że używały jej w koniecznych wypadkach na posterunkach wartowniczych, stałą ich troską było jej czyszczenie.

Bo też przyznać trzeba, że dziewczęta — dowódcy plutonów — osobiście sprawdzały czystość automatów. I jak to z bronią bywa, nigdy nie wiadomo, skąd się nagle bierze kurz bądź — co gorsza — rdza, której żołnierz czyszczący broń jakoś nigdy sam nie zauważa. Za to zawsze dostrzegają ją przełożeni.Krążyło więc po batalionie powiedzonko: „Boże broń, jeśli u Broni rdza na broni”.

Na szczęście nie było jej nigdy zbyt wiele. Platerówki bowiem, nauczone dbałości o swoje uzbrojenie, nie lekceważyły tych spraw. W żadnym z rozkazów batalionu nie znaleziono nawet wzmianki o ukaraniu którejś za nie doczyszczoną broń. Broń stała się ich towarzyszką i w pełni doceniały tak umiejętność posługiwania się nią, jak i bezpieczeństwo, które im gwarantowała.

Na terenach objętych zasięgiem działań band pohitlerowskich nieraz zachodziła potrzeba użycia pepeszy.Od 17 lipca batalion kobiecy podzielony na grupy objął służbę wartowniczą przy kwatermistrzostwie armii: plutony: zwiadowczy i cekaemów — w Lublinie,

1 pluton 1 kompanii strzeleckiej “ — w Łukowie, reszta 1 kompanii oraz 2 kompania — w Kiwercach.

I właśnie w Kiwercach wartowniczki (w związku z częstymi napadami zdwojono posterunki) zauważyły sylwetki skradające się w ciemności do strzeżonego przez nie składu amunicji.

Miały już trochę doświadczenia i wiedziały, że jeżeli napastników jest więcej, nie dadzą. sobie we dwie rady, a strzelanina może się dla nich tragicznie skończyć, bandy bowiem przeprowadzały uprzednio dokładne rozpoznanie miejsca napadu. Ponadto dowódca batalionu rozkazał, by używać broni tylko w ostatecznym wypadku, kiedy wszystkie środki ostrzeżenia zostaną już wyczerpane. (3)Rozkaz dzienny nr 295 z 10 lipca 1944 r., pkt 7, CA W, III--138, tecz. 31, s. 71.

Na posterunku stały st. strz. Zofia Kiepura i szer. Tamara Kuźniewicz. Strzeżony obiekt był dość duży, trzeba więc było ustawicznie go okrążać. Aby nie zdradzić się ewentualnym wołaniem o pomoc, wartowniczki przywiązały sobie do pasów dość długi gruby sznur, który Tamara zabrała przezornie ze stajni batalionowej. Każde silniejsze szarpnięcie sznura oznaczało: przyjdź do mnie, niebezpieczeństwo! Ponadto na każdym rogu strzeżonego obiektu instalowano gong, w który w razie niebezpieczeństwa wartowniczki waliły, ile sił starczyło, alarmując pozostałe straże i patrole.

Pierwsza zauważyła zbliżających się osobników Zosia. Szarpnęła sznurem, wołając jednocześnie: — Stój! Kto idzie? Hasło?

W tym czasie Tamara szybko odwiązała sznur, uderzyła parę razy w gong i podążyła do Zosi, okrążając budynek. I ona też zauważyła już kilka zbliżającyh się postaci.

Kiedy w odpowiedzi na zawołanie usłyszała stek wyzwisk, które bandyci rzucili Zosi, Tamara niewiele myśląc zaczęła wołać:

— Zachodźcie z prawa i bierzcie ich! — i sama, manipulując zamkiem, obchodziła napastników od tyłu.

— Padnij! — wołały dziewczęta. — Strzelamy! — Widząc, że napastnicy szykują się do ucieczki, puściły serię z automatów.

Nie opodal w ziemiance kwaterowali rusznikarze. Usłyszeli już wołanie dziewcząt koło składu amunicji i natychmiast pośpieszyli im na pomoc.

Napastnicy nie stawili specjalnego oporu. Jednemu z nich, który próbował odebrać dziewczętom broń, Tamara przyłożyła solidnie kolbą pepeszy.

Nieruchomo trwała z pepeszą skierowaną w bandytów Zosia, a Tamara zaczęła ich oplątywać sznurem. Bardzo się teraz przydał.

Nadbiegający żołnierze pomogli związać siedmiu napastników, których po ukończeniu służby dziewczęta wraz z dowódcą warty chor. Anną Turkiewicz odprowadziły i przekazały w ręce komendantury radzieckiej.

Takie i podobni wydarzenia towarzyszyły wartowniczkom i, na szczęście, zawsze udawało się im albo unieszkodliwić, albo przepłoszyć chętnych do grabieży.

Za dobre pełnienie służby platerówki zbierały liczne pochwały nie tylko od dowództwa batalionu, lecz i od kwatermistrza armii, generała Cukanowa, coraz częściej też awansowały. (4)Por. Rozkazy dzienne bat. kob., CAW, III-138, tecz. 31. Wśród awansowanych do stopnia starszego Strzelca znalazła się również Wiktoria Krzywoń, siostra poległej Anieli.

Rozrzucenie grup wartowniczek w promieniu 70 kilometrów od nowego miejsca postoju batalionu w Krzywdzie wywołało rozgoryczenie dziewcząt.

Wydawało się im, że pełniąc służbę na tyłach nie dość dobrze i konkretnie służą sprawie wyzwolenia Polski.

Na wieść o wybuchu powstania w Warszawie platerówki prosiły wszystkich przełożonych inspekcjonujących batalion, by wysłano je na pomoc powstańcom, i uparcie twierdziły, że w Warszawie mogą być przydatne. Ich bojowa służba była jednak na razje potrzebna na tyłach armii.

Każda zmiana miejsca postoju wywoływała nowe nadzieje, że skończy się nudne i nużące stanie na warcie i zostaną wysłane na pierwszą linię.

Jasia Kapera, która już była wtedy sierżantem, nie omieszkała wyrazić swojej — nie odosobnionej zresztą — opinii dowódcy batalionu:

— Ciągle siedzimy na tyłach, jak byśmy już na froncie nic.nie mogły zdziałać. Kto wie, czy i wśród nas nie byłoby bohaterek?

Kapitan Mac nie podjął dyskusji na temat bohaterstwa. Był zadowolony ze swych podwładnych, z ich zapału, a przede wszystkim z dobrego wywiązywania się z powierzonych im obowiązków. Skwitował więc pretensje Jasi stwierdzeniem:

— Żołnierz na każdym posterunku może dobrze pełnić służbę.

Nie było w tym powiedzeniu demagogii. Dowódca, w odróżnieniu od swych podkomendnych, zdawał sobie w pełni sprawę z niebezpieczeństw, które czyhają na pierwszej linii.

W monotonii służby wartowniczej — 3 godziny na posterunku, 6 godzin odpoczynku — dziewczęta nie mogły znaleźć pełnego zadowolenia. Starały się więc być użyteczne i w pracy społecznej.

Samorzutnie — za zgodą dowództwa — ofiarowują część swych porcji żywnościowych na dokarmianie dzieci szkolnych w Pilawie. Kuchnia batalionowa wydziela kilkanaście obiadów dziennie, na które platerówki sprowadzają swoich podopiecznych.

Nieobojętna jest. też dziewczętom sprawa rannych żołnierzy. To przecież ich koledzy. Roztaczają więc opiekę nad szpitalem w Otwocku.

Jedną z większych akcji platerówek jest zbiórka wśród ludności cywilnej książek dla rannych żołnierzy. Podporucznik Krystyna Dąbrowska nawiązuje kontakt z żoną b. ministra Moraczewskiego, która w swej willi w Sulejówku zachowała sporą bibliotekę. W plecakach dziewcząt z plutonu ppor. Krysi wędrują książki do żołnierzy w szpitalu. (5)Relacja ustna por. rez. Krystyny Jodkowskiej oraz CAW, III-138, tecz. 35.

Dziewczęta z batalionu prowadzą długie dyskusje z miejscową ludnością. Biorą udział w akcji wyborczej do rad narodowych. Ponadto niektóre pracują jako ławnicy w sądach. Były to:

Por. Ludwika Bibrowska, chor. Halina Mańkowska, ppor. Klara Trochimowicz, chor. Zdzisława Otton, ppor. Adela Mucha, chor. Lola Rożen, chor. Aniela Kiecka, chor. Barbara Majewska, ppor. Eugenia Tomczak, ppor. Maria Żmuda, ppor. Zofia Kłos, chor. Wanda Kościuch, sierż. Helena Gwozdowska, sierż. Józefa Kryjak, st. strz. Jadwiga Żak, kpr. Stefania Rygiel, kpr. Weronika Brodecka, sierż. Adela Firla, kpr. Bronisława Łach, plut. Emilia Skulska. (6)CAW, III-138, tecz. 35, s. 324.

Rozkaz o przeniesieniu batalionu na Pragę przyjmują platerówki z wielkim zadowoleniem. Większość z nich nigdy nie była w stolicy.

12 października wieczorem batalion rozlokował się na Pradze, obejmując pod stałym ostrzałem artyleryjskim posterunki przy powstających instytucjach, obiektach przemysłowych i magazynach, których dotychczas strzegli mężczyźni. (Kapitan Mac został wyznaczony na zastępcę komendanta garnizonu). 

Tak właśnie, jak tego pragnęły, znalazły się prawie na pierwszej linii. Zaraz na ulicy Kawęczyńskiej powitał je taki ogień niemiecki, że przez długą chwilę leżały przykute do ziemi, a potem biegiem rozproszyły się po okolicznych domach.

Nikt nie mógł się swobodnie poruszać w dzień po ulicy i dopiero o zmroku dziewczęta wychodziły po wodę, by umyć się i przygotować posiłek. Niełatwo też było pełnić służbę pod ostrzałem. Pełniły ją jednak w dzień i w nocy.

I tak na przykład dziewczęta z plutonu ppor. Wandy Kościuch ochraniały fabrykę tłuszczy roślinnych na ulicy Radzymińskiej i tartak na ulicy Borzymowskiej, gdzie raz po raz przeżywały „trzęsienie ziemi”, jak to określała Janka Suchecka, gdyż pobliski cmentarz na Bródnie był stałym celem ostrzału niemieckiego.

Ochraniały również dziewczęta i fabrykę marmolady na ulicy Grochowskiej, i fabrykę Wedla.

Nierzadkie były wypadki prób napadu na strzeżone obiekty. Nierzadko też wartowniczki pociągały za język spustowy automatu, by zmusić do ucieczki maruderów i szabrowników szukających łatwego łupu.

Już 18 października posterunek wartowniczy z dowódcą chor. Felicją Kuźmicką, broniąc rzeźni miejskiej, na którą dokonano napadu, stoczył prawdziwą potyczkę. Przez pół godziny, do czasu przybycia oddziału z Komendy Garnizonu, platerówki ostrzeliwały 40 napastników, raniąc kilku z nich.

Nie brak było w tym czasie na Pradze napadów. Pepesza oddawała usługi nie tylko w obronie własnej, bo i tę trzeba było nieraz podejmować.

Posterunki kobiece wzbudzały sensację i wartowniczki były narażone na zaczepki, a nawet próby odebrania broni. Bardzo przydawały się nauki Aleksandra Maca, który jeszcze w obozie sieleckim wprawiał dziewczęta w chwyty szermiercze. Wiadome stało się na Pradze, że dziewczęta na zaczepki odpowiadają seriami z automatu lub takim uderzeniem kolbą, że lepiej blisko nie podchodzić. Korzystała z tej obrony dziewcząt i ludność, której skromne mienie stawało się przedmiotem grabieży szabrowników. Patrole dziewczęce pełniące służbę na ulicach Pragi często stawały w obronie napastowanych kobiet cywilnych.

Na patrol wybierały się właśnie szeregowe Waleria Telega i Bronisława Pawlak.

Przed nimi wychodziły dwie inne z dziewcząt i jedna z nich przez pomyłkę wzięła automat Walerki, który stał na stojaku.

Gdy Walerka stwierdziła, że brak jej broni, nie chciała wyjść bez swojej pepeszki. Postanowiła zaczekać na powrót koleżanki. W niespełna godzinę później, odbierając pepeszę nieuważnie pociągnęła za język spustowy, przekonana zresztą, że magazynek jest pusty, bo na stojak odstawiła pepeszę bez amunicji. Padło siedem strzałów. Dwa pociski utkwiły w nodze Walerki, reszta w podłodze.

Nie pomogła natychmiastowa operacja — nogę trzeba było amputować. Przez półtora roku pozostawała Walerka w szpitalu. Po zakończeniu wojny osiedliła się w platerowskiej wsi — Platerówka.

Dokuczliwy chłód jesienny dawał się coraz bardziej we znaki wartowniczkom, a ciągłe napady na posterunki zaostrzały ich czujność i bezwzględność.

19 października platerówki broniły fabryki Wedla przed napastnikami, którzy liczebnie mieli znaczną przewagę nad siłami posterunku.

W nocy z 20 na 21 października st. strzelec Wirthówna i szeregowa Ostaszewska udaremniły napad rabunkowy na fabrykę „Alka”.

W nocy z 25 na 26 października chorąży Kuźmicka i chorąży Paszkiewicz ostrzeliwały z posterunku napastników, którzy tym razem użyli broni. Z pomocą przybyła Milicja Obywatelska i napastników ujęła.

Nie było dnia, żeby nie wybuchła strzelanina.

Czyszcząc swą broń platerówki dzieliły się wrażeniami. Niejedna miała już za sobą godziny strachu na posterunku. Wiedziały dobrze o tym, że ich służba jest niezwykle użyteczna, ale dawało znać o sobie zmęczenie.

Oddzielne rozlokowanie poszczególnych plutonów kobiecych w mieszkaniach wraz z ludnością cywilną, a co za tym idzie nieodpowiednie warunki sanitarne, brak stałego nadzoru lekarskiego, niedostatecznie pożywne i nieregularne jedzenie powodowały coraz więcej wypadków zachorowań wśród żołnierzy, przeważnie czyraczycy, świerzbu, a nawet tyfusu.

A jednak, gdy 26 października zjawił się przedstawiciel cenzury wojskowej, proponując poszczególnym dziewczętom pracę znacznie lżejszą i w lepszych warunkach, ochotniczek było niewiele. 15 dziewcząt, które po długich dyskusjach przeniesiono do służby w cenzurze, z całym zaciekawieniem przeglądały później miłosne listy swych koleżanek... Dochowały jednak cenzorskiej tajemnicy...

Od 10 grudnia stan batalionu powiększył się, wróciła bowiem z powrotem 1 kompania fizylierek, która dotychczas pełniła służbę przy 1 dywizji piechoty. (7)Rozkaz ogólny nr 0400 dowódcy 1 armii z 10 grudnia 1944 r., Organizacja i działania bojowe..., t. I, s. 281.

Poza Pragą platerówki strzegły mienia armijnego i społecznego:

kompania fizylierek w Otwocku;

1 pluton 2 kompanii strzeleckiej nadal w Sulejówku;

dwa plutony w Pilawie.

O tym jak była oceniana służba wartownicza batalionu kobiecego, świadczy następujący dokument.

Wojsko Polskie                                                                                                                       Tajne

Szef Zaopatrzenia                                                                                                                   Egz. 1

Departament Uzbrojenia 20.10.1944 r.

Nr 0224

tel. 21(8)CAW, III-l, tecz. 71, s. 16.

Do

Szefa Sztabu Głównego

Wojsk Polskich

Ze względu na to, że w centralnych składach znajduje się znaczna ilość uzbrojenia, niezbędna jest w tym celu godna zaufania i przeszkolona straż dla ochrony wyzwolonych państwowych artyleryjskich zakładów przemysłowych.

Wobec tego proszę o wydanie polecenia przydzielenia żeńskiego strażniczego batalionu do dyspozycji Departamentu Uzbrojenia W.P.

Szef Departamentu Uzbrojenia Wojsk Polskich

(—) gen. bryg. Sołowjow

Szef Wydziału Organizacji i Planowania Departamentu Uzbrojenia

(—) PPłk Wypustek 

Przeciwko zabraniu platerówek z Pragi wystąpił pierwszy prezydent wyzwolonej Warszawy, płk Marian Spychalski, zwracając się do Sztabu Głównego z pismem, w którym pochlebnie ocenił pracę dziewcząt.

Prezydent m. st.                                                                                                                 Warszawa, dnia 31/X. 1944 r.

Warszawy

Do

Dowódcy 1 Armii W.P.

gen. dyw. Korczyca

W związku z posiadanymi przeze mnie informacjami, że Batalion Kobiecy ma być zabrany z Warszawy do innych zadań, proszę usilnie ob. Generała o niezmienianie tego batalionu, gdyż muszę nadmienić, że trwające stałe zmiany w jednostkach wartowniczych nie pozwalają na odpowiednie zabezpieczenie mienia na terenie Pragi i wprowadzają stan dużej nieodpowiedzialności. Przy tym z sześciotygodniowego doświadczenia w zakresie zabezpieczenia inwentarza i ochrony mienia przemysłowego na Pradze wynika, że Batalion Kobiecy pełni służbę wartowniczą sumienniej i skuteczniej niż inne jednostki wojskowe, które w tym zakresie mogłem dotąd poznać. Stwierdzić muszę znaczną poprawę w zakresie organizacji tej ochrony. Zabranie Batalionu Kobiecego z Pragi uważam za cofnięcie sprawy.

(—) Prezydent m.st. Warszawy

Marian Spychalski, inż. pułkownik

Naczelnemu Dowódcy W.P.

Ze swej strony proszę baonu kobiecego hie zabierać. Potrzeba w wartach będzie w armii nadal. Wydzielać na tę ochronę z liniowych jednostek — nie pożądane. W miastach styczność z ludnością cywilną wielka i kobiety więcej nadają się do warty.

1.11.44.

(—) Korczyc, gen. dyw.

Batalion pozostał więc na Pradze, poszczególne jego części jednak połączono w jedną całość dopiero 16 grudnia, po licznych interwencjach dowództwa.

Przedtem jednak nastąpiła ponowna zmiana na stanowisku dowódcy batalionu. Major Mac nie był w stanie podołać podwójnym obowiązkom, stanowisko zastępcy komendanta garnizonu pochłaniało go całkowicie.

 

8 listopada dowództwo batalionu objął podpułkownik Józef Lasoń.

Był to oficer starszy wiekiem i — jak go określają podkomendne — niezwykle surowy i wyczulony na punkcie pełnienia służby wartowniczej, co oczywiście znalazło swój wyraz w ciągłych instruktażach i pouczeniach wartowniczek.

„...dostałam pięć dni aresztu jako oficer inspekcyjny garnizonu, gdyż rzekomo nie poinstruowałam wartownika o jego obowiązkach” — wspomina Anna Wojewoda,  (9)Tamże która w tym czasie pełniła funkcję kwatermistrza komendy garnizonu. 

Nowy dowódca, tak jak i jego poprzednik, miiał jednak powody do dumy ze swych żołnierzy.

Wymusztrowane i doskonale przygotowane do swej służby platerówki reagowały na każdą próbę grabieży mienia osobistego mieszkańców Pragi.

Na liczne pochwały zasłużyły patrolujące ulice por. Eugenia Tomczak, chor. Kaniówna, sierż. Kryjak, sierż. Staszewicz, st. strz. Matusiewicz, szeregowe Wojciechowska, Żurińska i wiele, wiele innych. Najbardziej jednak dawały się we znaki wszystkim maruderom, pijakom i szabrownikom dziewczęta z plutonu żandarmerii.

„Pamiętam, pewnego rana Aniela Klecka ze swoimi dwoma żandarmami prowadziła jakichś czterech zbirów, "którzy w żadnym wypadku nie chcieli się dać rozbroić mężczyznom, do tego stopnia, że płk Janowski  *Komendant garnizonu. wyłamał skądś kawałek deski i użył za narzędzie rozbrojenia...” — relacjonuje Anna Wojewoda. (10)MiD WIH, IV/44/128, s. 14.

W tej niełatwej służbie dziewczęta nieraz obrzucano obelżywymi słowami. Podpici awanturnicy niejednokrotnie próbowali w stosunku do dziewcząt użyć siły. Toteż z zadowoleniem patrzyły platerówki, gdy na placu ćwiczeń przy Komendzie Miasta następnego dnia wczorajsi „bohaterowie” pilnie ćwiczyli musztrę.

Pochwały, które otrzymywały platerówki za dobre pełnienie obowiązków, były wyrazem uznania nie tylko dla ich postawy żołnierskiej, ale ofiarności i odwagi.
Upływały tygodnie i zbliżał się drugi już wieczór wigilijny, który miały spędzić w platerowskiej rodzinie.— Jak myślisz — pytała podporucznik Stasia Nadstawek swoją koleżankę ze szkoły oficerskiej, podporucznika Adelę Muchę — jaki zawód wybrać po wojnie? Może już wreszcie się ta wojna skończy...

 

— Ty z uwagi na nieziemską cierpliwość powinnaś zostać nauczycielką.

— E, nie potrafiłabym dziećmi kierować. Pewnie przy odpowiedziach salutowałyby, stając na baczność. Wiesz co, najchętniej zostałabym pilotem.

Stasia zaczęła snuć marzenia:

— Jeszcze w dzieciństwie zawsze mówiłam, że najlepiej latać w powietrzu. To pasjonujące. Tylko mama pewnie będzie niezadowolona.

— Jesteś już dorosła i nikt ci nie zabroni. Byle zdrowia starczyło.

— Ciekawa jestem, czy mama już wie o tym dekrecie pomocy dla rodzin. Bardzo chciałabym, by wróciła już do Polski. Ciężko jej samej. Gdyby tatuś żył...

— Nie płacz, Stacha! Wiem, żeś tatusiowa córka. Może się ojciec jeszcze odnajdzie. Wiesz, jak to bywa podczas wojny. Felka wróciła z urlopu i opowiada, że przypadkiem dowiedziała się o ojcu podczas powrotu do batalionu od jakiegoś przygodnego współpasażera „na łebka”. Słyszałaś że mamy pójść w delegacji do prezydenta miasta na Wigilię — Ada usiłowała odwrócić uwagę Stasi od przykrych i bolesnych spraw. — Ciekawa jestem, kto pójdzie? Pewnie Kryśka Dąbrowska, Genka Tomczak i jeszcze parę. Bo przecież nas nie wezmą.

— Kto wie? Jutro kończę dwadzieścia dwa lata — uśmiechnęła się Stasia — może mnie wytypują. A najlepiej* żeby się ta zmora wojenna już skończyła. Tak mi żal Marysi Krzeszkowskiej. Na pewno bardzo ją musiała boleć ta rana *. *Szeregowa batalionu kobiecego ranna na posterunku 31 Października 1944 r. Tak biedactwo płakała. Ubyło mi jednego żołnierza..

— No chodźmy, Stasiu, trzeba zrobić przegląd umundurowania przed świętami.

Na wieczór wigilijny zaprosili dziewczęta przede wszystkim mieszkańcy Pragi. Podczas skromnych kolacji, łamiąc się opłatkiem z obcymi ludźmi, platerówki pragnęły jak najszybciej znaleźć się wraz ze swymi rodzinami. W takie dni potęgowała się tęsknota za najbliższymi.

Z wdzięcznością przyjęły dziewczęta dowody pamięci od dzieci i kobiet Pragi w postaci listów i pozdrowień licznie napływających do sztabu batalionu. Piekarze, wbrew higienie, nie omieszkali włożyć do świątecznych bułek wypieczonych dla platerowskiego batalionu kartek z krótkimi wierszykami i pozdrowieniami. (11)Tamże, s. 15. Każde z tych pozdrowień kończyło się słowami „Oby się jak najprędzej wojna skończyła!”.

Zaczął się nowy, 1945 rok.

Armia Radziecka, a wraz z nią i 1 armia Wojska Polskiego szykowały się do kolejnego natarcia. Grzmiały działa.

Platerówki nadal trwały na swych posterunkach. I w miarę jak doskwierało zimno, posyłały siarczyste wiązanki pod adresem fryców. Zbrzydły im warty, były zmęczone i z upragnieniem czekały, by ruszył front. A gdy zaczęły się nowe działania, niecierpliwie oczekiwały komunikatów.

Wojna stale dawała znać o sobie. Prawie co dzień ulice Pragi ostrzeliwały działa kolejowe.

Zabudowania Monopolu Spirytusowego ochraniały wartowniczki z plutonu podporucznika Stanisławy Nadstawek. Kwaterowały wraz ze swym dowódcą w sąsiadującym domu — w dwóch izbach.

Wieczorem 16 stycznia Stasia parokrotnie sprawdzała posterunki, przeglądała broń. Zanim położyła się spać, nakazała dziewczętom, by obudziły ją o 5 rano.W tę noc rozpętało się piekło ostrzału dalekonośnej artylerii niemieckiej. Ruszyła ofensywa radziecka.

Było około godziny 3.00, gdy w dom, w którym kwaterował pluton ppor. Nadstawek, uderzył pocisk, przysypując śpiące wartowniczki.

Zerwały się, nawołując wzajemnie w ciemności. Izba, w której spała Stasia, była całkowicie zasypana.

— Obywatelko poruczniku! — wołały.

Odpowiedziała im cisza.

Zaczęły odwalać gruz, by dostać się do drzwi pokoju.

— Janka, biegnij do sztabu i powiedz, co się stało! — zakomenderowała któraś.

Gdy nad ranem dziewczętom udało się wreszcie dotrzeć do Stasi — już nie żyła.

Nie mogły uwierzyć.

— Obywatelko poruczniku! Stasiu! — wołały, zalewając się łzami.

17 stycznia, w dzień wyzwolenia Warszawy, dziewczęta szły na cmentarz Bródnowski za trumną swej koleżanki — swego dowódcy.

Tego samego dnia pierwsze patrole batalionu kobiecego przeszły po lodzie na drugi brzeg Wisły i objęły służbę w Warszawie.

 

NA ZACHÓD

 

Wstrząsający widok zniszczonej Warszawy, w której defilowały oddziały 1 armii WP, wzmógł pragnienie pomszczenia krzywd doznanych z ręki najeźdźcy niemieckiego.

Marsz na zachód za ustępującym nieprzyjacielem, mimo trudnych warunków atmosferycznych, przebiegał sprawnie. Nasze znajome — dowódcy plutonów — maszerowały do Bydgoszczy wraz ze swymi plutonami. Rozumiejąc, że przy zwiększonym wysiłku spada na nie obowiązek większej troski o żołnierza, dokładały wiele, starań o właściwy wypoczynek, który jednak przerywały ciągłe alarmy oraz naloty nieprzyjacielskie.

Stała obecność w pododdziałach pozwalała poznać nastroje żołnierzy, jeszcze bardziej zżyć się z nimi.

Kobiety-dowódcy zdawały sobie sprawę, że forsowne marsze, stała gotowość bojowa, potyczki z oddziałami niemieckimi, które nie zdołały się na czas wycofać, to zapowiedź walk z nieprzyjacielem umocnionym na kolejnej linii obrony.

Brnąc w śniegu razem ze swymi żołnierzami, dziewczęta starały się nie okazywać zmęczenia. Ale mróz dawał się we znaki.

Podporucznik Aleksandra Gołębiowska często podchodzi do któregoś z żołnierzy i bierze od niego płytę oporową moździerza. Niespełna rok temu nosiła ją jako podchorąży. Wie dobrze, że niełatwo maszerować pod jej ciężarem.

Nikt oczywiście nie każe jej tego robić. Ola jest teraz oficerem polityczno-wychowawczym i wie dobrze, że to właśnie droga do serca jej zmęczonych „wąsaczy”.

Dzieliła z nimi dolę i niedolę. Często sama opatrywała ich zapocone, otarte nogi. Dzieliła się tytoniem.

„Kiedy zmęczenie wszystkich było już widoczne, wysuwałam się dla przykładu na czoło kompanii. Mnie też bolały nogi i często miałam krwawe nacieki. Idąc na czele kompanii, byłam spokojniejsza, że nikt nie widzi nabiegających mi do oczu łez. Żołnierz nie płacze!...” (1)Relacja MiD WIH, IV/44/137, s. 6.

Na Wał Pomorski podporucznik Gołębiowska doszła w ledwie trzymających się butach, podeszwy przydrutowała. W kolejno zdobytej miejscowości Czaplinek musiała zmienić je na zdobyczne — wiśniowe. Czarnych butów, dostatecznie małych, by nie spadały jej z nóg, nie znalazła.

Te śmieszne, czerwone buty, skrupulatnie wysmarowane lichą czarną pastą, miały jej towarzyszyć w dalszej drodze.

„Usiłowałam zliczyć, ile kilometrów przebyłam od chwili, gdy w październiku 1939 r. rozpoczęłam pracę jako sanitariuszka w szpitalu radzieckim w Ołyce: Łuck, Połtawa, Kijów, Charków, Woroneż, Liski, Diwnogorie, Sielce, Riazań, Moskwa, Smoleńsk i znów Łuck, a potem już w bojach na ziemi ojczystej poprzez Warkę, Warszawę tu, do Czaplinka. A dalej. Wojna jeszcze trwała...” — wspomina Aleksandra Gołębiowska.
Na twarzach wszystkich, którzy widzieli maszerujące w szykach kobiety-dowódców, malowało się zdziwienie. Starsze kobiety, mieszkanki osiedli, w których oddziały zatrzymywały się na postój, ubolewały nad losem dziewcząt, proponując im wypoczynek... pod pierzyną.

W miejscowości Zawady, gdzie rozlokowywał się pluton podporucznika Larysy Krupicz, miejscowe kobiety nie mogły wyjść z podziwu, że dziewczyna dowodzi mężczyznami. Jeszcze większe zdziwienie wywołało to, że odmówiła wypoczynku w przygotowanym przez gospodynię łóżku i położyła się w kacie izby na podłodze, obok swoich żołnierzy.

Taki był rozkaz dowódcy batalionu: dowódcy plutonów musieli odpoczywać razem z żołnierzami...” — jak gdyby usprawiedliwiając się, że zrezygnowała z wygody, pisze w swej relacji Larysa Krupicz. (2)MiD WIH, IV/44/138, s. 17.

Monotonny, ciężki marsz przerywamy potyczki z wycofującymi się oddziałami nieprzyjaciela. Tuż przed Sochaczewem pluton Larysy otrzymuje rozkaz ostrzelania kolumny samochodów niemieckich, wyjeżdżającej z lewej strony trasy przemarszu. Gdy ogień moździerzy dosięga nieprzyjaciela, ukazują się białe flagi.

— Poddali się! — skomentowali żołnierze. — Obywatelko poruczniku, prosimy pozwolić nam popatrzeć, jak szwaby z łapami w górę będą maszerowali.

— Nic z tego. Postrzelaliśmy, a teraz trzeba moździerze przeczyścić — ostudza ich zapał Lorka.

Żołnierze zabrali się do pracy, przeklinając fryców, że spokoju nie dają, a w tym czasie Lorka zapisała w swym wojennym dzienniku:

„...Ostrzelani to grupa kwatermistrzowska jednego z lotnisk polowych npla, która nie zdążyła przeprawić się przez Bzurę; pod Sochaczewem dostała się do niewoli” (3)Por. K. Kaczmarek, Ósmy bydgoski, Warszawa, 1963.

Przeprawę oddziałów 8 pułku piechoty przez Bzurę opóźniło bombardowanie, w związku z czym 3 pluton ppor. Ludki Opałki sforsował rzekę dopiero w trzy godziny później.Podczas tego wyczerpującego marszu kobiety-dowódcy często spotykały się z propozycją skorzystania z wojskowych samochodów lub furmanek. Ponad trzystukilometrowy marsz do rejonu Bydgoszczy dobrze czuły już w nogach. Zmarznięte do szpiku kości, przytupywały, rozcierały ręce i twarze śniegiem, lecz nie opuszczały swych żołnierzy.

W pierwszej linii było w tym czasie niewiele kobiet: dowódcy pododdziałów i zastępcy dowódców do spraw polityczno-wychowawczych. Z godnością — dzieląc los żołnierza — szły wytrwale. Pozornie słabsze fizycznje, wytrzymywały trud na równi z mężczyznami; niczym się teraz od nich nie różniły. A gdy rozgorzały walki o Bydgoszcz, znów stanęły na punktach obserwacyjnych, przenosząc ogień moździerzy, starając się lokować go jak najcelniej.

Podczas pobytu w Bydgoszczy Larysie Krupicz zdarzyła się niezwykła przygoda. Przechodziła ulicą, gdy zaczepiły ją dwie bydgoszczanki i sądząc, że rozmawiają z mężczyzną, rozpoczęły wyraźny flirt:

— Pan porucznik taki młody i przystojny — prawiły komplementy Lorce.

— Kiedy pan otrzymał stopień oficerski?

— Popatrz Zocha, jaki pan porucznik wygolony.

Wysoka, szczupła, z ostrzyżonymi po męsku włosami, Lorka nie przypominała kobiety. Jej ubiór — bryczesy, wysokie buty z cholewami, obciśnięty płaszcz, pistolet — mógł zmylić każdego.

Nie próbowała też Lorka wyprowadzić bydgoszczanek z błędu. Odpowiadała monosylabami, zmieniając głos i uśmiechając się uprzejmie.

Zdradzili ją dopiero koledzy, którzy — widać zazdrośni o powodzenie — rozwiali nadzieje bydgoszczanek, wołając Lorkę po imieniu. (4)Relacja por. rez. Larysy Żakowicz, MiD WIH, IV/44/139, s. 19—20.

Często i żołnierze zapominali, że ich dowódca to kobieta i zwracali się „obywatelu poruczniku”. Nie zapominali jedynie koledzy, no i przełożeni. I może właśnie dlatego kobiety starały się w niczym nie przekroczyć regulaminów, a wyróżnić się postawą.

Oto jak scharakteryzował swą podwładną w opinii służbowej z 21 stycznia 1945 roku dowódca 8 pułku piechoty:

„Ppor. Larysa Krupicz na stanowisku dowódcy plutonu mozdzierzy pracuje wzorowo, wytrwale i owocnie. Cechuje ją niebywałe męstwo i śmiałość decyzji w ciężkich sytuacjach bojowych. Wyszkolona bardzo dobrze. Posiada wysoko rozwinięty zmysł organizacyjny.

Pracuje niezmordowanie nad podniesieniem dyscypliny, wprowadza wzorowy ład i porządek w swoim plutonie. Dzięki jej niezmordowanej pracy i czujności pluton jej jest najbardziej karny i wzorowy nie tylko w kompanii, lecz i w batalionie.” (5)CAW, 3 DP, tecz. 142, s. 28.
Walki o przełamanie Wału Pomorskiego były dalszym sprawdzianem wytrzymałości i przygotowania bojowego. Niemałego trudu i wysiłku tak żołnierzy, jak i dowództwa Wymagało pokonanie oporu wojsk hitlerowskich, które doskonale przygotowanym systemem umocnień zagrodziły drogę dywizjom 1 armii WP. Główną pozycję Wału Poborskiego stanowiła rubież: Szczecinek i Dudylany na zachód od Nadarzyć, jeziora: Dobre, Zdbiczno, Smolno, Łubianka oraz miasta: Wałcz, Krzyż, Gorzów Wielkopolski.

 

Dywizje 1 armii nacierały na odcinku od Dudylan do Nadarzyć. (6)Por. Wybrane operacje... op. cit.

W ostatnich dniach stycznia oddziały zajmowały Wyznaczone podstawy wyjściowe do natarcia na linią obrony nieprzyjaciela. W pierwszym rzucie znalazły się 1 i 4 dywizja piechoty.

W 10 pułku 4 dywizji piechoty dowódcami plutonów były dwie absolwentki riazańskiej szkoły oficerskiej: ppor. Emilia Gierczak i ppor. Czesława Wulf.

Podobnie jak ich koleżanki z 2 i 3 dywizji przeszły wszystkie koleje kobiety-dowódcy i dzięki wytrwałej pracy, ambicji dorównania kolegom, systematycznie pogłębianej wiedzy wojskowej były już wytrawnymi dowódcami.

Podczas rzadkich spotkań — Mila dowodziła bowiem fizylierami, a Cesia moździerzystami — dzieliły się swoimi przeżyciami.

Spraw do omówienia było wiele, ale jakoś tak się składało, że rozmowy sprowadzały się raczej do czysto służbowych, a przede wszystkim do wymiany „doświadczeń" w dowodzeniu mężczyznami.

Obydwie są energiczne i przedsiębiorcze. Obydwie wysokie, przystojne. Mila jest bardziej porywcza. Kozak — mówią o niej. Cesia — powolniejsza, uparta, gospodarna.

Wspólną cechą obydwu jest troska o to, by ich plutony wyróżniały się w wyszkoleniu bojowym. Dbają, by żołnierze byli starannie przygotowani do walki, a jednocześnie, by w miarę możliwości równomiernie rozdzielić obowiązki i zapewnić wypoczynek. Stałe przebywanie wśród mężczyzn upodabnia je do nich w ruchach i sposobie bycia.

W pułku poza Milą i Cesią są jeszcze zastępca dowódcy kompanii sanitarnej do spraw polityczno-wychowawczych — chor. Blanka Hakman, lekarz — por. Kira Kosjan, felczer — st. sierż. Olga Kwitko i szef apteki — Antonina Gołowanow.

Cesia, której często dokucza samotność, a początkowo również i drobne nieporozumienia służbowe z dowódcą kompanii por. Tuszyńskim, szuka oparcia w przyjaźni z Kirą i Olgą. Dobrze się rozumieją i wesoło im ze sobą. Rozmowy z nimi są jedynym odprężeniem.. Są one jednak rzadkie, od chwili bowiem gdy oddziały wchodzą do walki, nie czas myśleć o pogawędkach.

Chrzest bojowy otrzymuje podporucznik Wulf ze swoim plutonem 1 lutego 1945 roku pod Ptuszą.

Kierunek natarcia prowadzi na Jastrowie. Zmieniają się kilkakrotnie pozycje moździerzy; wspierają one ataki piechoty i odpierają niemieckie kontrataki. Cesia z całym skupieniem wykonuje polecenia dowódcy kompanii. Wysokie drzewa utrudniają prowadzenie ognia.Celowniczy Żołyński z uwagą słucha jej rozkazów.

Ponad trzydzieści godzin bez przerwy trwa zacięta, krwawa bitwa. Doskwiera mróz.

„...Żołnierze nie spali, nie jedli..., ale to nie było straszne, nawet się o tym nie pamiętało; gorzej było, gdy zabrakło nam granatów i nie mogliśmy wspierać natarcia piechoty... W niektórych momentach moździerzyści przeistaczali się w strzelców... Gdy wyszliśmy z tych walk, żaden napotkany po drodze nabój nie pozostał na ziemi, lecz natychmiast znalazł się w kieszeni któregoś z żołnierzy...” — opisuje Czesława Wulf. (7)MiD WIH, IV/44/141, s. 32; por. także S. Ways, op. cit. s. 118—136.

Zdawałoby się, że po ciężkich walkach, w których kobiety ocierały się o śmierć, ich wrażliwość powinna stępieć. A jednak przeżywają głęboko straty wśród swoich żołnierzy i kolegów. Gdy w walkach o zdobycie Jastrowia poległ między innymi szeregowy Mołodecki z plutonu Cesi, płakała po nim jak matka po synu. .
W walkach o Jastrowie biorą również udział oddziały 8 pułku 3 dywizji piechoty.

W mroźną noc lutową ścigający nieprzyjaciela 1 batalion 8 pułku piechoty podchodzi do rzeki Gwdy w rejonie miejscowości Plecewko. Łuny pożarów palących się lasów oświetlają szosę, wzdłuż której leżą rozbite tabory i trupy żołnierzy niemieckich.

W pewnej chwili maszerującą kolumnę ostrzeliwują niemieckie cekaemy. Ubezpieczenie czołowe nawiązuje walkę. Szosa pustoszeje.

Podporucznik Larysa Krupicz dostaje rozkaz otwarcia ognia z moździerzy. W kilka minut potem z pospiesznie zajętych stanowisk ogniowych za nasypem kolejowym padają pierwsze granaty.

Larysa ma swój tymczasowy punkt obserwacyjny na stoku nasypu, skąd widać dokładnie ugrupowanie batalionu.. Nagle spostrzega, że dowódca kompanii cekaemów chorąży Choma wystrzelił rakietę w stronę mostu.

Wskazuje cel — myśli szybko Larysa.

Istotnie, stamtąd właśnie zieje ogniem hitlerowski karabin maszynowy. Natychmiast więc Lorka przenosi ogień swych moździerzy we wskazanym kierunku.

Pierwsza seria moździerzy kierunkowych jest za długa. A więc poprawka. Kolejne dwie nawały ogniowe — po trzy granaty na moździerz — zmuszają Niemców do opuszczenia stanowiska i wycofania się. Na tę chwilę czekają cekaemiści, którzy kosząc celnie nie pozwalają im uciec.

Z opanowanego domu prowadzą ogień do nieprzyjaciela broniącego się na przeciwległym brzegu grupy żołnierzy podporuczników — Hajsteina i Skrętowicza. Trzeba im pomóc ogniem moździerzy.

Plutonowy Doda melduje Larysie, że wyczerpuje się zapas granatów do moździerzy. Jednocześnie dowódca kompanii rozkazuje: moździerzyści pójdą do ataku jako piechota.

Chwile, gdy trzeba zostawić moździerze, są dla moździerzystów bardzo przykre.

„...Na stanowiskach plutonu zostawiłam tylko czterech żołnierzy. Mieli jeszcze po trzy granaty na moździerz...” (8)MiD WIH, IV/44/139, s. 21.

Ugrupowany w tyralierę pluton podporucznika Krupicz zajmuje podstawę wyjściową do natarcia w małym sosnowym zagajniku, między szosą a torem kolejowym. Około dwustumetrowy odcinek udaje się szybko przeskoczyć. Przez polanę, ostrzeliwaną skrzydłowym ogniem karabinów maszynowych, żołnierze czołgają się do kolejnego zagajnika i tam okopują się.

Za Gwdą, w odległości około 100 metrów, są pozycje niemieckie. Co chwila zrywają się grupy naszych żołnierzy, podejmujących próbę przedarcia się przez most. Niemieckie cekaemy sieką niemiłosiernie. Kolejna seria ścina z nóg zastępcę dowódcy kompanii moździerzy do spraw polityczno-wychowawczych, chorążego Konopkę.

Larysa podczołguje się do kolegi, zaciąga go w lej i próbuje opatrzyć. Ranny widocznie zdaje sobie sprawę, że nie przeżyje, i prosi, by zawiadomiła żonę i rodzinę.

— Zabierz dokumenty — mówi urywanym głosem. — Tam są listy i adres.

Felczer batalionu, który już zdołał dotrzeć do rannego, na pytanie Larysy, czy Konopka będzie żył, odpowiada twierdząco. Kiedy ranny odwraca głowę, felczer kręci jednak przecząco głową. Podczas opatrunku podtrzymywany przez Larysę Ignacy Konopka umiera.

Lorka, czołgając się, wraca do swych żołnierzy.

— Nie dożył zwycięstwa — mówi do najbliżej leżącego żołnierza. — Okopcie się głębiej.

Mroźna noc daje się we znaki. Bez przerwy trwa ogień.

O świcie od strony mostu słychać huk, a potem jęki i wołanie o pomoc. To runął filar mostu, przyduszając szykującą się do ataku grupę żołnierzy z 2 plutonu 5 kompanii; siedemnastu z nich zginęło.

O godzinie 6.30 podawany z ust do ust rozkaz głosi, że na sygnał — wystrzelenie zielonej rakiety — reszta batalionu ma sforsować rzekę i rozwinąć się na przyczółku na drugim brzegu.

Wystrzeliła w niebo zielona rakieta. Żołnierze się zrywają. Niemcy cofają się. Po kilku ciągnących się w nieskończoność godzinach walki wyczerpani żołnierze są jużr w głębi obrony nieprzyjaciela. Kontratak niemiecki zmusza ich jednak do wycofania się. Teraz walka prowadzona jest na wyczerpanie nieprzyjaciela. Kolejny atak uwieńczony jest już powodzeniem.

O zdobycie każdej miejscowości na odcinku natarcia oddziałów 1 armii WP trwały ciężkie i pełne ofiar walki.

Wielogodzinne przebywanie na mrozie, pod stałym ostrzałem, przy ciągłych kontratakach nieprzyjacielskich, męczyło coraz bardziej, równocześnie jednak budziło pragnienie jak najszybszego pokonania oporu niemieckiego. Dążenie do złamania tego oporu, solidarność frontowa i pomoc koleżeńska cementowały oddziały 1 armii. Żołnierze zdawali sobie sprawę z konieczności ochraniania dowódców, którzy prowadzą ich do walki.Z takim przejawem troski spotkała się Czesława Wulf. Gdy zmarznięta, ledwie trzymając się na nogach, z trudem kierowała ogniem, podpełzł do niej jeden z żołnierzy.

Obywatelka porucznik zmarzła, proszę to założyć — meldował nieśmiało, wręczając Cesi zdobyczny kołnierz z oposów. — Dobry do szynela — upewniał zdziwioną Cesię.

Ten argument zaważył i Cesia, dziękując, nałożyła kołnierz.

Istotnie, jakby cieplej się zrobiło. Nie wiadomo, co bardziej grzało: czy futro, czy serce żołnierskie.

Po boju koledzy orzekli, że Cesi do twarzy w tym oposowym kołnierzu. Innego zdania był pułkownik Potapowicz. Podczas przeglądu pod Toporzyskami dał wyraz swemu niezadowoleniu.

— Poruczniku Wulf, zdejmijcie ten kołnierz, to nie rewia mody!

„...Przypomniałam sobie wówczas Stecówkę, gdzie podkreślał wiele razy, że jestem kobietą i że, aby mi było iżej, powinnam pracować w sztabie, a przy tym tak niewinnym przekroczeniu, sam nosząc futrzany kołnierz, tak ostro zareagował na nieszkodliwy przywilej...” — pisze w swej relacji Czesława Wulf. (9)MiD WIH, IV/44/141, s. 38.

Konsekwencja, z jaką kobiety podjęły wysiłek bezpośredniego udziału w walkach, nie pozostała nie zauważona przez dowództwo. Nic więc dziwnego, że nawet tak drobne przekroczenie w ubiorze raziło już i powodowało reakcję. I nic dziwnego, że po tej kobiecej klęsce Cesia postanowiła wykazać, że jej moździerze biją najcelniej.

Okazja taka nadarzyła się pod Żabinkiem.

Dowódca kompanii nakazał bardzo oszczędnie gospodarzyć granatami do moździerzy i strzelać tylko na rozkaz, do pewnych celów.

Do 1 batalionu 10 pułku piechoty przyszedł zastępca dowódcy pułku mjr Skiba. Cesia obserwowała już od dłuższego czasu pozycje nieprzyjaciela i upatrzyła sobie dobry cel. Zaczęła więc przekonywać majora, że warto puścić parę granatów na ziemiankę niemiecką:

— Szwaby kpią sobie z nas. Trzeba ich trochę przetrzepać. Pozwólcie puścić trzy granaty.

— Trzema nie traficie, potrzeba co najmniej pięć. Tabory będą dopiero za parę godzin. Trzeba oszczędzać.

— Trafię drugim, pozwólcie!

— No cóż, próbujcie. Bardzo wątpię, czy się uda.

Celowniczy Żołyński przywarł do celownika. 

— Obywatelka porucznik sprawdzi?

Sprawdziła.

Granat poleciał. I Cesia szybko podaje Żołyńskiemu poprawkę.

— Drugi granat!

Rozerwał się w obserwowanym okopie niemieckim.

Sukces był pełny. Niemcy zamilkli.

Major gratulował Cesi, chwalił żołnierzy. Dowódca kompanii por. Tuszyński rósł z radości.

Coraz silniej napierały oddziały 1 aralii WP na niemiecką linię obrony. Ofiarą krwi setek żołnierzy, dzień po dniu, zdobywano kolejno miejscowości, punkty oporu hitlerowskiego.

W tych walkach, poza kobietami-oficerami polityczno-wychowawczymi i liniowymi, biorą udział i kobiety-żołnierze: sanitariuszki, telefonistki, w razie potrzeby nawet te, które pełnią służbę w sztabach jednostek.

W „Biuletynie Sławy” nr 9 z dnia 31 marca 1945 roku (10)CAW, Prasa,tecz. 42. pt. „5 tygodni ofensywy” czytamy m.in.:

„...Nauczycielka-sanitariuszka.

Nauczycielka języka polskiego plut. Szpinak Izabella podczas boju pełni ochotniczo służbę sanitariusza. Z torbą naładowaną opatrunkami udaje się zawsze na pierwszą linię tego batalionu, który otrzymał najtrudniejsze zadanie bojowe.

— Odważna dziewczyna, kule się jej nie imają — powiadają żołnierze.

Naprawdę nieustraszony żołnierz, świeci wzorem odwagi i poświęcenia. Pod najsilniejszym ogniem npla opatruje i ewakuuje rannych z pierwszej linii. W ciągu ostatnich walk plut. Szpinak z narażeniem życia opatrzyła i wyniosła z pola ponad 30 rannych. W walkach o Markisch-Friedland została ciężko ranna w nogę”.

Podporucznik Irena Kruszewska tak jak inne kobiety 1 pułku cały czas uczestniczyła w walkach. Była bardzo zmęczona, tak jak wszyscy żołnierze biorący udział w walkach na Wale Pomorskim.

W pułku Irka uchodzi za bardzo opanowaną, ale jest niełatwo; zaloty dowódcy kompanii były dla niej ciężkim przeżyciem. Od czasu ranienia Anieli Pielech Irka bardzo odczuwa swoje osamotnienie. Podporucznik Gołębiowska rzadko miała czas na rozmowę. Na jej barki jako zastępcy dowódcy kompanii do spraw polityczno-wychowawczych spadało wiele obowiązków, w dodatku nie czuła się zbyt dobrze fizycznie. Przypadkowe spotkania z Ireną zmieniały się w jednostronne pocieszanie, że już niedługo wojna się skończy, że nadchodzi wiosna i łatwiej będzie przetrwać.

Podczas walk o Nadarzyce Ola spotkała Irenę koło dworca kolejowego przebraną w cywilne ubranie.

— Irka, coś ty się przebrała w to szatańskie ubranie? Irena była jakaś nieswoja.

— Nie umiem ci, Olu, powiedzieć! Czuję, że po raz ostatni mam na sobie sukienkę. Jeśli zginę — Irena wybuchła płaczem — zawiadom rodzinę. Adres znasz.

— Ależ uspokój się, Irka! Jesteś wyczerpana, jak wszyscy. Co cię napadło? Gdzie twój mundur? Dokąd się wybierasz?

— Boję się, Olu! Tak bardzo się boję!

— Opanuj się, Irka! Co się stało? — uspokajała Ola. — Wracaj zaraz do swego plutonu. Będziesz się lepiej czuła wśród żołnierzy. Jesteś przecież tam potrzebna. Już blisko rok dajesz sobie radę, a tu nagle łzy, załamanie. Zgłoś się zaraz u zastępcy dowódcy batalionu, może na jakiś czas przesuną cię do drugiego rzutu.

Łagodna perswazja i dość ostra reakcja Oli jakoś ją otrzeźwiły. Powoli się uspokajała.

Rożstały się już spokojnie, bez łez. Irena wracając do miejsca rozlokowania kompanii martwiła się, by nikt nie zauważył jej w cywilnym ubraniu.

Wieczorem tego dnia (18 lutego) do Oli dotarła wieść o śmierci Ireny. Ciężko ranną w brzuch trudno było przetransportować. Trzej żołnierze-sanitariusze kolejno próbowali przenieść Irenę. Jeden poległ, a dwaj zostali ranni. Przez kilka godzin krwawiła na polu walki, a gdy wreszcie udało się ją zabrać, zmarła podczas transportu do szpitala.

„...To była dla mnie wielka strata. Zostałam teraz w pułku jedna. W walkach na Wale Pomorskim przeżyłam najczarniejsze chwile. Czułam się ogromnie wyczerpana. Nie brak było i niepotrzebnych przygód... Pod Nadarzycami moja kompania była w odwodzie i wraz z kompanią por. Franciszka Wyrwały czekaliśmy na łącznika z dalszymi rozkazami.W pewnej chwili podszedł do mnie chwiejnym krokiem szef łączności dywizji:

— Czego jeszcze baba szuka na froncie?

Nie pomógł meldunek o tym, co tu robię...

Sprawę między podporucznikiem-kobietą a pułkownikiem-mężczyzną miał rozstrzygnąć dowódca dywizji.

Ruszyliśmy pod silnym ostrzałeiji na punkt obserwacyjny płk. Zajkowskiego...” (11)Relacja por. rez. A. Gołębiowskiej, MiD WIH, IV/44/137,s. 7—9.

Do wyjaśnień nie doszło, ale „spacer” pod ostrzałem odbyła Ola tam i z powrotem.

Niewysoka, ale silna Ola nie dawała powodów do niezadowolenia, a tym bardziej do przypominania, że jej miejsce jest raczej nie na pierwszej linii...

Podczas przejścia kompanii z odwodu przez otwarte pole pod silnym ostrzałem karabinów i moździerzy zauważyła, że upadł jeden z żołnierzy.

Gdy zbliżyła się, nie żył. Zabrała jego granaty i idąc pod ich ciężarem potknęła się, wpadając po pachy do jakiegoś rowu.

Pomagając jej wygramolić się, dowódca batalionu kapitan Zygmunt Tarnowski pozwolił sobie jednak na żart: „Bo to babom w domu siedzieć i dzieci niańczyć...”.

Tym razem Ola nie wytrzymała. Dowódca batalionu usłyszał parę nieparlamentarnych słów.

Na najbliższym postoju nasz szef kompanii wyłuskał parę suchych spodni i onuc i przyniósł, bym się przebrała...” — relacjonuje przebieg wydarzenia Gołębiowska.

Wśród walk 7 pułk zbliżał się do jeziora Dobre.

Tu Gołębiowska przeżyła swoją największą przygodę, którą tak opisuje:

„...Nie wyszłam tuż po alarmie z ziemianki. Ale po chwili, gdy usłyszałam kanonadę, wybiegłam. Było dość ciemno. Zauważyłam posuwającą się w moim kierunku grupę żołnierzy. Byłam zdezorientowana i w pierwszej chwili myślałam, że to wracają minerzy.

Dopiero gdy na pytanie: kto idzie? odpowiedział mi ogień, zrozumiałam, że jest źle. Byłam sama na progu ziemianki. Przede mną Niemcy. Żywcem się nie dam — pomyślałam i otworzyłam ogień z automatu. Niemcy byli coraz bliżej...”

Obok wejścia stała skrzynia granatów. Ola postanawia ich użyć. Lecą jeden za drugim, z przerwami tylko na odbezpieczenie i schylenie się po kolejny.

Moździerzyści zauważyli ognisko walki. Kierują swój ogień w stronę Oli. Za chwilę odzywają się rusznice przeciwpancerne.

Ola wyrzuca jeszcze trzy granaty. Grupa Niemców rozprasza się i znika w ciemnościach.

„...Najadłam się strachu, to prawda — pisze w relacji. — Za to jednak, że nie straciłam głowy, dostałam od dowódcy pułku dwa dni urlopu, które spędziłam w sztabie pułku...”

Nazwiska podporuczników: Krupicz, Opałki, Gołębiowskiej, Wulf i Gierczak stają się symbolami bojowego wysiłku kobiet, wymieniane są we frontowych gazetach, znajdują się na listach żołnierzy przedstawionych do odznaczeń bojowych.

 

KOŁOBRZEG

 

Spychając coraz bardziej nieprzyjaciela z jego linii obrony, oddziały 1 armii WP nacierały w kierunku wybrzeża morskiego. Już podczas walk o Wał Pomorski żołnierzom wskazywano jako cel odzyskanie przez Polskę szerokiego dostępu do morza, przypominano tradycje walk o wybrzeże Bałtyku.

Każda krwawo zdobyta miejscowość zbliżała oddziały polskie do morza, nad którym na odcinku natarcia 1 armii broniły się jeszcze dwie grupy nieprzyjaciela: jedna — w rejonie Kołobrzegu, druga — na północ od Gryfic i w rejonie Dąbia.

Wysunięci do przodu czołgiści radzieccy (z 1 armii pancernej) już w dniu 4 marca dotarli na przedmieścia Kołobrzegu, gdzie spotkał ich ostry ogień artylerii różnych kalibrów. Podejmując ataki, rozpoznali, że miasto jest przygotowane do obrony okrężnej.Istotnie, na rozkaz Hitlera Kołobrzeg został przekształcony w twierdzę. Do obrony przygotowano dosłownie każdy dom i ulicę.

Skupiły się tu liczne oddziały i pododdziały hitlerowskie, które zdążyły uniknąć likwidacji podczas walk o kolejne pozycje Wału Pomorskiego, ściągnęła tu również uciekająca przed ofensywą ludność cywilna.

Przygotowując trzy linie obrony, Niemcy użyli czołgów i dział pancernych, które strzegły skrzyżowań większych ulic. Wzdłuż ulic ustawili działa przeciwlotnicze do strzelania na wprost.

Miasto, otoczone od północy morzem, od zachodu rzeką Parsętą i bagnistym terenem parku, od południa zaś szeroką odnogą Parsęty, jaką stanowił wezbrany na wiosnę Kanał Drzewny, a ponadto starymi fosami oraz tzw. Kanałem Miedzianym — miało dobre warunki do obrony.

7 marca związki taktyczne 1 armii, wykonując rozkaz sztabu 1 Frontu Białoruskiego, znalazły się przed twierdzą kołobrzeską. Pierwsze weszły do walki 3 i 6 dywizja, działające na prawym skrzydle ugrupowania armijnego (1)Por. Wybrane operacje..., s. 247—273., potem 4 dywizja i inne jednostki.

Ostrzał artylerii dawał się mocno we znaki żołnierzom, którzy zajmowali stanowiska. Z każdego okna zabudowań, zza każdego węgła prowadzili nieprzerwany ogień dobrze zamaskowani cekaemiści hitlerowscy. Za kominami domów kryli się niemieccy strzelcy wyborowi. Bez przerwy wyły pancerfausty.

Zmęczeni walkami żołnierze polscy z uporem i świadomością swych zadań szli w bój. Wiedzieli, że Niemcy łatwo się nie poddadzą, że zdobycie miasta będzie kosztowało wiele wysiłku i ofiar. Były w tej walce i kobiety-dowódcy, personel służby sanitarnej, oficerowde polityczno-wychowawczy. Wśród żołnierzy 6 dywizji, poległych w walkach o Kołobrzeg, była i kobieta — szeregowa Jadwiga Kozak. (2)Bliższych danych o jej śmierci nie udało się ustalić.Opis fragmentu walk o Kołobrzeg, pt. „Kołobrzeskie piekło”, podaje autorka wielokrotnie cytowanego już pamiętnika.

11 marca 1945 r.

...Jeżeli przeżyję to piekło, uwierzę, że czuwają dobre bogi. Od pięciu dni nie myłam się. Mój szynel jest jak skorupa — błoto, błoto... Kiedy nareszcie wyprostuję grzbiet i przestanę czołgać się, przemykać chyłkiem?...

Przenieśliśmy punkt obserwacyjny do grobowca. Cholernie miłe towarzystwo — te szwabskie truposze; świetnie przespałam się na trumnie...

Kłopoty są z potrzebami fizjologicznymi: ich trzech i ja jedna... Żołnierze mnie nauczyli, jak to załatwiać. Najpierw wysuwa się z grobowca karabin z hełmem. Jak snajper swoje odpali, biegiem za grobowiec. Droga powrotna taka sama...

Próbowałam wymacać tego drania na drzewie, strzelając zza grobowca z automatu. Wiem, gdzie siedzi: po prawej stronie, między koronami dwóch drzew. Wiktor też próbował; nie udała mu się sztuczka z karabinem i hełmem i oberwał w rękę. Całe szczęście, że tak się skończyło. Boję się, że będzie zakażenie, bo nic poza osobistym opatrunkiem nie miałam...

 

13 marca 1945 r.

...Wiwat Łysakow! Zdjął od rana snajpera. Wisi na konarach, a ja mam jego lornetkę. Idę do sztabu po drucie...

14 marca 1945 r.

...Niech wszystkich fryców wydusi wreszcie jakiś pomór! Czy doprawdy nie skończy się ta wojaczka? Zbrzydło mi błoto, krew i ten ustawiczny huk. Nie mam nic do stracenia, ale pięknie dziękuję za kopczyk w Kolbergu. Nie uśmiecha mi się nawet »dwochspalnyj« grobowiec. Merci!...

Nasi są przemęczeni i wściekli. Wczoraj cały dzień zamiast wody wypijaliśmy trofejny sok i kompot z piwniczki jakiejś gospodarnej Frau...

Natłukli nam żołnierza, ale i im się oberwało. Sanitarki zabrały dziś wielu rannych Niemców. Rozmawiałam z jednym oficerem w lotniczym mundurze. Udawał frajera; przebrany w żołnierski płaszcz zapewniał, że nie chciał wojny. Mówił, że ma 21 lat i pochodzi z Bawarii. Też mi rówieśnik się znalazł: ryży świntuch!...

Nasze haubiczki dają.szwabom takiego łupnia, że przyjemnie patrzeć. Już zostało tylko do zdobycia wejście do portu... Łatwo napisać »zostało«! Ile dni jeszcze będziemy się tłuc w tych murach?

...Wojtek K... utonął w kanale, Jurek i Staszek ranni od min; rannych żołnierzy wożą furmankami. A tak chcieli się wykąpać w morzu!

Trochę pomagałam dziś przy transporcie oślepłych. Straszne...

15 marca 1945 r.

Z tego miasta niewiele już zostało.

Wygląda nie lepiej niż Warszawa... Przywieźli dziś pociski i będziemy tłuc dalej. Spychamy szwabów do morza. A szkoda wody — zabrudzą parszywcy! Och, jak ja ich nienawidzę!

I o czym myślą łaskawcy w Berlinie? Czy nie zdają sobie sprawy, że Rosjanie i tak im łeb ukręcą?...

Jestem już prawie głucha od ustawicznego huku. I strasznie zmęczona... Jeśli nie zapaskudzili morza minami i trupami, choć jeszcze zimno, wykąpię się. Wszyscy to sobie obiecujemy...”

Toczyły się zacięte walki o każdą dzielnicę hitlerowskiej twierdzy. Powiewy wiosennego wiatru niosły zamiast ożywczych zapachów dym, swąd, zaduch krwi. Na zawalonych gruzem ulicach leżała pościel, sprzęty domowe. Wiatr roznosił pierze podartych pierzyn niemieckich.Nie było chwili wytchnienia, poszczególne pododdziały raz po raz zrywały się do szturmu. Ciągle zmieniając stanowiska ogniowe, wykrywając nowe cele, czołgając się wśród ruin, żołnierze polscy, a wśród nich i kobiety-dowódcy plutonów, zmęczeni do granic wytrzymałości, nie zaznali chwili spokoju. Przeżycia każdej z nich podczas walk w Kołobrzegu to temat godny oddzielnej książki.

 

Po podejściu 7 pułku pod Kołobrzeg podporucznik Gołębiowska w związku z chorobą dowódcy obejmuje czasowo dowodzenie kompanią.

Zgodnie z zaleceniami mają być formowane grupy szturmowe. Na razie trzeba jednak rozlokować żołnierzy, wyznaczyć im stanowiska i czekać na rozkazy. A ponadto, co najważniejsze, nawiązać łączność z sąsiadami. Najbliższym sąsiadem na lewo jest 6 kompania.

Wyrusza więc Ola do chor. Kotlarskiego, na jego punkt obserwacyjny.

„...Nie umiem sobie uzmysłowić co się stało. Usłyszałam tylko jakiś suchy trzask... Ocknęłam się w sztabie pułku...” — relacjonuje. (3)Relacja por. rez. A. Gołębiowskiej z 1963 r. oraz MiD WIH,. IV/44/137, s. 10. Dowódca pułku, który przyszedł do sztabu ze swego punktu obserwacyjnego, pokiwał głową nad kontuzjowaną Olą. Jej największą troską, o której nie omieszkała dowódcy zameldować, było to, że jej kompania została bez dowództwa.

— Nie martwcie się. Odpocznijcie, zostańcie w sztabie. Przydacie się tutaj — zapewniał pułkownik.

„...Pierwszym zadaniem, które zlecono mi w sztabie, było uszycie biało-czerwonej flagi dla grupy szturmowej, mającej atakować kościół św. Jana. Na pewno było to potrzebne i ktoś musiał uszyć tę flagę, jednak nie po to męczyłam się tyle miesięcy na pierwszej linii, by teraz zostać szwaczką pułkową...”

Już następnego dnia Gołębiowska wróciła do swojej kompanii.

Pozycje kompanii rozmieszczone były wokół kościoła. Zmieniono stanowiska moździerzy, ustawiono je teraz na betonowym placu. Ppor. Gołębiowska sprawdzała, jak rozmieścili się moździerzyści.

„...To nieprosta sprawa moździerze na betonie — pisze w swej relacji... — Byłam przy moździerzach, gdy usłyszałam rżenie koni w pobliskiej szopie. Żal mi się ich zrobiło i postanowiłam je wypuścić. Jeden pocisk wystarczyłby, by zamienić tę szopę w gruzowisko...”

Ale nie końmi się zajęła. W szopie leżeli ranni, wśród których Ola zauważyła Kotlarskiego. Natychmiast zajęła się ratowaniem kolegi.

 

— Nie dam rady wyciągnąć cię, Edek, muszę pod ciebie podsunąć deskę. Zaraz zawołam kilku chłopaków, by was stąd zabrali. Co za idiotyzm, w takiej budzie ich położyć! — narzekała Ola. — Od podmuchu się zawali.

Już nadbiegali żołnierze, których przywołała.

Gdy z trudem unosząc rannego kolegę Ola podsuwała pod niego deskę, w szopę — zgodnie z jej przewidywaniami — uderzył pocisk. Spod zwaliska słychać było krzyk rannych i rżenie uwięzionych koni.

„...Jak długo wygrzebywałam się — nie wiem. Dowlokłam Kotlarskiego na plecach do punktu opatrunkowego. Razem pojechaliśmy do szpitala, bo i ja byłam lekko ranna. Do dziś małe odłamki przypominają mi ten kołobrzeski dzień... Po czterech dniach wróciłam jednak znów do pułku...”

Po zameldowaniu się u dowódcy pułku Gołębiowska usłyszała rozkaz:

— Zostajecie w sztabie!

— Obywatelu pułkowniku, w naszej kompanii brak dowódcy, dwóch dowódców plutonów. Do dnia mego ranienia poległo trzynastu żołnierzy... proszę...

— Zostaniecie w sztabie!

— Nie, nie zostanę! Proszę... — i po raz pierwszy od chwili przybycia do pułku Ola wybuchła głośnym płaczem.

A gdy dowódca wyszedł, Ola po prostu uciekła ze sztabu. Ale jak dostać się do swojej kompanii? Gołębiowska nie wiedziała, gdzie jej szukać. Z pododdziałów wyłaniano grupy szturmowe, które walczyły w różnych miejscach. Zwraca się do łącznościowców i pod wieczór, po kablu telefonicznym, dociera do sztabu 2 batalionu.

Dach jednopiętrowego budynku, w którym kończył się kabel, stoi w płomieniach. Ola wpada do środka. Nie ma nikogo. Zaczepia nogą o przewód, który prowadzi w dół, do piwnicy.

Kopci mała lampka, a na podłodze śpią twardym snem skurczeni oficerowie sztabu. Zmęczenie walkami dawało się coraz bardziej we znaki. Każda chwila, w której można było gdzieś się oprzeć, usiąść, wykorzystywana była na drzemkę.

— Wstawajcie! — krzyczy Ola, trącając śpiących. — Pali się!

W 10 pułku, który od 13 marca wszedł do walk o Kołobrzeg i stale zmieniał pozycje, przesuwając się coraz głębiej w centrum miasta, trwają wraz ze swymi żołnierzami Cesia Wulf i Mila Gierczak.

W ciągu dwu dni walk wielokrotnie zmieniają się pozycje moździerzy plutonu Cesi, raz po raz na czele swych fizylierów naciera na poszczególne domy Mila.

Pułk stoi teraz przed parowozownią. Zdobycie jej otwiera drogę oddziałom spychającym nieprzyjaciela ku morzu.

Po południu 14 marca, po krwawych zmaganiach, parowozownię zdobyto.

Dalsze natarcie 10 pułk prowadził na północ od parowozowni. W nocy z 15 na 16 marca na skutek przegrupowania pułk znalazł się w środku ugrupowania dywizji. W nocy, podczas przerwy w walkach, formowano grupy szturmowe, na których czele stanęli dowódcy kompanii.

Nieliczni fizylierzy z plutonu Emilii Gierczak zostali przydzieleni do grupy szturmowej porucznika Popowa. Podporucznik Emilię Gierczak dowódca pułku przekazał do dyspozycji szefa sztabu podpułkownika Zalubowskiego, jako oficera łącznikowego.Mila jest dobrym dowódcą. Tyle ciężkich chwil przeżyła ze swymi żołnierzami, tak boleśnie odczuwała, gdy któryś z nich został ranny, poległ. Odsunięcie od bezpośredniej walki, od tych, z którymi zżyła się jak z braćmi, odczuwa jako krzywdę. Nie chce, by traktowano ją jako słabą kobietkę.

 

— Obywatelu pułkowniku, nie mogę opuścić moich żołnierzy!

 Ależ, dziewczyno, jesteś zmęczona, zostań w sztabie.

— Tam, gdzie pójdą moi żołnierze, tam pójdę i ja — upiera się Mila. Jest wyraźnie podenerwowana.

Pułkownik Potapowicz bardzo ceni Milę, zna ją i wie, że jest wytrzymała, odważna i że nie brak jej doświadczenia. Nieraz już chwalił ją za doskonałe wypełnienie zadań, zwłaszcza w zwiadzie. Sprawna fizycznie, pełna fantazji, zadziorna dziewczyna imponuje. W to, że da sobie radę, pułkownik nie wątpi, pragnie jedynie ją ochronić. Ale Mila nie ustępuje. A że na tłumaczenie nie ma czasu, dowódca godzi się na udział Mili w ataku.

Zadaniem grup szturmowych jest opanowanie zakładów farmaceutycznych.

Pierwsze próby ataków załamują się pod silnym ostrzałem niemieckim. Dopiero po południu, po wprowadzeniu do akcji czołgów, rusza natarcie na „biały dom”. *Tak żołnierze nazywali zabudowania zakładów farmaceutycznych, znajdujące się na drodze do kolejnego celu natarcia. Tego dnia słońce zachodzi krwawo nad zasnutym dymem Kołobrzegiem. Niemieckie gniazda oporu zieją nieprzerwanym ogniem.

W biegnącej do ataku grupie por. Popowa Miła jest na lewym skrzydle. Przed chwilą spojrzała na zegarek. Jest 17.15. Mocniej naciska czapkę na wysuwające się niesfornie, krótko ostrzyżone włosy.

Z charakterystycznym przymrużeniem oczu ocenia teren, przez który biegnie. Nie ma żadnej osłony. Do okopów niemieckich pozostało do przebiegnięcia jeszcze kilkadziesiąt metrów. Wokół bzykają kule i chciałoby się opędzić od nich jak od nieznośnych much. Pochylona do przodu, na wpol zgięta dziewczyna przyspiesza bieg. Koło niej biegną żołnierze.

Widzi przed sobą zionące ogniem lufy niemieckich karabinów maszynowych. Biegnie jeszcze szybciej, zasypując nieprzyjaciela granatami. Już jest przy okopie, z którego w pośpiechu wycofują się Niemcy. Żołnierze porwani przykładem Mili rzucają się na nich. Strzelają z bliska, a gdy wdzierają się do okopu, rozgrywa się już walka na kolby i pięści. (4)Por. S. Ways, op. cit., s. 207—210.  

Nikt nie zauważył, kiedy Milę dosięgła kula.

Po wyparciu Niemców z transzei żołnierze stwierdzili, że nie ma jej. Znaleźli ją na przedpiersiu transzei — obok leżała nieodłączna, z pietyzmem zawsze czyszczona pepesza. Na skroni dziewczyny, wśród rozrzuconych włosów, krzepła krew.

Poległo wielu, ale śmierć tej dziewczyny głęboko wstrząsnęła jej żołnierzami, kolegami. Cenili ją i lubili za hart, odwagę, bezpretensjonalność.

„...Przed wieczorem przyniesiono zwłoki Mili. Wyglądała tak, jak gdyby spała. Miała naturalne kolorki, tylko w kąciku ust widoczna była strużka zaschniętej krwi... Przemyłam jej twarz... Nie było żołnierza, który nie miałby łez w oczach, gdy salwą honorową z pistoletów żegnaliśmy Milę na zawsze...” — relacjonuje Czesława Wulf.

Gdy 17 marca 10 pułk przeniósł działania w rejon willowej dzielnicy miasta, żołnierze byli bardzo wyczerpani. Czekała ich ostateczna rozprawa z hitlerowcami.

Kompania moździerzy porucznika Tuszyńskiego otrzymała polecenie, by wesprzeć dalsze natarcie. Stanowiska moździerzy wyznaczono na nasypie kolejowym. Ostrzeliwani przez nieprzyjacielską artylerię moździerzyści szukają jakiejś osłony. Są już ranni. Dowódca kompanii poszedł do sztabu, a bez jego zgody dowódcy plutonów nie mogą zmienić stanowisk. Naradzają się, co zrobić. Podporucznik Wulf radzi, by przetoczyć dla osłony puste wagony, które stoją na torze w odległości około 30 metrów.

 

— Ochronimy moździerze, a żołnierze znajdą schronienie pod wagonami — argumentuje Cesia.

— Nie damy rady pod ogniem przetoczyć. „Stary” będzie zły — odpowiadają. — Nie będziemy mogli otworzyć zza wagonów ognia.

— Jak chcecie. Ja sądzę, że nie przeszkodzą w prowadzeniu ognia. Swój pluton muszę osłonić.

Cesia wie, że pusty wagon łatwo przetoczyć. Gdy w dzieciństwie dojeżdżała do szkoły, nieraz, czekając na pociąg widziała, jak robią to kolejarze. Z kilkoma żołnierzami w krótkim czasie ustawia je tak, że dają pełne zabezpieczenie.

W oczekiwaniu na dalsze rozkazy moździerzyści układają się pod wagonami.

Cesia, która od kilku nocy nie spała, czuje, jak ogarnia ją coraz większa senność.

„...Przespałam chyba kilka godzin i obudziły mnie rozrywające się niedaleko pociski artylerii okrętowej. Padały coraz bliżej. W pewnej chwili poczułam lekki wstrząs, ziemia pode mną osunęła się, przysypując mnie. Przez długą chwilę nasłuchiwałam, a gdy odgrzebałam się trochę, stwierdziłam, że nie mogę się ruszyć.

Na nawoływania żołnierzy odpowiedziałam natychmiast, ale chyba nie usłyszeli mnie. Nawoływali nadal. Wreszcie usłyszałam głos chor. Artiomienki:

— Cesia, żyjesz?

— Żyję, ale wyleźć nie mogę...” (5)MiD WIH, IV/44/141, s. 56—58.

Kontuzjowaną Cesię wyciągnęli koledzy. Nie mogła utrzymać się na nogach. Ale większym zmartwieniem była dla niej śmierć szeregowego Sobkowa i ranienie jednego z celowniczych.

Z chwilą gdy zaczęły się walki o każdy dom, piwnicę, ogród — moździerze stały się nieprzydatne. Moździerzyści szli do ataku w szykach piechoty.

„...Gdy po złożeniu ślubowania nad morzem pułk nasz przeszedł na odpoczynek, moim największym marzeniem było, by już skończyły się walki. Przybywało uzupełnienie, które znów trzeba było przeszkolić. Tak żal mi było moich chłopców, którzy polegli. Nie chciałam, by tych nowych, do których znów się przywiążę, spotkał podobny los... Ale to były tylko moje pragnienia. Wojna jeszcze trwała...” (6)Relacja ustna por. rez. C. Wulf z 1963 r.

 

NA BERLIN

 

Ostatnia faza wojny — operacja berlińska zaczęła się dla jednostek 1 armii WP w połowie kwietnia 1945 roku. Na kierunku berlińskim znalazły się wszystkie związki taktyczne i samodzielne jednostki armii.

W pogodne dni kwietniowe ciągnęły oddziały. W wyludnionych miasteczkach i wsiach niemieckich ujadały głodne psy. Na polach błąkało się opuszczone bydło. Wzdłuż dróg i szos leżały porzucone przez ewakuowaną ludność walizy, przedmioty osobistego użytku. Wzbijały się tumany pierza, które przylepiało się do mundurów i spoconych twarzy maszerujących żołnierzy. Zaczynały się nowe walki o ostateczne pokonanie oporu nieprzyjaciela, o zniszczenie faszyzmu w „jego leżu” — jak głosiły gazety frontowe. Wejście na tereny nieprzyjaciela niosło za sobą konieczność dodatkowej, wzmożonej czujności, nierzadkie bowiem były wypadki, gdy żołnierz pragnący napompować wodę ze studni zostawał przy niej na zawsze, rozerwany granatem, sprytnie i przemyślnie uwieszonym przy pompie. Z lasów, w których ukryły się rozbite jednostki hitlerowskie, raz po raz na maszerujące oddziały padał znienacka ogień dobrze zamaskowanych dział i czołgów.

Kwatery we wsiach nie dawały odpoczynku. Czaiły się w nich zasadzki: miny, granaty zawieszone na klamkach wewnątrz pomieszczeń; wszędzie panował straszliwy nieład, który trudno było zlikwidować.Ci spotykani Niemcy, którzy nie opuścili swych domostw i gospodarstw, wkładali co prawda na rękaw białą opaskę i pokornie zgięci zapewniali, że „Hitler kaputt”, lecz z nienawiścią patrzyli na naszych żołnierzy. Byli i tacy, których terror faszystowski dotknął osobiście, którzy potracili najbliższych, zakosztowali pobytu za drutami obozów i teraz przeżywali klęskę hitlerowców jako osobistą satysfakcję. Ci jednak nie zawsze od razu deklarowali się jako antyfaszyści. Zdawali sobie sprawę, że jako Niemcy nie budzą zaufania, że zdeterminowany żołnierz, pomny krzywd osobistych, utożsamia ich ze zbrodniarzami Oświęcimia, Majdanka, Treblinki, warszawskiego getta. Że nie da wiary deklaracjom, że tylko czynem dowieść mu można będzie, iż czerw faszyzmu nie stoczył do końca całego narodu niemieckiego.

 

W zdobytych miejscowościach oddziały nie zatrzymywały się długo. Jedno-, najwyżej dwudniowe odpoczynki dostarczały jednak wielu przeżyć.

Chorąży Maria Górniak i chorąży Irena Waszczuk, które dowodziły plutonami cekaemów w 7 kompanii 3 batalionu 8 pułku piechoty, starały się być zawsze razem. We dwójkę było raźniej.

Zapadał zmierzch, gdy zmęczone po walce rozlokowywały swe plutony w ogrodach na skraju Alt Wriezen.

Na progu domu, w którym dziewczętom wyznaczono kwaterę, stała starsza już wiekiem, siwa, schludna Niemka. Z uwagą patrzyła, jak dziewczęta wydają rozkazy żołnierzom. Nie wiadomo, dlaczego nie ukryła się, tak jak to zrobiła większość mieszkańców; gdy dziewczęta podeszły do domu, otworzyła drzwi i gościnnym gestem zaprosiła je do środka.

Nie patrząc na nią weszły. Marysia, która znalazła się ostatnio ze swym plutonem w opałach, już na progu zaczęła rozpinać mundur.

Zrzuciła go i razem z Ireną, której opowiadała o przebytym boju, rozglądały się, gdzie można by się umyć.

Milcząca dotychczas Niemka, widząc Marysię w koszuli, Zapytała ze zdziwieniem:

- Sie sind eine Frau. Warum kommandieren sie also Manner? Das kommt doch nirgends vor... *Pani jest kobietą. Dlaczego więc dowodzi pani mężczyznami? To niespotykane...

Pogodna z natury Marysia na dźwięk słów Niemki odwróciła się wstydliwie.

— Czego chce? — zapytała Irka.

— Interesuje się nami, dziwi się, że dowodzimy mężczyznami.

Niemka zakrzątnęła się.

— Sie sind gewiss sehr mude. Vielleicht wollen Sie warmes Wasser? *Jesteście zapewne bardzo zmęczone. Chciałybyście może ciepłej wody?

— Danke — odpowiedziała Marysia. I wysilając pamięć, by dobrać odpowiednie słowa niemieckie, dodała: — Ihre Gefalligkeit brauchen wir nicht... **Niepotrzebne nam są pani usługi.

— Ty znasz niemiecki? — zapytała Irka.

— Uczyłam,się trochę. Ale już nie pamiętam wiele.

— Słuchaj, może ona coś ciekawego opowie, porozmawiaj z nią — proponowała Irka.

Patrzyły na siebie: dwie polskie młode dziewczyny i stara Niemka, która jak gdyby rozumiejąc ich dialog zaczęła znów mówić:

— Man hat mich so viele Male gedemutigt... Ich habe meine ganze Familie und alle meine Freunde verloren...

— Dwie duże łzy potoczyły się po jej twarzy. — Ich bin auch eine Frau, und bitte, dass sie mein Haus nicht missach-ten... ***Tyle razy mnie upokarzano... Straciłam całą rodzinę i wszystkich przyjaciół... Ja też jestem kobietą i proszę nie gardzić moim domem.

Irena patrzyła pytająco na Marysię.

 

— Dlaczego ona płacze?

— Prosi, żebyśmy nie wzgardziły jej gościnnością, mówi, że straciła całą rodzinę.

— Zawracanie głowy, a kto im kazał wojować? Teraz się płaszczą i udają ofiary.

— Daj spokój, stara kobieta. Licho ją wie, jakie były jej prawdziwe dzieje. Widzisz, nawet nie uciekła...

— Myślisz, że tylko dlatego, że ma czyste sumienie? A gdzie to poginęli jej najbliżsi? Pod Moskwą czy pod Warszawą?

— Zapytam.

Ale zanim Marysia zdążyła ułożyć odpowiednie pytanie, zapukano do drzwi. Wszedł żołnierz.

— Obywatelko chorąży, przyniosłem gorącą wodę. Kapral prosił zapytać, gdzie obywatelka chorąży będą spali, w chacie czy w stodole? Bo nie wie, gdzie posterunek wystawić.

— W stodole, jak zwykle. Zaraz tam przyjdziemy.

— Odmeldowuję się... — żołnierz stuknął obcasami.

Gdy Irena zaczęła się myć, Niemka wyjęła z szafy czyste ręczniki, prosząco patrząc na dziewczynę.

Skorzystały z miękkich, frotowych ręczników, z nożyczek. Nie tknęły podsuniętego kawałka mydła ani wody kolońskiej.

Z rozmowy dowiedziały się, że Niemka straciła dwóch synów na froncie, że mąż jej zginął podczas bombardowania, że siostra z siostrzenicą przed dwoma dniami zginęły w sąsiednim domu, rozwalonym przez pocisk.

Ze łzami przyjęła suchary, które Marysia wydzieliła jej ze swej „żelaznej porcji”.

Rozstały się, jak gdyby pogodzone, jak gdyby nie pamiętając o wzajemnej nieufności.

W stodole, gdy Marysia i Irka ułożyły się obok siebie, do późna słychać było ich szept. Marysia z wrodzonym poczuciem humoru opowiadała o zabawnych wydarzeniach.

Była bystra, umiała patrzeć na życie z humorem. W jej plutonie najczęściej się śmiano. Podobnie jak Irena, swą dzielnością, niezałamywaniem się w trudnych sytuacjach, doskonale wpływała na żołnierzy.

„Jeśli można mówić, że ktoś walczy jak lew — a w tym wypadku jak lwica — to właśnie to określenie jak najbardziej oddaje postawę chorążej Górniak w czasie naszych walk nad Odrą” — stwierdza pułkownik rez. Michał Jekieł, były lektor sekcji polityczno-wychowawczej 8 pułku. (1)Relacja ustna z 13 listopada 1963 r.

Istotnie, jej opanowanie i rozwaga niejednokrotnie decydowały o losach plutonu, którym dowodziła. W pułku znana była i szeroko komentowana postawa Marysi, gdy Wraz z plutonem, właśnie niedaleko od Alt Wriezen, znalazła się prawie w okrążeniu. W chwili gdy posuwające się 2 prawa czołgi były zaledwie o 50—70 metrów, chorąży Górniak z całym opanowaniem skierowała ogień swych cekaemów na piechotę niemiecką, która nacierała z lewej strony. Rozważne działanie umożliwiło obsłudze dział przeciwpancernych wspierających pluton Marysi powstrzymać czołgi i uniemożliwić okrążenie. (2)Por. K. Kaczmarek, op. cit., s. 243. Po zakończeniu walki Marysia stwierdziła, że rozumie nareszcie, co znaczy skąpać się we własnym pocie, i z humorem opowiadała, jak bardzo się bała, jak dodawała sama sobie otuchy, a obdarowując słuchających uśmiechem zapewniała, że wierzyła, iż nie pozwolą jej zginąć.Walentyna Kowalska przyszła do Wojska Polskiego w czerwcu 1944 roku i rozpoczęła służbę w 9 zapasowym pułku piechoty, skąd przydzielono ją do 4 dywizji artylerii przeciwlotniczej. W dywizji ukończyła kurs samochodowy i od tej chwili rozpoczęła się jej ciągła wędrówka. Cały czas przewoziła działa, amunicję, sprzęt i jak to kierowca, stale była w drodze.

 

„...Nigdy nie miałam takiego pietra, jak podczas forsowania Odry. A przeżyło się już niejedno. Cytadela w Poznaniu, Gryfice to były dotychczas najsilniejsze wrażenia. Jakoś uszło i dojechałam sztudrem  *Popularny skrót nazwy samochodu ciężarowego marki „Studebaker”. aż nad Odrę. Prowadziłam samochód na ślepo... Pod kołami chwiał się »po-dobno silny« most... Myślałam tylko o tym, by doprowadzić wóz na drugi brzeg. Klęłam Niemców i cały świat... Kiedy szczęśliwie wylądowałam — pamiętam jak dziś — splunęłam.

W nagrodę między Odrą i Starą Odrą fryce poczęstowali nas w nocy takim bombardowaniem, że czapki z głowy spadały. A jednak wyszło się cało...” (3)Por. MiD WIH, IV/44/133, relacja Walentyny Zubowicz 2 16 czerwca 1963 r., s. 2 i 3. Walentyna Kowalska-Zubowicz ukończyła służbę w 1945 r. w stopniu plutonowego, odznaczona licznymi medalami. Cała 5-osobowa rodzina Kowalskich została Wymordowana na Wołyniu przez bandy UPA.Doktor Halina Dąbrowska-Sulecka (lekarz pediatra) została zmobilizowana do wojska 9 stycznia 1945 roku w Wawrze i objęła stanowisko szefa służby medycznej batalionu saperów w 1 brygadzie saperów. Zżyta z saperami i rozumiejąca ich ciężką służbę, dr Sulecka (zmarła w 1968 roku) tak relacjonowała wydarzenia nad Odrą: „...Kwaterowaliśmy w ziemiankach kilka kilometrów od Odry. Tam przyjechał do nas na inspekcję generał Bordziłowski, szef wojsk inżynieryjnych 1 armii. Przyjechał do nas także teatr naszej brygady i orkiestra; dyrygowała Ola Obarska, a w zespole występowała Irena Adamczyk. Pozwoliło to nam nabrać dobrego humoru przed największą próbą, jaką było forsowanie Odry...

16 kwietnia ruszyliśmy nad rzekę. Zadanie nasze polegało na przeprawieniu pontonami dywizji piechoty, a następnie wybudowaniu mostu pontonowego.

Niemcy bronili się zaciekle, powodując poważne straty w naszym batalionie. Pracowałam dzień i noc; lżej rannych opatrywałam z felczerem, ciężko rannych po opatrunku przygotowywałam do ewakuacji. Mój namiot sanitarny był przez kilka dni prawdziwym szpitalem...

Najgorzej było 24 kwietnia. Saperzy podjęli budowę mostu na Starej Odrze. Trzy razy ją rozpoczynali i trzy razy Niemcy zniszczyli pracę, silnie nas bombardując. Strat mieliśmy wiele. Myśleliśmy, że nikomu nie uda się wyjść z tego żywym. Wreszcie złapaliśmy na naszym terenie starą babcię z workiem, rzekomo zbierającą gałęzie. Okazało się, że w worku miała' ukrytą radiostację, za pomocą której naprowadzała na nas samoloty. Od tej pory samoloty przestały nam dokuczać.

Poważne straty w naszym batalionie zaalarmowały szefa służby zdrowia brygady, kpt. Cymlika, który pomagał: mi w opatrywaniu rannych...” (4)MiD WIH, IV/44/131, s. 5—6.

 

Zaciekłe walki o każdą niemal miejscowość, pełne bohaterstwa wysiłki żołnierzy wykonujących trudne i skomplikowane zadania bojowe w nie zawsze należycie rozpoznanym terenie, zmęczenie i świadomość, że każdy nierozważny krok grozi, jeśli nie utratą życia, to kalectwem — wyczerpywały siły i nadwerężały odporność.

Wielokrotne ataki i odpieranie kontrataków, forsowanie licznych rzek i kanałów, pokonywanie przeszkód terenowych, pól minowych — wprowadzały żołnierza w stan determinacji. Był w tej walce zacięty i bezlitosny. Miał Przed oczyma całą grozę bestialstwa hitlerowskiego, z którym zetknął się na swym szlaku bojowym.

Niełatwa była w tych warunkach praca polityczno-wy-chowawcza, którą w tym okresie czasu trzeba było prowadzić również pod kątem zapobiegania i przeciwdziałania prymitywnej zemście w postaci gwałtów, grabieży i niszczenia. Trzeba było wyjaśniać i przekonywać, że nałeżna kara nie może polegać na zemście w stosunku do pojedynczych, przypadkowych ludzi, dokonywanej przez pojedynczych żołnierzy, nie mających do tego innych uprawnień — poza własną krzywdą.

Już od walk na Wale Pomorskim wyłonił się problem jeńców; chodziło przede wszystkim o pojedynczych szeregowców czy oficerów Wehrmachtu, wziętych do niewoli w toku walk lub dobrowolnie poddających się. Nienawiść żołnierzy uwidaczniała się zwłaszcza w stosunku do własowców; nie mogli zapomnieć spalonej Warszawy...

Z takimi i wieloma innymi problemami borykał się w tym czasie w swej pracy cały aparat polityczno-wychowawczy.

W 1 armii utarł się zwyczaj, że na czas walk wszyscy oficerowie wydziałów polityczno-wychowawczych dywizji rozchodzili się do jednostek, z którymi razem brali udział w natarciach czy forsowaniu rzek, a niejednokrotnie obejmowali funkcje po poległych i rannych kolegach — zastępując dowódców oddziałów i pododdziałów.

Chorąży Anna Furman, instruktor wydziału polityczno-wychowawczego 2 dywizji piechoty, prosiła swych przełożonych, by przydzielili ją na czas walk do 4 pułku. Z ludźmi tego pułku znała się już z walk pod Warszawą, z przeprowadzanych w nim inspekcji, toteż w ł batalionie (dowódca kpt. Włodzimierz Lola) przyjęto ją jak dobrą znajomą.

Anna Furman, urodzona we Lwowie, od 1939 roku członek Komsomołu, zgłosiła się jako ochotniczka do wojska w sierpniu 1943 roku.

W czasie pobytu w Związku Radzieckim pracowała jako sanitariuszka w izbie chorych w kopalni węgla w Augrenie pod Taszkientem.

Po przybyciu do wojska została instruktorem sanitarnym w 5 pp. Ukończyła szkołę podoficerów polityczno-wychowawczych i objęła stanowisko zastępcy dowódcy plutonu dział 45 mm w 3 batalionie 5 pułku piechoty.

Do 1 batalionu Ania przyszła już nad Odrą. Z pierwszą oficerską gwiazdką, którą dostała w styczniu 1945 roku, z torbą połową i ofiarowanym jej przez zwiadowców zdobycznym walterem — wyglądała bardzo bojowo.Oto fragment jej relacji z tamtych dni.

 

„...O świcie 16 kwietnia zaczęło się nasze przygotowanie artyleryjskie. To, co było pod Warszawą, było niczym w porównaniu z tym, co się tutaj działo. Nie mówiąc już o tym, że byłam bliżej frontu niż wtedy.

Zaczęła się przeprawa... (5)2 dywizja piechoty zajmowała w tym czasie odcinek od m, “k Łysogórki do m. Gozdowice. Por. Wybrane operacje..., s. 301—szkic. Przeciwnik opamiętał się już po nalocie naszej artylerii i bez przerwy ostrzeliwał most z dział. Trzeba było jednak jak najprędzej i w jak największym porządku przeprawić ludzi, sprzęt, amunicję i tabory... Było kilku rannych od odłamków... Na drugim brzegu wskoczyliśmy do poniemieckich okopów, z których Niemców przepędzili już żołnierze radzieccy... Artyleria niemiecka nie dawała nam jednak chwili wytchnienia; rannych było coraz więcej. Sanitariusze nie dawali sobie rady z wynoszeniem ich do stojącej w pobliżu stodoły...” (6)MiD WIH, IV/44/129, s. 31—32.

I wtedy chorąży Furman przypomniała sobie o swojej drugiej, a właściwie pierwszej specjalności wojskowej,, wzięła zapasową torbę sanitarną i skokami przedostała się do stodoły.

A tam w zaduchu krwi jęczeli ranni, prosząc o wodę. Choć tak bilsko była rzeka — wody jak na lekarstwo. Z trudem nadążający z opatrywaniem sanitariusze przyjęli pomoc Ani z ulgą. Przybyła jeszcze para rąk, tym bardziej że zawsze flegmatyczna Ania tym razem z wielką energią i pośpiechem zaczęła porządkować posłania ze słomy, pomagać w zmianie przesiąkniętych krwią opatrunków. Ta noc szczególnie zapisała się w jej pamięci.

Do 1 batalionu wróciła, gdy przygotowywał się do przeprawy przez Starą Odrę, zajmując pozycje na podmokłej łące, która oddzielała drogę i budynki od rzeki ujętej w wysokie nadbrzeżne wały.

„—Na tej łące, dokładnie przestrzeliwanej przez niemieckie cekaemy, poległo wielu naszych żołnierzy, szczególnie z 3 batalionu 4 pułku. Widziałam już wielu rannych, wiele nieszczęść i tragedii. Po raz pierwszy jednak zetknęłam  się bezpośrednio ze śmiercią tych, z którymi przed chwilą jeszcze się rozmawiało. Nie do przyjęcia była świadomość, ze oto młody absolwent szkoły oficerów polityczno-wychowawczych w Łodzi chorąży Stolarski, który na parę dni przed forsowaniem Odry przybył do pułku, nie uśmiechnie się już po chłopięcemu, nie zasalutuje sprężyście...” (7)Tamże, s. 33.

Cóż można było zrobić — prawa wojny są nieubłagane.

Chorąży Furman wyjęła książeczkę oficerską z kieszeni munduru poległego i przepisała adres matki; wiedziała jedynie, że Stolarski pochodzi z Warszawy.

Wieczorem, w sztabie batalionu, przy kopcącej świeczce, po raz pierwszy w życiu pisała do matki, która straciła syna. A potem już do końca wojny — tak się utarło — zawiadamianie rodziny o śmierci poległych z 1 batalionu przypadło jej w obowiązku.

 

Ale były i przyjemniejsze chwile, gdy pisała wnioski o awanse i odznaczenia. Taka pomoc bardzo była potrzebna zastępcy dowódcy batalionu do spraw polityczno-wychowawczych ppor. Leonowi Ekierowi, który i tak, jak każdy zastępca dowódcy pododdziału, miał wiele pracy i problemów do rozstrzygnięcia.

„...Ten okres mojej służby zapamiętałam jako pełen ruchu, przeżyć tragicznych i wesołych, umocnienia frontowych przyjaźni, zadowolenia i satysfakcji nawet, że potrafię zdać egzamin nie tylko w wydziale politycznym, że przydałam się i nie stchórzyłam na pierwszej linii...” — kończy swą relację Anna Furman.

To uczucie przydatności, ba, pełnej świadomości, że kobieta potrafi sprostać zadaniom dowódcy męskiego pododdziału, towarzyszyło dziewczętom-dowódcom plutonów. Od czasu walk na Wale Pomorskim nasze znajome — podporucznicy: Ludka Opałka, Larysa Krupicz i Czesława Wulf — przeszły do walk nad Odrą z ustaloną opinią zdolnych i przedsiębiorczych dowódców.

Podporucznik Krupicz niejednokrotnie już umiejętnie przeniesionym ogniem wspierała skutecznie natarcie oddziałów. O świcie 17 kwietnia, gdy 5 kompania po nieudanej próbie opanowania przez cały 2 batalion 8 pp mostu na Starej Odrze zaległa pod morderczym ogniem niemieckim około 100 metrów przed wałem ochronnym, Larysa postanawia przenieść swój punkt obserwacyjny z Altmadewitz do pierwszej linii piechoty.

Zajmuje go w najbardziej wysuniętym do przodu rozwalonym domu, skąd — mając już możliwość bezpośredniej obserwacji gniazd oporu nieprzyjaciela — podaje telefonicznie komendy ńa stanowiska. Z zimną krwią, choć Wokół niej rozrywają się pociski, kieruje ogniem całej już kompanii moździerzy. Mijają minuty pełne napięcia. Już wypatrzył stanowisko Lorki niemiecki strzelec wyborowy.

Pada od jego kul przydzielony jej łącznik. Lorka krzyczy do telefonu, podając kolejny cel.

Coraz ciszej na linii nieprzyjacielskiej,, a po półgodzinie celnego ognia moździerzy piechota podrywa się do natarcia. Tym razem uwieńczonego sukcesem. (8)Por. „Polska Zbrojna” z 30 kwietnia 1945 r. — Komunikat aczelnego Dowództwa WP oraz „Żołnierz Polski” nr 10 z 15— ,„1 marca 1946 r., a także relacja por. rez. Larysy Żakowicz, MiD WIH, IV/44/139, s. 24.

Na liście przedstawionych do odznaczenia Krzyżem Walecznych figuruje nazwisko Larysy.

Kiedy Larysa Krupicz wraca do swych moździerzystów, pierwsza wita ją Ludka Opałka, która wróciła do pułku z Gorzowa, gdzie część 8 pp ochraniała obóz jeniecki.

— Słuchaj', ręce popuchły od podawania granatów. Zrobiłaś generalne pranie frycom. Jak pod Warką, pamiętasz?

— Cholera by ich wzięła! Cierpliwości brak! Dopiero, jak ich potłuczesz granatami, wyłażą z okopów z podniesionymi rękami. Patrzyłam na nich z bliska. Jak wykurzyliście ich, nawiewali co sił — mówi Lorka, pieszczotliwie gładząc lufę moździerza. — A teraz pozwólcie mi się przespać.W następnej walce 2 batalionu o zdobycie wsi Tuchen Lorka postanawia przenieść swój punkt obserwacyjny na strych jednego z domów. Gdy wspina się po drabinie, spostrzega, że na 4 kompanię sunie w kontrataku sześć czołgów, a za nimi piechota niemiecka. W pośpiechu przygotowuje dane i cała kompania otwiera ogień.

 

Kontratak nieprzyjaciela jest bardzo groźny. Koło punktu obserwacyjnego Lorki rozrywają się pociski. Od jednego z nich Larysa Krupicz zostaje ranna w nogę i biodro. Czuje, jak w butach robi się ciepło. Przez parę minut jeszcze kieruje ogniem. Żołnierze podtrzymują ją, gdy słania się osłabiona coraz większym upływem krwi. Rana jest ciężka.

Moi żołnierze znieśli mnie z punktu obserwacyjnego do mieszkania — relacjonuje Larysa. — W czasie opatrunku rozerwał się na podwórzu kolejny pocisk, a jego odłamkiem został raniony opatrujący mnie sanitariusz...” (9)MiD WIH, IV/44/139, s. 25; Por. „Żołnierz Polski” z 28 grudnia — 3 stycznia 1946 r.

Po opatrunku felczer pułku chor. Kozłowski ułożył Larysę wraz z czterema innymi rannymi na furmance, która miała ich odwieźć do najbliższego szpitala polowego.

Do furmanki podbiega Ludka Opałka:

— Lorka, jak się czujesz?

— Boli cholernie! Daj mi papierosa, bo moje gdzieś się zawieruszyły.

— Weź moje. Masz tu suchary i cukier. Licho wie, jak ci tam będzie w drodze!

— Dziękuję ci i zawiadom Franka.

(Wyjaśnić należy, że od walk pod Warką między podporucznik Larysą Krupicz a odważnym zwiadowcą 8 pułku chorążym Franciszkiem Żakowiczem przyjaźń przekształciła się w miłość, uwieńczoną po wojnie szczęśliwym małżeństwem).

— Już wie. Nie mógł przyjść, bo na pierwszej linii. Podaj zaraz numer poczty polowej szpitala — napiszemy. A napisz, jak się czujesz. No, trzymaj się, Lorka, i szybko wracaj!

— Myślę, że się niedługo zobaczymy...

W parę dni później ta sama furmanka odwiozła do szpitala Ludkę Opałkę, ciężko ranną w lewą łopatkę odłamkiem pocisku. (10)Spotkały się w tym samym szpitalu w Bydgoszczy. Po roku leczenia brały udział w walkach z bandami: ppor. Krupicz wraz ze swym mężem kpt. Franciszkiem Żakowiczem w 65 pułku 18 dywizji w Białymstoku, ppor. Opałka w 8 pułku — na Lubelszczyźnie.

„...18 kwietnia — środa: Przenieśliśmy się do Neu Lietzegoricke — bombardowanie: szofer Trochimowicz ranny”.

Taki krótki zapis znalazł się w przechowanym kalendarzu frontowym zmarłej po wojnie podporucznik Ireny Jackowskiej, zastępcy dowódcy batalionu do spraw połityczno-wychowawczych 1 samodzielnego pułku łączności.

Cały czas z armią, niewidoczne i nieocenione telegrafistki, telefonistki, radiotelegrafistki, były wszędzie tam, gdzie toczyły się walki.

 

1 samodzielny pułk łączności zaczęto formować jeszcze w obozie sieleckim, początkowo jako samodzielny batalion, który z czasem przekształcił się w pułk. (11)Rozkaz dzienny nr 1 I samodz. pułku łączności na dzień 4 kwietnia 1944 r., MiD WIH, 1V/44/1, s. 6.

Znalazło się w nim, poza mężczyznami, około 150 dziewcząt z batalionu kobiecego. Były to szeregowe: Kotwica Emilia, Cuber Anna, Sokalska Janina, Kotwica Stefania, Kasprzycka Alina, Romaniszyn Gabriela, Kuliś Helena, Płońska Henryka, Czajkówna Karolina, Grońska Stanisława, Sądowną Stanisława, Gnatko Felicja, Fiedoruk, Prolejko Maria, Werstach Helena, Jadak, Suwaj Anna, Kalinowska, Żurek Wiktoria, Sinicka Anna, Jarosz Helena, Skowron Helena, Szurmij Władysława, Lipska Stanisława, Kutasek, Sieniuch Maria, Kuczyńska Józefa, Szymańska Pelagia, Czarniecka Władysława, Lisowska Maria, Mazurek Helena, Bilińska Katarzyna, Ignatowska, Wójcik Bronisława, Wójcik Karolina, Sumara Kazimiera, Staszewska Renia, Falkowska, Ostasz .Zofia, Madera Stanisława, Rybka Bronisława, Chotyra Anna, Wojnicka Izabella, Stefańska, Cyganik, Szostek, Kolasa Zofia, Łukasik Stefania, Rzemyk Salomea, Gaweł, Grabowiecka, Karmaciuk Maria, Barylska Maria, Krużycka, Sebzda, Sucharzewska Jadwiga, Wilczyńska Stanisława, Tokarska Anna, Lebiedzka Józefa, Karpan, Lewandowska Genowefa, Zelka Helena, Syguła Wanda, Granda Stefania, Olszańska Józefa, Gołębiowska Katarzyna, Lubeł Agnieszka, Perkowska Jadwiga, Skaria Genowefa, Kurzak, Adamowicz, Pobudka Anna, Dunajska Janina, Dziekan Jadwiga, Szajnowska, Kaczkowska, Górska Maria, Habaj Michalina, Berhard Janina, Turbiasz Maria, Szewczuk, Kopczyńska Helena, Karkowska Maria, Żukuć, Nowak, Swiatłowska, Cho-dor Maria, Kobrynowicz Anna, Padzewska Genowefa, Jpsna Anna, Padewska Władysława, Terlecka Stanisława, Wielicka Janina, Stokłosa Zofia, Szura Władysława, Stężka, Niedźwiedzka Józefa, Kret Józefa, Ćwik, Kozioł Anna, Wojas Halina, Stercel, Skrypaj Helena, Radzikiewicz Anna, Zawilińska Apolonia, Fudola Anna, Szyluszon, Kukiela, Zborowska Walentyna, Zawaluk, Górska Helena, Gola Stanisława, Skoczyńska Anna, Kukiełczak Katarzyna, Gębka Helena, Szeliga Weronika, Zdan Maria, Sójka Julia, Kuraś Maria, Rokoszewska Katarzyna, Jarosz Maria, Dębińska Genowefa, Baran Julia, Frank Stefania, Płonka Genowefa, Łombicka Stanisława, Czarniecka Władysława, Kopeć Zofia, Gaczyńska Anna, Liput Genowefa, Nadzikiewicz Maria, Suchodziejska Jadwiga, Maculewicz Walentyna, Liput, Śmigiel Janina, Ochędowska Maria, Butkowska, Chmura Jadwiga, Nędza Weronika, Łęgowska, Kisielewicz. (12)Nazwiska cytowane w kolejności wymienionej w rozkazie dziennym batalionu kobiecego nr 76 z 23 września 1943 r. (CAW, III-138, tecz. 30, s. 47—48). Imiona częściowo uzupełniono na podstawie wykazu szeregowych i podoficerów 1 pułku łącznosci (CAW, III-281, tecz. 3, 4, 6, 7 i 8). Było to jedno z większych skupisk kobiet w 1 armii WP. Instruktorkami, przeszkalającymi dziewczęta, były początkowo Rosjanki, które objęły również stanowiska dowódców plutonów. Funkcję zastępcy dowódcy kompanii sztabowej (telegraficznej) do spraw polityczno-wychowawczych pełniła chor. Irena Jackowska, która po przekształceniu batalionu w pułk została zastępcą dowódcy batalionu telegraficzno-telefonicznego (dowódcą był por. Klusik). W kompanii radiowej zastępcą dowódcy była chor. Helena Pańska.

Niełatwe chwile przeżyły dziewczęta, zanim przy pomocy instruktorek radzieckich opanowały wszystkie tajniki nawiązywania i zwijania łączności, obsługi sprzętu. Instruktorki. m.in. sierż. Aleksiejewa, st. sierż. Lila Snopowa, nie szczędziły sił i niejednokrotnie surowo karciły te, które mniej przykładały się do nauki. Pamiętać należy, że dziewczęta częstokroć ze strachem odnosiły się do nie znanego im sprzętu. Szkolone w grupach, trzęsącymi się, nieśmiałymi i nieumiejętnymi palcami ujmowały klucz aparatu Morse’a, naciskały klawisze dalekopisu czy Bodo, bojaźliwie przekręcały wyłącznik radiostacji.

Najlepszy pod każdym względem był w pułku batalion telegraficzno-telefoniczny. A ogromną zasługę w tym miała Jackowska. Wykształcona, niezwykle taktowna, sumienna, sprawiedliwa i pogodna Irena, dzięki swej niestrudzonej pracy z mieszanym składem osobowym batalionu (większość stanowili mężczyźni), zaskarbiła sobie sympatię i szacunek tak przełożonych, jak i podwładnych. Szczególną opieką otoczyła dziewczęta, zdobyła ich zaufanie, wychowała je na dobrych, pełnych poświęcenia żołnierzy. Z pomocą ppor. Leny Pańskiej i chor. Flisowskiego przekształciła batalion w jedną, zdyscyplinowaną rodzinę, zdolną wykonać najtrudniejsze zadania. (13)Por. Kronika 1 samodz. pułku łączności, MiD WIK IV/44/1.

Tej trudnej pracy polityczno-wychowawczej patronował wytrawny wychowawca, kpt. Jan Rabanowski, zastępca dowódcy 1 samodzielnego pułku łączności.

Przez Smoleńszczyznę, a potem Ukrainę, pułk wszedł na ziemię polską. Szkolenie i obsługa ośrodków łączności, oto zadania, jakie stale na nim ciążyły. Na każdym nowym miejscu postoju dziewczęta z batalionu TT (telegraficzno--telefonicznego) zakładają nowe gospodarstwo. Wdrożone w tryby porządku, któremu patronuje podporucznik Irena, nawet na drzwiach piwinicy, w której pracują, wywieszają tabliczkę: „Nogi wycierać”.

W pokojach, gdzie pracują aparaty Morse’a, widnieje hasło: „Każdy telegrafista powinien być wirtuozem pracy na aparacie”. Z czasem takimi wirtuozami stają się szeregowe: Henryka Płońska i Helena Duchoń. Dziewczęta widziało się tu we wszystkich pododdziałach. Chor. Janina Madej, plut. Janina Kędzierska, plut. Karolina Czajkówna i st. strz. Halina Leńkówna pracowały w sztabie. Milada Chomicz była felczerem pułku. Duża grupa dziewcząt pełniła służbę w pododdziałach gospodarczych.

 

Najcięższą pracę miały jednak kobiety-kierowcy. Na wiosnę 1944 roku, podczas przenosin jednostki ze Smoleńszczyzny na Ukrainę, zmagały się z buksującymi w błocie wielkimi ciężarowymi fordami i studebakerami. Kiedy wychodziły zza kierownicy, by sprawdzić, dlaczego samochód grzęźnie, same zapadały się po kolana w błoto. Czasem całymi godzinami próbowały wyprowadzić wóz z rozjeżdżonych błotnistych kolein, z lejów po bombach. Prowadziły swoje wozy z fantazją, solidarnie pomagając kolegom w szoferskiej biedzie, choć nieraz w nocy cicho popłakiwały, śmiertelnie zmęczone.

Rzadko zdarzało się, by ktoś korzystający z dobrodziejstw łączności dochodził, któ kryje się za kryptonimem. Telefonistka, która nie mogła połączyć denerwującego się abonenta, niejednokrotnie narażona była na gruhiaństwa. Nie opuszczała swego aparatu, cierpliwie wywoływała — aż do skutku — kryptonimy jednostek.

Kryptonimy te były różne. Komuś, kto przysłuchiwałby się z boku rozmowom telefonistek — wspomina Irena Jackowska — mogłyby wydać się śmieszne te ciągłe nawoływania: — „Parobek”, „Parobek”, daj „Siano”! — lub też nieporozumienia wynikające niekiedy, gdy jednostkę polską wywoływała sąsiadująca jednostka radziecka. Oto przykład:

— Dajtie „Orioł”!

— „Orzeł” słucha.

Trzask odłożonej słuchawki, i znów:

— Dajtie „Orioł”!

— „Orzeł” słucha.

Chwila ciszy, a po chwili:

— Diewuszka, ja że was proszu, dajtie „Orioł”!

— „Orzeł” słucha.

— Na czorta mnie wasz „Orzeł”, mnie „Orioł” nużen!

Nikt nigdy nie zastanawiał się, ile wysiłku kosztowało kompanię ruchomych środków łączności segregowanie pakietów, które w pośpiechu trzeba było ekspediować: przez główną składnicę przechodziło ich około 1000 dziennie. Pracujące tam dziewczęta, plut. Falkowska, kpr. Lisowska i kpr. Borowska, raz po raz dostawały pochwały. Po prace, podobnie jak inni żołnierze pułku, dziewczęta pełniły służbę wartowniczą.

..Łączność — nerw armii” — głosiło hasło. I cały czas z armią, zapewniając utrzymanie łączności między sztabem armii a jej związkami taktycznymi oraz sztabem Frontu, 1 samodzielny pułk łączności dotarł aż nad Odrę.

18 kwietnia ośrodek łączności obsługiwany przez batalion TT rozmieszczono w Neulietzegoricke.

Do każdego domu, w którym była centrala telefoniczna lub przewodowy aparat telegraficzny obsługiwany w zasadzie przez jedną telegrafistkę, prowadziło kilka linii (przewidziano linie zapasowe na wypadek zniszczenia). Żołnierze z kompanii kablowej mieli za zadanie naprawę uszkodzeń.

W nocy z 18 na 19 kwietnia miejscowość znalazła się pod morderczym bombardowaniem niemieckim; widać nieprzyjaciel wykrył ośrodek.

Rozszalało się takie piekło, jakie trudno sobie wyobrazić. Z jednego walącego się domu przeskakiwałam do drugiego, by sprawdzić, czy żyje jeszcze samotna dziewczyna przy aparacie. Trwały przerażone, wywołując wśród huku bomb kryptonimy... Gdy się zjawiałam, przyjmowały z ulgą moje przybycie. Przez kilka godzin trwało bombardowanie, ale żadna z nich nie opuściła swego stanowiska. Osłaniały aparaty od gruzu własnymi płaszczami...” — relacjonuje Jackowska. (14)Relacja ustna z 1964 r.

A w dwa dni później podporucznik Jackowska w zdobycznym niemieckim kalendarzyku, gdzie przy dacie „20 April” widnieje informacja „Geburstag Adolf Hitlers”, notuje: „m. Sonnenburg — rozwijamy ośrodek łączności w letniej rezydencji Ribbentropa”.

 

Ofiarną pracę dziewcząt z jednostek łączności doceniali wszyscy.

Dzięki ich pomocy, ich wysiłkom, do oddziałów docierały rozkazy. Poznawały mnie po głosie, gdy tylko powiedziałem pierwsze słowo. Meldowały o braku łączności, o ej nawiązaniu podczas walk. Z całym szacunkiem jestem dla tych dziewcząt, znanych mi tylko z różnych kryptonimów »Brzóz«, »Swierków«...” - stwierdza b. dowódca 1 armii generał Stanisław Popławski. (15)Relacja ustna z 1964 r.

W „Polsce Zbrojnej” z 30 marca 1945 roku (nr 55) na stronie 2 znajdujemy taką relację korespondenta:

„Gdy odwiedzamy pewną frontową jednostkę łączności, z-ca d-cy d/s pol.-wych. por. Trębacz prowadzi nas w pierwszym rzędzie do swych »córeczek«, telefonistek i radiotelegrafistek.

— Nie oddałbym jej za pięciu chłopców — mówi ppor. Wilk o Hali Jurkowskiej. — Pracuje jako podoficer pol.-wyćh., wzorowo obsługuje centralę, a gdy brak mi ludzi na linii, to i tam radzi sobie lepiej od niejednego mężczyzny.

Sierż. Halina Jurkowska — 20-letnia córka rolnika, przed służbą w regularnej armii przeszła wraz ź bratem dobrą szkołę w oddziałach partyzanckich Czernaka i Satanowskiego.

Podczas boju o Kołobrzeg pracowała pod ogniem w pierwszym rzucie po 12—16 godz. na dobę, za co przedstawiono ją do odznaczenia Krzyżem Walecznych.

Nie jest ona wyjątkiem wśród swych koleżanek...

Kazia Bednarowska, na oko chuchro, za Warszawę, gdzie pracowała pod ostrzałem, dostała Krzyż Walecznych.

Maria Garkin ma Medal »Zasłużonym na Polu Chwaiy«, Agnieszka Koza przedst. do odznacz, za męstwo na Wale Pomorskim i w Kołobrzegu”.

27 kwietnia 1945 roku 10 pułk piechoty 4 DP miał nacierać wzdłuż drogi prowadzącej z Berger Damm do Warsów. Nieprzyjaciel był na tym odcinku dobrze umocniony i na pierwszy atak pułku podjęty około południa odpowiedział morderczym ogniem. Gdy ogień umilkł, piechota zerwała się do natarcia i znów została ostrzelana.

Ataki 1 batalionu wspiera 1 kompania moździerzy 82 mm. Podporucznik Czesława Wulf ma swój punkt obserwacyjny na płaskim terenie, między rowami melioracyjnymi, osłonięty nieco łoziną. Po nieudanym natarciu 7 i 8 kompanii 3 batalionu w kierunku wsi Lebeofsund, Meigelhorst, Konigshorst Niemcy podejmują kontratak wsparty plutonem czołgów, które rozwijają się na łące i ziejąc ogniem szybko posuwają się na nasze stanowiska. Oto fragment relacji Czesławy Wulf, gdy znalazła się w centrum ostrzału czołgów niemieckich:

„...Widzieliśmy je, jak ruszyły z prawej strony... Zdawaliśmy sobie sprawę z ciężkiej sytuacji. Dział ppanc. w pobliżu nie było, butelek zapalających nie mieliśmy, a prowadzić ognia z moździerzy też nie mogliśmy, by nie zdradzić stanowisk moździerzy; należało je ochronić za wszelką cenę. Żołnierze biorą części moździerzy i czołgając się zajmują pozycje do ewentualnego bezpośredniego odparcia ataku. Czołgałam się i ja, ciągnąc za sobą skrzynkę granatów. Pociski rozrywały się coraz gęściej wokół nas. W pewnej chwili poczułam silne szarpnięcie z lewej strony i straszny ból...” (16)MiD WIH, IV/44/141, s. 63—65.  Do rannej Cesi podpełzł żołnierz z 1 plutonu i na jej prośbę, wyplątując oderwaną rękę z łoziny przywiązał ją ciasno do Cesi.

„...Zrobiło mi się trochę lżej. Żołnierz poinformował mnie, że jest wielu zabitych i rannych. Zaczęłam uskarżać się na ból lewej nogi. A gdy z trudem udało mi się na nią spojrzeć, zobaczyłam, że but jest mocno podziurawiony odłamkami. Wtedy przyczołgał się do mnie celowniczy Żołyński, zawiadamiając, że moździerze nasze są w porządku.Po chwili zostałam sama... Było dziwnie cicho. I nagle usłyszałam urywki jakiejś rozmowy, prowadzonej po niemiecku. Chciałam sprawdzić swoje siły, lećz okazało się, że poruszyć się nie mogłam. Zaczęłam się obawiać, by nie stracić przytomności. Cały wysiłek skupiłam na tym, by w chwili, gdy Niemcy się zbliżą, skończyć z sobą. Ta myśl utrzymywała mnie w stanie świadomości... Potem zaczął padać drobny deszcz...”

 

Dopiero o zmroku do rannej doczołgał się por. Artiomienko z zapewnieniem, że zaraz przyjdą sanitariusze.

Gdy dotarli do Cesi, leżała na wpół przytomna w kałuży krwi. W zaciśniętej prawej ręce trzymała odbezpieczony pistolet. Gdy rozpinali pas, Cesia jęknęła:

— Nie zabierajcie, to prezent od Steciuka. (17)Plut. Andrzej Steciuk z 3 plutonu 1 kompanii moździerzy 82 mm poległ 12 września 1944 r. pod Warszawą. Por. S. Ways, op. cit., s. 303.

Na punkcie opatrunkowym lekarz Kira Kosjan i sanitariuszka Olga Kirów zakrzątnęły się przy Cesi. Odzyskała przytomność i szczegółowo opowiedziała o przebiegu wydarzeń. Nie chciała rozstawać się z pułkiem i prosiła, by nie odsyłać jej do szpitala.

— W drodze do szpitala w Bydgoszczy, w pociągu, zsunął mi się opatrunek. Zobaczyłam, że lewą nogę mam amputowaną do kolana...” — relacjonowała.

Nadeszły ciężkie dni załamania. Lekarzom i personelowi szpitala z trudem udaje się przywrócić Cesi chęć do życia. Po przeniesieniu Cesi do szpitala w Bydgoszczy odwiedza ją Larysa Krupicz. Łączą je cierpienia, łączą wspomnienia z oficerskiej szkoły. Przyjaźń, wzajemne zrozumienie pomagają oprzeć się bólowi, dodają sił do życia.

We wrześniu przyjeżdża do szpitala pułkownik Jakub Wachtel i dekoruje dziewczęta nadanymi im Krzyżami Walecznych i Krzyżami Grunwaldu.

Przez długie miesiące pozostawała jeszcze Cesia w szpitalu. Jakże trudno było się jej przystosować do życia kaleki.

Ostatnie dni kwietnia — decydująca faza walk o podejście do Berlina — zapisały się w pamięci żołnierzy jeszcze jednym epizodem wstrżąsającym w swej wymowie: spotkaniem z więźniami obozu koncentracyjnego w Oranienburgu, wyzwolonego przez jednostki Armii Radzieckiej.

Na pomoc więźniom pozostałym w obozie pospieszył personel służby zdrowia jednostek radzieckich i polskich. Siostra Halina Porajska, pielęgniarka 1 Oddziału Chirurgicznego 1 Ruchomego Szpitala Polowego, znalazła się w obozie tuż po ucieczce Niemców. Oto fragment zapisu z jej zeszytu frontowego:

„...W barakach zostały cienie ludzkie. Są tak wycieńczeni głodem i torturami, że wiadomość o bliskim końcu wojny nie robi na nich wrażenia; nie mają sił wstać z nar...

Na placu koło baraków szopy pełne ubrań, obuwia, a nawet scyzoryków...

Zadajemy sobie pytanie: czy będziemy w stanie pomścić tyle istnień ludzkich? Wojna toczy się teraz co prawda na terytorium niemieckim, ale my nie jesteśmy narodem mścicieli. Już teraz to widać: pozwalamy im spokojnie mieszkać i żyć. Tu w każdej wsi i miasteczku zastajemy całe rodziny niemieckie. Wszyscy są potulni, z przypochlebnymi minami... Na rękawach noszą białe opaski. Nie lubię ich, chociaż i między nimi są na pewno dobrzy ludzie. Większość z nich twierdzi, że nic nie wiedziała o bestialstwach swoich ludzi w Związku Radzieckim, w Polsce, w obozach śmierci, o masowym mordowaniu Żydów. Może ich tumaniono, ale nie wierzę, żeby mogli być tak nieświadomi tych okrucieństw...”  (18)Relacja Haliny Szczudłowskiej, MiD WIH, IV/44/130, s. 37.

Straty oddziałów w walkach, zmęczenie wojną i nowa lekcja poglądowa, jaką był Oranienburg, powodują taką zaciekłość żołnierzy, że chwilami pragnęliby zmienić ziemię wroga w pustynię.

Opis nastroju znajdujemy we fragmentach pamiętnika::

26 kwietnia

Griinefelde. Jeszcze jedna ładna wieś i ładna okolica. Przyjechaliśmy o 7 rano i nie opuszczając samochodów, jemy śniadanie. Nie zapomnę chyba tego śniadania do końca życia, jeśli dane mi będzie przetrwać.

Ludność niemiecka głoduje i dzieci często proszą o jedzenie.

Ledwie otworzyliśmy tuszonkę, zbiegła się ich cała chmara. Kto je nauczył już mówić po polsku: pan, daj kleb.... — licho wie? Ale trzeba było widzieć twarze naszych. Poodwracali głowy. Felek Dziubak, klnąc na przemian po polsku, rosyjsku i niemiecku, zaczął je odganiać. A kiedy Archipow zaczął obdzielać dzieci sucharami, Felek rozpłakał się.

— A mojego kulą poczęstowali — szlochał mi na ramieniu, Ledwie go uspokoiłam.

Ten człowiek tyle przeżył, że trudno się dziwić jego zaciętości. Żonę i dwoje dzieci Niemcy żywcem spalili w chacie, a najstarszego syna rozstrzelali jako zakładnika za to, że Felek był w oddziale partyzanckim.

Co winne są dzieci?...”  (19)Z pamiętnika St. S.

 

SIOSTRO! WODY!

 

Dziewczęta polskie powołane do wojska w 1944 roku podczas poboru na zachodniej Ukrainie otrzymywały różne przydziały: najsprawniejsze fizycznie odsyłano jako uzupełnienie batalionu kobiecego, inne przydzielano do jednostek jako kancelistki, praczki, kucharki. Najliczniejsza była grupa składająca się z około 900 kobiet w wieku od 18 do 35 lat, które wytypowano na kursy pielęgniarskie.

Trudnego obowiązku nauczania ich zawodu pielęgniarskiego na skróconych kursach podejmowali się lekarze. W zależności od tego, który z lekarzy został komendantem takiego kursu, od jego nazwiska kurs nazywano szkołą. Była więc szkoła dr Trawińskiej, dr. Szpilmana i wielu innych. (1)Relacja ustna sierż. rez. Stanisławy Dobrusin z 1963 r. Przeciętnie kurs obejmował grupę 60—80 dziewcząt. Praca z nimi była o tyle trudna, że po raz pierwszy stykały się z wymogami wojskowymi, a więc dyscypliną, regulaminami, których musiały się nauczyć równocześnie ze zdobywaniem wiedzy pielęgniarskiej.

Kobiety posiadające przeszkolenie sanitarne (nawet zdobyte przed 1939 r. w szkole średniej podczas zajęć z Przysposobienia Wojskowego) kierowano bezpośrednio do oddziałów i pododdziałów sanitarnych, gdzie pod opieką lekarzy i pielęgniarek uzupełniały swoje kwalifikacje.

Niełatwo było wdrożyć kursistki w tryby dyscypliny. Wojna i okupacja wywarła swoje piętno na tych młodych kobietach; nauczyła je obchodzenia wszelkich przepisów, szukania wygody osobistej, a po części wyzwoliła egoizm, spryt. Toteż zanim się udało scementować grupę, zblżał się nieraz termin egzaminów, których tak bardzo się bały.

 

Rozwój organizacyjny 1 armii WP i formującej się 2 armii oraz ich przewidywany udział w walkach wymagał odpowiedniego zabezpieczenia dostateczną ilością personelu medycznego.

Po wyzwoleniu pierwszych terenów Polski następuje więc rozwój służby zdrowia. Mobilizacją ogólną objęci są lekarze i pielęgniarki. Rozkaz Naczelnego Dowództwa Wojska Polskiego z dnia 25 listopada 1944 roku zalecał rejonowym komendom uzupełnień mobilizować bezdzietne kobiety (roczniki 1910—1925) i kierować je na kursy pielęgniarskie  (2)W dekrecie PKWN z 15 sierpnia 1944 r. w pkt. 2 lit. „b” i „c” mówi się o mobilizacji kobiet: lekarzy do lat 30 i st. pielęgniarek oraz sanitariuszek od lat 19 do 30. Por. Organizacja i działania bojowe..., t. I, s. 124—125. Tamże, rozkaz org. 09 Naczelnego Dowództwa WP z 19 sierpnia 1944 r. oraz CA W, RKU-Lublin-miasto 1, s. 468.

Ten rodzaj służby,- jak najbardziej odpowiadający psychice kobiet, znajdował liczne ochotniczki. Toteż mimo wielu kłopotów organizacyjnych w formowaniu oddziałów, braku kadr dowódczych, a niejednokrotnie i umundurowania, którego nie starczyło już dla nowo zmobilizowanych kobiet, wojskowa służba zdrowia lat wojennych zdała w pełni trudny frontowy egzamin.

Różne były dzieje pielęgniarek ze szpitali polowych i punktów opatrunkowych. (3)Por. A. Latoszek i J. Płomieniec, Bose i obdarte, Warszawa 1961. Łączyła je jedna wspólna cecha: wielkie oddanie pracy. Gdy z punktów opatrunkowych przywożono rannych do przyfrontowych szpitali, pracowały dni i noce, nie śpiąc, nie jedząc, zapominając o sobie. Gdy brakowało krwi do transfuzji — oddawały bez zastanowienia swoją. Ratowały, opatrywały, spełniały najcięższe posługi, pocieszały, uspokajały. Krzątały się wśród swych pacjentów, wnosząc na sale oprócz lekarstw pogodę, łagodność, serdeczność, tak bardzo potrzebne cierpiącym żołnierzom. Nic też dziwnego, że „siostry” cieszyły się wielką sympatią i na długo zapisywały się w pamięci rannych.

Osiemnastoletnia Stasia Źołędź przyszła do wojska w marcu 1944 roku i ukończyła „szkołę dr. Szpilmana” w grupie 60 dziewcząt. Przydzielona do 32 szpitala potowego (komendant dr mjr Leszczyński był w wojsku razem ze swą żoną Marią — farmaceutką) pod opiekuńcze skrzydła siostry przełożonej chor. Marii Stockinger, zakończyła swoj szlak bojowy wraz ze szpitalem pod Dreznem. Miejsca postoju były różne: Żyrzyn (wówczas Stasia pracowała w i Polowym Szpitalu Ruchomym), Otwock, Piła, Wałcz.

Obsługiwała też pociąg sanitarny. W swej relacji wspomina niestrudzonych i zasłużonych lekarzy: dr. Jerzego Przygodzkiego, dr. Zbigniewa Turskiego i lekarza Armii Radzieckiej, dr. Aleksandra Prochorowa, a przede wszystkim siostrę Marię Stockinger:

„...Była bardzo wymagająca tak w stosunku do siebie jak i do nas. Ale praca z nią była satysfakcją. Wysoko kwalifikowana, potrafiła nie tylko obsługiwać całą salę operacyjną, instrumentować, ale też znaleźć czas na dopił nowanie porządku, na miłe, serdeczne rozmowy z nami. Kiedy padałyśmy ze znużenia, odurzone zapachem krwi, eteru, podtrzymywała nas na duchu słowami: »Ranni na was czekają«. To był bodziec! Łączyła nas wielka przyjaźń wspólnych chwil przy stołach operacyjnych, przy opatrywaniu, przy wynajdywaniu sposobów podtrzymywania na duchu naszych pacjentów. Nieraz odbywałyśmy całe »narady wojenne«, by znaleźć sposób wyprowadzenia z apatii ciężko rannego...” (4)Relacja sierż. rez. Stanisławy Dobrusin z 1964 r.

Tych sposobów było wiele. Po próbach rozmów i wypytywań przez lekarzy i wyczerpaniu przez nich całego arsenału słów dodających otuchy, gdy skutki nie były zado walające, na sali zjawiała się pogodna, niebieskooka, szczuplutka dziewczyna w białym fartuchu, z zawadiackim locz kiem wymykającym się spod czepka i stawiała na stolikach parę zerwanych wiosennych kwiatów. Innym razem przynosiła w kieszeni fartucha jabłko, którego sama nie zjadła, i krając je na cząsteczki, wkładała do spalonych gorączką ust ciężko rannych. A kiedy po bolesnym opatrunku po twarzach pacjentów płynęły łzy, ocierała je jak matka dzieciom.

Jaką satysfakcją było dla takiej dziewczyny, gdy chory, któremu poświęciła nieco więcej uwagi, uśmiechał się, gdy wyrażał chęć jak najszybszego powrotu do zdrowia, by pójść z dziewczyną na spacer.

Czasem te drobne gesty, sprzyjające dobremu samopoczuciu chorego, przyjmowane były jako dowody sympatii, ba, nawet zalotów, i naprowadzały na myśl przeżycia przy gody z naiwną dziewczyną. Czasem zaś dwoje ludzi — nieraz Ciężkiego inwalidę i pełną życia młodą dziewczynę — łączyły więzami, które przetrwały czas wojny i prowadziły do szczęśliwych, pełnych wzajemnego zrozumienia małżeństw.

Obdarzone pamięcią matek, pielęgniarki potrafiły poznać pokieraszowanego żołnierza, który po raz drugi znalazł się w szpitalu.

O takim wydarzeniu pisał w swej relacji Alojzy Sroga z 7 pułku:

„...Byłem ranny w Kołobrzegu. Pierwszy opatrunek po kilku godzinach otrzymałem w batalionie sanitarnym 3 dywizji. Potem - przywieziono mnie do 32 szpitala polowego w Wałczu. Potem byłem znów ranny pod Berlinem i znów po kilku godzinach trafiłem do batalionu. Sanitariuszka pokazała mnie lekarzowi:

— Panie doktorze, tego mieliśmy już w Kołobrzegu.

I niemal identyczna scena odegrała się w 6 polowym szpitalu w Witnicy, z którego wyrwałem w pierwszych dniach kwietnia, po kołobrzeskim ranieniu. Teraz znów tam wróciłem.

I znowu poznała mnie pielęgniarka pracująca z chirurgiem:

— Panie doktorze, to ten, który tak od nas uciekał.

I jak one nas poznawały? Przecież przez szpitale przewijały się tysiące rannych...” (5)MiD WIH, IV/44/161, s. 13—14.

Lżej ranni „konspirowali” z siostrzyczkami. Tylko przy ich pomocy można było wyrwać się z nudnego szpitala i pójść na ryby lub do pobliskiego miasta. Amatorów paradowania w bieliźnie, na którą narzucało się koc, było niewielu (choć i tacy się zdarzali). Zabiegając o względy i snując się jak cienie za pielęgniarkami, przy ich pomocy wydobywali z magazynów mundury. Obciągając bluzy, które nie tak zgrabnie leżały teraz na zagipsowanych rękach, patrzyli z wahaniem, jakie robią wrażenie na swych opiekunkach, przyzwyczajonych do ich widoku raczej w pełnym negliżu. A kiedy udało się namówić siostrzyczkę na spacer, dumnie wypinali pierś: czuli się pełnowartościowi.Najcięższa i najbardziej odpowiedzialna była praca instrumentariuszek, które po każdej bitwie wraz z lekarzami po kilkanaście godzin nie wychodziły z sal operacyjnych.

 

Było to wielkie dzieło przywracania do życia nieraz umierających już żołnierzy. Odpowiedzialność, precyzja w wykonywaniu poleceń lekarzy wymagały stałego napięcia i nie lada wytrzymałości.

W szpitalach chirurgicznych dokonywano trepanacji czaszek, skomplikowanych zabiegów chirurgicznych przy ranieniach w klatki piersiowe, jamy brzuszne. Niejednokrotnie operacje odbywały się równocześnie przy dwóch trzech stołach.

Przed rozpoczęciem operacji pielęgniarki toczyły swoją wojnę z muchami. Tłuste i żarłoczne, towarzyszyły rannym z pola bitwy aż do sali operacyjnej. Przy każdym uchyleniu drzwi wdzierały się i obsiadały rannego, bandaże, operujących...

Po kilku, czasem kilkunastu godzinach instrumentowania instrumentariuszka opadała z sił. Nie nadążała gotować i rozkładać narzędzi. Lekarze zmieniali się, pracowali w pośpiechu. One pozostawały ciągle w zaduchu krwi, ropy, wśród jęków.

Często skomplikowane zabiegi odbywały się przy świecach i lampach naftowych. Lampy kopciły, lekarze denerwowali się, lecz nic nie można było na to poradzić.

Kiedy po kilkudziesięciu godzinach pracy ustawał napływ ciężko rannych, pielęgniarki zasypiały niemal na stojąco, by po krótkim wytchnieniu znów stanąć do pracy.

„...Najcięższa była praca — wspomina siostra Stanisława Żołędź — na oddziałach »czaszkowców«. Przez długie tygodnie nie odzyskiwali przytomności. Oślepli, głusi krzyczeli bez przerwy, zrywali się z łóżek, ściągali opatrunki, a chwilami wyli jak zwierzęta. Nieraz we dwie nie mogłyśmy poradzić sobie z takim nieprzytomnym biedakiem, który bez przerwy zrywał opatrunek... A takich na sali leżało zwykle kilku...” (6)Relacja ustna z 1964 r.

Gdy po wielu staraniach lekarzy i sióstr ranni odzyskiwali przytomność, przychodziły ciężkie dni ich rozterki.

Jakże trudno było opanować drżenie głosu, gdy ociemniały młody żołnierzy, szukając po omacku ręki pielęgniarki, pytał ją, czy będzie widział. Nie wiedziała, jak go pocieszyć. Każde słowo wydawało się jej nieodpowiednie: wiedziała, że wypalone oczy już nigdy nie będą widziały. Rozterkę wielu rannych pogłębiał niejednokrotnie fakt, że nikt na nich nie czekał.

Łatwiej było tym rannym, na których czekały rodziny: matki, żony. A ci, którzy nikogo nie mieli lub nie wiedzieli, gdzie szukać bliskich, ból swego serca spragnionego ciepła i litości zwierzali poznanym w szpitalu pielęgniarkom. Wyznawali im swoją miłość, która rodziła się z wielkiego osamotnienia, szukali dodatkowej porcji wiary w to, że warto żyć.

„...Pielęgniarki i sanitariuszki lepiej rozumiały naszą psychikę ludzi uwięzionych czasowym czy trwałym kalectwem, podejrzewam, że lepiej niż lekarze... — kończy swoją relację Alojzy Sroga”.

Ciężko ranna Czesława Wułf podkreśla w swej relacji, że tylko opiece pielęgniarek zawdzięcza przystosowanie się do nowego życia.

„...One uczyły mnie pierwszych kroków, zakładając protezę. Myły mi głowę i układały włosy, podsuwając lusterko, bym się obejrzała. Wynosiły na słońce, bym się opaliła. Kiedy byłam zupełnie niedołężna, spełniały wszystkie posługi. Pomogły mi przetrwać i wyzdrowieć. Nie pamiętam ich nazwisk, znałam je raczej po imieniu. A to, że żyję, jest wielką zasługą oddanej siostry — sierżanta Wandy Barburskiej...”

 

SŁUŻBA W STOLICY

 

Jakże trudno było rozmieścić batalion kobiecy w zburzonej Warszawie! W nielicznych domach, które ocalały, brak było okien, pieców. Nie było światła i wody. Raz po raz wybuchały miny założone przez Niemców.

Wraz z powracającymi do Warszawy jej mieszkańcami wszystkie niewygody tej surowej zimy znosiły i dziewczęta platerowskiego batalionu.

Pierwszym miejscem postoju był dom na ulicy Koszykowej nr 6. Po sprawdzeniu, czy dom nie jest zaminowany, dziewczęta weszły do sali jadalnej.

„Stół obficie zastawiony: wódki, likiery, wina, talerz z jajecznicą, biały chleb na półmisku, na jednym z talerzy nałożona porcja jajecznicy, nadgryziony kawałek Chleba zdradzały, że uczta została przerwana...” — czytamy' w kronice 1 samodzielnego batalionu kobiecego. (1)CAW, III-138, tecz. 36, s. 10—11.

Trudno było uporządkować bałagan, jaki panował w tym domu. W dwa dni potem batalion przeniósł swą siedzibę do domu przy Alei Przyjaciół nr 6.

Podobnie jak na Pradze platerówki pełniły wartę, patrolowały miasto. Na ulicach leżały stosy mebli, pościel. W śniegu obok trupów polskich i niemieckich leżały potłuczone kryształy, porozrzucane zastawy stołowe, poprzestrzelane, pokłute bagnetami obrazy. Wśród gruzów patrole minerów wciąż unieszkodliwiały miny, opatrując gruzy napisami: „Min nie ma. Sprawdzono”. Po czym następował podpis żołnierza, opatrzony często fantazyjnym zakrętasem. A obok tych napisów przybite były do rozwalonych futryn kartki lub po prostu napisy na szczątkach tynku: „Żyjemy — mieszkamy na...” i tu wymieniony był adres lub też inne informacje, gdzie szukać należy dawnych mieszkańców.

 

Warszawa zaludniała się szybko: przeciągały przez nią liczne oddziały polskie, radzieckie, przejeżdżały wozy, samochody, ściągało coraz więcej mieszkańców. A obok nich szabrownicy, rabusie. Ich działalności musiały się przede wszystkim przeciwstawić patrole dziewczęce.

Trudno było ustalać w tych warunkach, co stanowi czyją własność. Grabież przybierała groźne rozmiary, dezorganizowała odradzające się życie miasta, przynosiła niepowetowane szkody tym, którzy z tobołkami zostali wygnani po powstaniu ze swych domostw.

„...Zbiegli się jak szakale, szabrować, co się da. Wozy wyładowane meblami, kryształami, pościelą powyciąganą z rozbitych mieszkań... — czytamy w kronice batalionu. — Trzeba było kordonem wojska otoczyć miasto, zamknąć je, przegrodzić od Wisły, tędy bowiem pielgrzymki piesze, wozy i tabory szabrowników przekradały się z resztkami różnorodnego mienia...”

Z braku dostatecznych pomieszczeń, w których mógłby kwaterować cały skład osobowy batalionu, a także z uwagi na konieczność patrolowania różnych, odległych od siebie dzielnic miasta, platerówki rozdzielono między komisariaty wojskowe:

nr 1 — Warszawa-Południe, na ul. Puławskiej 41 — 2 kompania fizylierek pod dowództwem por. Freda Bettera;

nr 2 — Warszawa-Zachód, w Al. Jerozolimskich 73 — 1 pluton 1 kompanii strzeleckiej chor. Glebowicz pod1 dowództwem chor. Blicharskiego;

nr 2a — Warszawa-Zachód, na Krakowskim Przedmieściu 18 (Prezydium Rady Ministrów7) — ...pod dowództwem Ppor. Siemionowicza; (2)Na podstawie akt nie udało się ustalić, jakie pododdziały pełniły służbę w komisariatach nr-2a i nr 4.

nr 3 — Warszawa-Wola, na ul. Płockiej 11 — 1 kompania strzelecka pod dowództwem por. Łabudy;

nr 4 — Warszawa-Wschód, na ul. Otwockiej 3 — ...pod dowództwem por. Ryszarda Nowickiego;

nr 5 — Warszawa-Północ — Żoliborz, na ul. Niegolew7-skiego — 2 kompania strzelecka pod dowództwrem por. Mieczysława Burga. (3)Skład i obsada komisariatów, CAW, 111-138, tecz. 33, s. 377, rozkaz dzienny nr 520 z 19 kwietnia 1945 r. Por. także CAW, III-138, tecz. 36, s. 11—12.

Poszczególne pododdziały kobiece pełniły więc służbę , w dzielnicach-objętych zasięgiem komisariatów.

Analiza rozkazów dziennych batalionu wykazała, że w okresie od 17 stycznia do 9 maja 1945 roku dowódca batalionu piętnastokrotnie udzielał w rozkazach dziennych pochwały za pełnienie służby pododdziałom lub imiennie poszczególnym żołnierzom. (4)Rozkazy dzienne nr 455 — 535, CAW, III-138, tecz. 33, s. 354—383. Powtarzały się nazwiska: szer. Józefy Nepli, kpr. Stefanii Rejman, plut. Danuty Szostak, sierż. Zofii Apicionek oraz szeregowych: Janiny Wulf, Anny Jakusik, Genowefy Dębińskiej, Czesławy Matusiewicz, Leokadii Raszewskiej.

Najczęściej otrzymywał pochwały pluton ppor. Anieli Kłeckiej, a w nim kpr. Irena Gizińska i kpr. Halina Albo.

Platerówki wykorzystywały teraz należne im urlopy. Wyjeżdżały w swoje rodzinne strony, by odwiedzić bliskich i pokazać się im w mundurze z belkami podoficerskimi, lub w poszukiwaniu bliskich, co nie zawsze uwieńczone było powodzeniem. Często zapłakane wracały do batalionu, opowiadając o tragicznych okolicznościach, w jakich poginęły ich rodziny.

Trudne były dni, w których wrojna dawała znać o sobie z całą brutalnością.

W końcu kwietnia 1945 roku dziewczętami wstrząsnęła wiadomość, którą przyniosła prasa. W przeddzień, w Lublinie, od skrytobójczej kuli poległa podporucznik Stefania Jacheć. Pamiętały ją. Zaskarbiła sobie powszechną sympatię swoją inteligencją i humorem.

Po odejściu z batalionu do wydziału polityczno-wychowawczego 3 dywizji piechoty często pisała listy do koleżanek, a także do swej kuzynki, podporucznik Adeli Muchy.

Jakże ciężko było dziewczętom pogodzić się z jej śmiercią, szczególnie że strzał padł nie z ręki faszysty hitlerowskiego, lecz z ręki Polaka!

— Za co? — pytały. — Stefcia była jedną z nas!

Zwiększała się czujność dziewcząt. Z jeszcze większą pasją pełniły swe trudne i niewdzięczne obowiązki wartownicze.

Dni w poszczególnych komisariatach mijały na pełnieniu służby i szkoleniu. Platerówki z poszczególnych komisariatów poza swymi normalnymi obowiązkami podjęły jako jedne z pierwszych odgruzowanie stolicy. Codziennie poświęcały temu jedną godzinę.

Już w rozkazie nr 485 dowódcy batalionu z 8 marca 1945 roku pkt 3 czytamy:

1. II kompanii udzielam pochwały za dobre zorganizowanie kwater, świetlicy, a przede wszystkim za inicjatywę i pracę w usuwaniu gruzów, oczyszczeniu ulic przylegających do kwater, w czym przyczyniła się samorzutnie do dzieła „Odbudowy Warszawy”.

2. Szer. Janinie Miszkiewicz z I komp. strzeleckiej za wzorowe pełnienie swoich obowiązków na posterunku udzielam pochwały i stawiam ją za wzór wartownika.

Każdego miesiąca dowództwo batalionu przekazywało do Biura Odbudowy Stolicy raporty o dokonanych pracach. Oto jeden z nich:

 

SPRAWOZDANIE DOWÓDCY BATALIONU

Z OCHOTNICZEJ PRACY W ODGRUZOWANIU WARSZAWY

PRZEZ BATALION KOBIECY

ZA CZAS 26.IV. — 24.V.1945 r. (5)CAW, III-138, tecz. 36, s. 13—14.

 

Do Biura Odbudowy Stolicy

Wydział Propagandy

ul.Chocimska 33

 

Przesyłam sprawozdanie o ochotniczej pracy Sam. Bat. Kobiecego im. E. Plater za czas od 26.IV. do 24.V.1945 r.

Na 6-ciu komisariatach, w sztabie i Komendzie Miasta przepracowano ogólnie dla odbudowy Warszawy: 3514 godzin, co równa się 434 dniom roboczym po 8 godzin dziennie, co równa się12 robotnikom zajętym przez tydzień pracy. Wykonano:

Komisariat Wojskowy I. Puławska 41.

Oczyszczono chodniki ul. Puławskiej i przecznice, usunięto gruzy z domu przy ul. Puławskiej 34, oczyszczono ogrody i zasadzono warzywa. Po oczyszczeniu ul. Puławskiej część ulicy Ponownie została zasypana gruzami przy wysadzaniu domów minami.

Komisariat Wojskowy II. Aleje Jerozolimskie 73.

Oczyszczono część Alei Jerozolimskich, zasadzono warzywa w ogródkach i na części skwerków ulicznych, oczyszczono częściowo budynek Instytutu Geograficznego. Usunięto gruzy z sąsiednich domów i chodników, przeprowadzono remont świetlicy, kwater.

Komisariat Wojskowy Ila — Krakowskie Przedmieście i Prezyd. Rady Ministrów.

Oczyszczano w dalszym ciągu Pałac Rady Ministrów, usunięto częściowo gruzy z sąsiednich ulic, uporządkowano ogródki i zasadzono warzywa i kwiaty.

Komisariat Wojskowy III — Płocka 11.

Usunięto gruzy i częściowo oczyszczono fabrykę skór, garbarnię, ul. Dworską, zakopano rowy, doły, oczyszczono fabrykę tytoniu,, z najbliższych domów usunięto gruzy, posortowano dobre cegły do dalszej budowy.

Komisariat Wojskowy IV — Otwocka 3.

Usunięto częściowo gruzy z fabryki Wedla, ze składów benzyny, większość zaś pracy poświęcona jest usuwaniu gruzów i oczyszczaniu budynków Monopolu Spirytusowego — ul. Ząbkowska.

Komisariat Wojskowy V — Żoliborz -— ul. Felińskiego 36.

Usunięto gruzy i częściowo oczyszczono kościół, pobliskie ulice, domy, zakopano rowy strzeleckie i doły, wywieziono śmieci i gruzy, zasadzono ogródek przy komisariacie.

Sztab baonu — Aleje Marszałka Stalina 13.

Usunięto resztę gruzów z ul. Al. Przyjaciół, zakopano rowy strzeleckie, z nieużytków zrobiono ogród warzywny, który został całkowicie zasadzony. Usunięto gruzy z pobliskiej ul. Piusa.

D-ca S.B.K.

ppłk Lasoń

Ta praca przy odgruzowaniu dawała dziewczętom w mundurach wiele satysfakcji. Doskonale zdawały sobie sprawę z tego, jakie znaczenie ma odgruzowanie stolicy. Toteż, ku wielkiemu zadowoleniu dowództwa, a przede wszystkim por. Bibrowskiej, podejmowały współzawodnictwo w pracy między komisariatami, za co por. Bibrowska szczególnie im dziękowała. Jej żmudna praca polityczna dawała rezultaty: dziewczęta z batalionu kobiecego zajmowały teraz właściwą postawę obywatelską.

„O to mi przecież cały czas chodziło, gdy wkładałam im do głowy, co to jest patriotyzm. I nieraz wydawało mi się że nie potrafię ich wychować... Niemały był w tym wkład pracy moich pomocnic, zastępców dowódców kompanii, Marysi Żmudy, Zosi Kłos, a przedtem jeszcze Basi Jureczko i Joanny Guze.

Dziewczęta robiły mi miłe i niemiłe niespodzianki. Niemiłe puszczałam w niepamięć. Oceniałam zawsze wysoko wszelkie przejawy ich inicjatywy i samorzutnie podejmowanej pracy...” (6)Relacja ustna ppłk. rez. Ludwiki Bibrowskiej.

Bardzo zdziwione i rozgoryczone były platerówki, gdy czytały potem w prasie o nadaniu wielu osobom honorowej odznaki miasta Warszawy. Żadna z nich takiej odznaki nie dostała.

Dopiero wiele lat później, dzięki staraniom organizacji kombatanckich, niektóre platerówki otrzymały „Syrenki”.

Bacznie śledziły też platerówki przebieg walk. Na,wiadomości z frontu czekały tak, jak na listy od swych rodzin. Zazdrościły żołnierzom na pierwszej linii, że mogą walczyć. Ich pepesze co prawda też nie rdzewiały i wiernie służyły w obronie mienia państwowego przed grabieżą.

Chorąży Mańkowska, która dumnie prężyła pierś udekorowaną Krzyżem Walecznych i Czerwoną Gwiazdą — odznaczeniami zdobytymi pod Lenino, często zaglądała do kwatery swych koleżanek Danusi Krzętowskiej i Lodzi Raszewskiej. Wspominały Lenino.

— Choć ciężko było, nie pogardziłabym i teraz rolą łącznika w bitwie. To znacznie ciekawsze niż pełnienie służby wartowniczej — narzekała Danusia.

— A jednak wolę być w batalionie — mówiła Lodzia. — Nie rozumiem cię, Danka, mało ci warszawskich trupów? Jak się potykałaś o nie w styczniu, to mówiłaś, że pod Lenino mniej było.

— Tęskno wam do świszczących kulek? Nie tak dawno nje brakowąło ich na Pradze i narzekałyście, że spokoju nie ma. Niedługo skończy się już wojna, wrócimy do cywila... — uspokajała Mańkowska.

— Coś ty, chyba od razu nas nie rozpuszczą. Nie wyobrażam sobie, jak ja będę wyglądała w cywilnej sukience. Co będziesz robiła, Danusiu, po wojnie?

— E, nie chcę się nad tym zastanawiać. Tak się przyzwyczaiłam do wojska, że nie chce mi się decydować teraz o niczym. Zobaczymy. Może, zanim skończy się wojna, postrzelamy jeszcze trochę na froncie?

— Widzę, Danka, że tęskno ci do kościuszkowców. Powiedz, upatrzyłaś sobie któregoś? No, nie dąsaj się, żartuję. A czy to co złego? Odkąd mam swego chłopca, lżej mi żyć, choć niepokoję się, bo na pierwszej linii teraz.

— A wiecie co, gdyby tak napisać do nich list od nas, wszystkich, od całej 1 kompanii fizylierek — zaproponowała Lodzia.

— Dobra myśl! Halina, siadaj i pisz! Wszystkie podpiszemy i wyślęmy do. „Polski Zbrojnej”. Wtedy na pewno dotrze do wszystkich kościuszkowców.

I tak powstał ten oto list:

„Fizylierki do Kościuszkowców!

Obywatelu Redaktorze!

Uprzejmie proszę o jak najszybsze wydrukowanie w »Polsce Zbrojnej« listu, który podaję niżej. Pragniemy, aby przeczytał go każdy żołnierz z jednostki gen. Bewziuka, w której szeregach byłyśmy od pierwszej chwili naszego sformowania.

Mańkowska, chor.

Tak niedawno byłyśmy jeszcze razem, dzieliłyśmy wszystkie trudy bojowe i radosne chwile odpoczynku. Teraz dzielą nas setki kilometrów, idziecie stale naprzód wraz z towarzyszami z Czerwonej Armii po całkowite zwycięstwo, aby w Berlinie zatknąć polskie sztandary, aby zrównać go z ziemią, tak jak oni Warszawę. I w chwili tych wiekopomnych zwycięstw naszych — jesteśmy całą duszą z Wami — nasi bohaterscy towarzysze broni, nasi niezapomniani koledzy! Chociaż zostałyśmy tu, w kraju, myśli nasze są z Wami. Widzimy, jak forsujecie Odrę, jak wdzieracie się do Berlina i goni Was serdeczne życzenie »Niechaj Wam Bóg pomaga!« Niejedna z nas ma w Waszych śzeregach męża, narzeczonego lub brata i jest szczęśliwa, że to właśnie Wy — Wy pierwsi — bo zawsze pierwszymi być musicie! Wierzymy w Was i w Wasze zwycięstwo!

Żołnierskie pozdrowienia dla całej jednostki gen. Bewziuka przesyła

I kompania fizylierek (7)„Polska Zbrojna” nr 78 z 27 kwietnia 1945 r., s. 3.

Ruchliwe, samodzielne i przedsiębiorcze platerówki dobrze już zadomowiły się w Warszawie. Gospodarzyły w komisariatach, przed którymi w kwietniu zaczęły kwitnąc pierwsze kwiaty. Na grządkach obok kwiatów widać było pędy młodych warzyw. Przy trudnościach w zaopatrzeniu miało to duże znaczenie. Tym bardziej że od 20 marca zgodnie z rozkazem Naczelnego Dowództwa (nr 57/org.) batalion został wyłączony z zaopatrzenia Głównego Kwatermistrzostwa WP i miał zaopatrywać się samodzielnie. Tenże rozkaz nakazywał podporządkowanie batalionu Sztabowi Głównemu WP. (8)CAW, III-138, tecz. 33, s. 369. Do grudnia 1944 r. batalion stanowił samodzielną jednostkę 1 armii WP.

Niełatwe było zaopatrzenie w czasie, gdy przede wszystkim należało wyżywić i ubrać walczące związki taktyczne, szpitale. Prawie co dzień dowództwo batalionu delegowało więc oficerów, podoficerów i szeregowych w celu zdobycia w różnych miejscowościach zaopatrzenia.

Niejednokrotnie platerówki jeździły jako eskorta różnych transportów.

W rozkazie dziennym nr 524 z 24 kwietnia 1945 roku w pkt 4 czytamy:

Plut. Marię Sobczuk z II kompanii fizylierów i szer. Romualdę Tatarzyńską z plut. zwiadowców przydzielam jako eskortę osobistą dyrektora PMS w podróży służbowej na trasie: Żyrardów — Łódź — Poznań — Stargard — Bydgoszcz — Gdynia — Gdańsk — Toruń i z powrotem. Termin powrotu dnia 8 maja 1945 r. Wymienionym wydać suchy prowiant na 5 dni i kartę żywnościową. (9)CAW, III-138, tecz. 33, s. 379. 

Podróż na takiej trasie, odbyta samochodem, była niewątpliwie atrakcją. A swoją drogą osoba dyrektora Polskiego Monopolu Spirytusowego musiała być cenna, skoro dostał taką obstawę. Marysia i Roma były doskonałymi strzelcami i znane były jako świetni zwiadowcy. A że celem podróży było zdobycie aparatury, nic dziwnego, że dla ułatwienia sytuacji wybrano umundurowane i uzbrojone dziewczęta.

Przed wyjazdem obydwie zwróciły się do szefa kompanii, by wymienił im spódnice-spodnie na prawdziwe spodnie.

Te spódnice-spodnie były swego rodzaju plagą i towarzyszyły kobietom od obozu sieleckiego do końca wojny. Z uwagi na bardzo nieudany krój wyglądały jak pumpy, tworząc koło kolan bufy. W zależności od wzrostu i tuszy raz bufa wypadała pod, a raz nad kolanem i strój był śmieszny, a przy tym niewygodny; próby przerobienia spódniczki spotkały się z ostrym zakazem dowództwa batalionu. (10)Tamże, tecz. 29, s. 74.

„Hajdawery”, jak je nazywały platerówki, miały tę dodatkową wadę, że drelich, z którego były uszyte, po kilku praniach płowiał i w niczym nie przypominał koloru zielonego, a raczej białoszary. Był zbyt ścieralny. Nic więc dziwnego, że dziewczęta wyjeżdżające w podróże służbowe, zdając sobie sprawę ze śmieszności „hajdawerów”, żądały kategorycznie zmiany na spodnie, przy których unikały równocześnie niebezpieczeństwa świecenia dziurą na kolanie; bawełniane pończochy, które nosiło się do pump, miały bowiem wyjątkowe inklinacje do darcia się właśnie na kolanach.

Sprawy umundurowania kobiet w wojsku w ciągu całej wojny były problemem (11)MiD WIH, IV/44/128; relacje: Anny Dołęgowskiej, Anieli Molskiej, Anieli Guszpit oraz relacja ustna zcy dcy batalionu d/s pol.-wych. ppłk. rez. Ludwiki Bibrowskiej. i braki dawały się bardzo dotkliwie odczuć, zwłaszcza w zimie.

Takie i inne kłopoty nie przyćmiewały jednak sprawy zasadniczej, którą platerówki, mimo znużenia, dobrze rozumiały. Ich postawa na służbie świadczyła, że są żołnierzami i gotowe są w każdej chwili do wypełnienia wszystkich rozkazów.

Zbliżał się 1 Maja. W platerowskim batalionie czyniono przygotowania do święta, które po raz pierwszy obchodzono w wolnej stolicy ludowej Polski. W długim rozkazie dziennym na dzień 1 maja znalazły się awanse oficerskie i podoficerskie.

Szef Głównego Zarządu Polityczno-Wychowawczego WP rozkazem nominacyjnym nr 70 z 30 kwietnia 1945 roku nadał kolejne stopnie piętnastu podoficerom polityczno--wychowawczym. (12)CAW, III-138, tecz. 33, s. 381—383. 

Rozkazem nominacyjnym Naczelnego Dowództwa nr 256 z 25 kwietnia stopień kapitana otrzymała por. Ludwika Bibrowska, a stopień podporucznika — chor. Zdzisława Otton. Awansowały też do stopnia podporucznika chor. Aniela Kaniówna i Barbara Baryszewa.

Tak jak cały naród również platerówki radośnie świętowały dzień 9 maja.

— Słyszałaś, koniec wojny! — przekazywały sobie dziewczęta wiadomość.

Przed sztabem batalionu na uroczystej zbiórce stanęły w odświętnych mundurach z błyszczącą bronią, by 'wysłuchać rozkazu Naczelnego Dowódcy WP i przemówienia swego zastępcy dowódcy do spraw polityczno-wychowawczych, kapitan Bibrowskiej:

„...To zwycięstwo jest i waszym udziałem. Nie zawiodłyście. Gdy przyszła potrzeba, potrafiłyście tak jak mężczyźni wypełnić swój obowiązek patriotyczny... Wiemy, że i w dalszym swym życiu będziecie dobrymi obywatelkami naszej ludowej ojczyzny, że tak jak w służbie nie szczędziłyście sił, tak i w pracy, w wychowaniu przyszłych pokoleń, oddacie je dla sprawy odbudowy Polski, dla sprawy jej rozkwitu!...”  (13)Wg. zapisu Heleny Downar-Zapolskiej. 

I nawet nie zauważyły, jak wzruszenie podeszło znów do gardła, jak wtedy w dniu przysięgi w obozie sieleckim....

Tego dnia, wśród powszechnej radości, dziewczęta nie zapomniały o swych najbliższych. Pisały listy do rodziców,, do swych najbliższych.

Zachował się jeden z tych dziewczęcych listów:

„Poczta Polowa 53218

9.5.1945 rok.

Kochany mój!

Tak się cieszę ogromnie! Nie mogłam się spodziewać lepszego upominku urodzinowego.

Wróciłam ze służby, kiedy przyleciał Paweł, by mi zakomunikować, że koniec z wojaczką. Jak myślisz, o czym mówiliśmy? O Tobie, Kochany! Jak Twoja noga? Czy już się wygoiła?

A widzisz, już koniec! Będziemy razem! Teraz już nie będę drżała o Ciebie. Skończyła się szarpanina, będziemy mieli dom.

Wiesz, mój mundur zakonserwujemy i będziemy oglądali w rocznice.

A pamiętasz, jak zeszłego roku, składając mi życzenia prosiłeś, bym chociaż w tym dniu przeobraziła się w kobietę. Tak — obiecuję Ci — zapuszczę włosy, kupię sobie sukienkę i torebkę, i pantofle na wysokich obcasach. I kupię sobie, Miły, fartuszek — taki do kuchni, wiesz!

Nie wiem, Kochany, jak tam u Ciebie? Kiedy uda Ci się przyjechać? Zaraz jutro pójdę do personalnego, by się dowiedzieć, czy muszę zostać w wojsku. Chyba z uwagi na ranienie zwolnią mnie. Ale a propos: rana wygoiła się. Tak jak prosiłeś, byłam u lekarza. Sądzi, że wszystko będzie w porządku. W każdym bądź razie zrobię wszystko, znaleźć się jak najbliżej Ciebie, jeśli, oczywiście, pozostaniesz w wojsku. Trudno dziś o tym mówić. Zobaczymy! Tylko pamiętaj, mój chłopcze: żadnych głupstw. Wiem, żeś w gorącej wodzie kąpany... Ale do tego szczęścia trzeba ostrożnie podchodzić, by go nie spłoszyć. Nigdy nie robiliśmy niczego na siłę, więc teraz tym bardziej. A szanse wspólnego domu wzrosły ogromnie. Szczerze Ci mówię, że trudno mi sobie nawet wyobrazić, jak to będzie. Ale cieszę się, tak bardzo się cieszę!

No, dosyć marzeń na dziś. Jestem bardzo wzruszona. Przesyłam ci gorące »zwycięskie« całusy.

Twoja H.

P.S. Jakoś tak się składa, że mam dziś dzień przyrzeczeń. Obiecuję Ci: urodzę wspaniałego syna. Będzie miał nawet Twoje wady. Co o tym myślisz? A list, proszę, wyślij przez kogoś, kto będzie jechał do Włoch - prędzej dotrze. *Włochy k. Warszawy.

H.”

 

IDZIEMY DO CYWILA

 

Po zakończeniu działań wojennych losy kobiet, które przeszły cały szlak bojowy ludowego Wojska Polskiego, ułożyły się bardzo różnie. Część kobiet, które służyły w jednostkach męskich, zdemobilizowała się zaraz po zakończeniu wojny. Część, a przede wszystkim oficerowie liniowi i polityczno-wychowawczy, pozostała i wzięła jeszcze udział w walkach z podziemiem reakcyjnym (zwłaszcza w 7 i 8 pułku 3 DP), i została zdemobilizowana dopiero w 1947 roku.

Jeśli chodzi o batalion kobiecy, to rozkaz (nr 0263/org.) o rozformowaniu go wydano już 25 maja 1945 roku (termin zakończenia 1 listopada 1945 roku). Rozkaz brzmiał:

Rozkaz Naczelnego Dowódcy

o rozformowaniu Samodzielnego Batalionu Kobiecego

z dnia 25.V.1945 r.

Przeszło dwa lata temu, w czasie kiedy formowała się Dywizja Wojsk Polskich im. T. Kościuszki, zorganizował się równocześnie w Sielcach pod Moskwą 1 Samodzielny Batalion Kobiecy. Wy, polskie niewiasty, stanęłyście wówczas w pierwszych szeregach walczących, by pomścić krzywdę, wyzwolić Polskę od zbrodniarzy hitlerowskich.

Idea była wielka, ale droga do niej daleka, ciężka i krwawa. Trzeba było wielkiego hartu ducha i ciała, by dążyć do celu. Krok za krokiem, z karabinem w ręku przeszłyście setki kilometrów do ukochanej Ojczyzny, by wyzwolić ją od wroga, chronić od grabieży i gwałtu, budować i utrwalać dobro i potęgę demokratycznej, niepodległej Polski.

Ziściły się nasze marzenia, ziścił się cud wyzwolenia i wskrzeszenia demokratycznego państwa polskiego. Cud ten sprawiło bohaterstwo i męstwo żołnierzy Armii Czerwonej, Wojska Polskiego. Wśród tych szeregów walczących stałyście wiernie i ofiarnie po dzień dzisiejszy.

Wojna została zwycięsko zakończona. Zakończona została i Wasza służba wojskowa. Pójdziecie z szeregów armii czynnej w nowe życie, w szeregi pracujących dla odbudowy i utrwalenia kraju i Ojczyzny.

Polscy żołnierze-kobiety!

Tak jak stanęłyście w pierwszych szeregach walczących w czasie wojny o wyzwolenie Ojczyzny, staniecie obecnie na placówkach nowego życia. Ziemia polska, kraj cały czeka na pracowite ręce, ofiarne i patriotyczne dusze, ażeby z gruzów odbudować państwo, utrwalić polskość i byt niepodległy.

Pełne ofiary i wiary w przyszłe zwycięstwo idei i pracy maszerujecie w to nowe życie, zawsze pierwsze w poświęceniu, w wypełnianiu obowiązków wobec rodziny, społeczeństwa i państwa. Niechaj ziemie polskie zaludnią się pracowitymi i ofiarnymi obywatelami złączonymi jedną wspólną ideą naszego demokratycznego państwa polskiego.

Ofiarna Wasza służba w szeregach armii czynnej została pomyślnie zakończona. Dalsza Wasza służba społeczna i obywatelska stoi przed Wami, na progu nowego życia. W związku z powyższym rozkazuję:

1) Kobiety-żołnierzy, pobranych z poboru, a wcielonych do służby czynnej przed 18.IV.45 r., zwolnić ze służby. Pozostawić jedynie w szeregach te, które zdeklarują ochotniczą lub kontraktową służbę w armii.

2) Przeprowadzić demobilizację wysłużonych żołnierzy-kobiet Sam. Baonu Kobiecego.

a) W pierwszej fazie zdemobilizować żołnierki, których rodziny otrzymały przydział ziemi, mają własne gospodarstwa, warsztaty pracy, zajęcia zawodowe, fabryczne lub jakiekolwiek podstawy do samodzielnego bytu, a pragną być natychmiast zwolnione.

b) Żołnierzy, których rodziny mają powrócić do kraju w drodze repatriacji którzy pragną otrzymać przydział ziemi, przejść przeszkolenie zawodowe, otrzymać zatrudnienie i nie mają obecnie podstawy do samodzielnego lub rodzinnego bytu, przenieść wraz z całym batalionem na zachodnie tereny Polski, na tereny wskazane przez Inspektorat Osadnictwa Wojskowego celem osadzenia na działkach ziemi, przeszkolenia zawodowego, przydziału pracy. (1)Starania żołnierzy o powrót rodzin z terenów ZSRR regulował rozkaz Naczelnego Dowództwa WP nr 136 z 16 grudnia 1944 r. w sprawie repatriacji rodzin. MiD WIH, IV/1/1, s. 437—439. 

3) Podać do odznaczenia 60% stanu faktycznego żołnierzy podlegających demobilizacji.

4) Główny Kwatermistrz Wojska Polskiego dostaręzy egiem przeniesienia na zachód Sam. Bat. Kob. środki transportowe, zapewni transport kolejowy, zaopatrzy w prowiant i ekwipunek. Prowiant na 20 dni od dnia wymarszu oraz ekwipunek podąży za każdym żołnierzem.

5) Rozwiązanie Dowództwa Sam. Bat. Kob. nastąpi po całkowitej demobilizacji żołnierzy na specjalny rozkaz. (2)CAW, III-138, tecz. 36, s. 41—43 

Naczelny Dowódca W.P.

M. Rola-Żymierski

Marszałek Polski

Zanim jednak nastąpiła demobilizacja, w połowie czerwca 1945 roku do batalionu kobiecego przyszło uzupełnienie ponad 200 kobiet zmobilizowanych do wojska przed zakończeniem wojny. (3)CAW, III-138, tecz. 33, s. 395—397. Po miesiącu zostały one zdemobilizowane i częściowo zatrudnione jako pracownice kontraktowe w wojskdwym przedsiębiorstwie handlu.

Pierwszy rozkaz o demobilizacji żołnierzy 1 Samodzielnego Batalionu Kobiecego został podpisany 23 lipca i obejmował 131 kobiet, które przesłano w celu demobilizacji do Rejonowej Komendy Uzupełnień w Sosnowcu.  (4)Tamże, s. 413, 416—418. 

W „posagu” dziewczęta odchodzące do cywila otrzymały: konfederatkę lub pilotkę, jeden płaszcz sukienny, jeden mundur sukienny, spódnicę-spodnie lub spodnie, dwie koszule, dwie pary reform, dwa biustonosze, dwie pary pończoch, dwie pary onuc, jeden pas skórzany, główny, buty lub trzewiki, dwa ręczniki.  (5)Tamże, s. 444, rozkaz dzienny nr 648 z 21 września 1945 r. 

Ponadto dziewczęta zatrzymywały bluzę i spodnie ćwiczebne. Na drogę wydano im suchy prowiant na 20 dni oraz rozkazy wyjazdu do miejscowości, w której pragnęły się demobilizować.W uznaniu zasług 49 platerówkom przyznano Brązowe Krzyże Zasługi. (6)Tamże, s. 462. 

 

Niełatwo było z takim mizernym stanem posiadania zaczynać życie. Rodziny części dziewcząt nie wróciły jeszcze do kraju. Dowództwo batalionu sondowało już uprzednio nastroje i pragnienia dziewcząt. Ankiety rozdane żołnierzom zawierały między innymi pytania: ,„Jaki pragnie obrać zawód (gospodarstwo, kupiectwo, pielęgniarstwo, poczta, kolej)?” oraz „Gdzie pragnie mieszkać (na wsi, w mieście)?”. (7)CAW, III-138, tecz. 1—4 oraz 45.

Wśród wypełniających ankiety (8)Przebadano 490 ankiet imiennych 182 platerówki opowiedziały się za podjęciem pracy na roli, 308 pragnęło mieszkać i pracować w mieście, przy czym dominowały zawody pielęgniarki i krawcowej. Na wybór zawodu rzutowało niewątpliwie wykształcenie (przeważały dziewczęta nie posiadające pełnego podstawowego wykształcenia) oraz ciążące tradycje zawodów kobiecych w Polsce przedwrześniowej. Co ciekawsze, 80 procent z 308 pragnących mieszkać w mieście pochodziło ze wsi.

W efekcie starań dowództwa batalionu część demobilizujących się otrzymała zatrudnienie w instytucjach wojskowych, a te, które pragnęły uprawiać ziemię, zostały skierowane po demobilizacji na ziemie zachodnie, gdzie jako osadniczki wojskowe otrzymały gospodarstwa rolne.

Wśród osadniczek 54 zamieszkały koło Lubania Śląskiego we wsi Zalipie Dolne. (9)Por. Leszek Goliński, Siódmy drezdeński, Poznań 1962. Długie lata minęły, zanim na skutek ich licznych starań zmieniono nazwę wsi na Platerówka. Pragnęły, by ich dzieci rodziły się i mieszkały właśnie w Platerówce — symbolizującej ich platerowski rodowód.

Jeśli kiedyś, Czytelniku, znajdziesz się w pobliżu wsi Platerówka, wstąp do byłych żołnierzy platerowskiego batalionu. Spotkają Cię energiczne, dziś już trochę zmęczone życiem i ciężką pracą platerówki. Opowiedzą Ci o swoich losach więcej szczegółów, niż udało mi się zebrać na kartach tej książki.

 

KONIEC.

 
 
FaLang translation system by Faboba