WOJTKIEWICZ-NOWICKA Władysława z d. Stanek (20.07.1923)

Urodziła się w Trembowli, historycznym mieście na Podolu. Ojciec, Ludwik Stanek, był naczelnikiem stacji PKP w Trembowli, matka Olga z d. Pawłowicz, zajmowała się domem, wychowywała dzieci. Oboje byli członkami organizacji „Sokół”. Szkołę powszechną i gimnazjum ukończyła w Trembowli. Należała do harcerstwa. Pod­czas okupacji skończyła szkołę średnią w sys­temie tajnego nauczania.

Gdy wybuchła II wojna światowa miała 16 lat. W swoich wspom­nieniach z wojny napisała: Byłam świadkiem ucieczki polskich władz przez Trembowlę, Zaleszczyki do Rumunii, bombardowań, wkroczenia Armii Czerwonej, walk polsko-ukraińskich - „rzezi ukraińskiej”, czystki etnicznej na Podolu, zwanej eufemistycznie „repatriacją” lub „przesiedleniem ”.

W czasie okupacji ojciec był twórcą Armii Krajowej w Trembowli, dowódcą oddziału dywersyjnego na kolei. Potwierdzenie tych faktów jest w książce ks. Wacława Szetelnickiego: „Trembowla kresowy bas­tion wiary i polskości”. Działalność AK na Podolu była skierowana nie tylko przeciw Niemcom; stanowiła też samoobronę przed UPA. W 1943 roku, po powtórnym wkroczeniu Armii Czerwonej na te tereny, ojciec otrzymał nakaz od generała kolei zorganizowania załogi stacji kolejowej w Trembowli.

Matka prowadziła „skrzynkę bibuły” AK. W połowie 1943 r. rów­nież Władysława Stanek została zaprzysiężona jako żołnierz Armii Krajowej. Miała pseudonim Dzunka. Została kurierem. W dniu 4 stycznia 1944 r. zawarła związek małżeński ze Stanisławem Wojt­kiewiczem. Mąż, przedwojenny oficer zawodowy w stopniu podpo­rucznika po szkole oficerskiej w Komorowie, syn komisarza policji, był także żołnierzem AK.

W maju 1944 r. ojciec został wezwany do NKWD, ponieważ wpły­nął anonim ukraiński, donoszący o „szkodliwości” rodziny Stanków. Został postawiony przed wyborem: albo zgłosi się z zięciem i córką do wojska polskiego, albo zostaną wywiezieni na Daleki Wschód. Wybrali wojsko. Na miejsce zbiórki, wyznaczone na Wołyniu, szli piechotą dwa dni z grupą innych poborowych. Tam Władysławę Wojtkiewicz oddzielono od ojca i męża. 2.500 dziewcząt i kobiet, towarowymi wagonami wywieziono do Żytomierza. Przez pewien czas kwaterowały pod gołym niebem, mimo częstych bombardowań. Następnie zakwaterowano je w budynku więziennym, zamienionym na koszary. Stały w nim 3-piętrowe prycze, bez koców do przykrycia się. Wyżywienie stanowiło piure z grochu lub pęczaku - trzy razy dziennie.

Wraz z siedemnastoma dziewczynami otrzymała przydział do biura Centralnego Składu Żywnościowego 1. Armii Polskiej w Żytomierzu, jako „oficer bez stopnia”. Pełniąc funkcję w Centralnym Składzie za­mieniła swój wełniany sweter na gitarę. Przeszła z tą gitarą całą kam­panię wojenną. W wolne wieczory grała, najczęściej rzewnie i tęskno, żołnierze śpiewali. Gitara była lekiem na zło, na ponurą rzeczywis­tość. Wszyscy o nią dbali i strzegli. Na drogę pakowana była w deski tak sprytnie, że pozorowała karabin maszynowy.

Na własną prośbę złożoną w sztabie armii została odkomenderowa­na do 1. Korpusu Pancernego, w którym służył mąż jako dowódca plutonu ckm w 1. Brygadzie Piechoty Zmechanizowanej. Żeby dostać przydział do tego samego baonu, musiała zrzec się stopnia oficerskie­go. Był to warunek przeniesienia. Zrzekła się, straciła przywilej ofi­cerski i jako szeregowy żołnierz została pisarzem w plutonie technicz­nym 1. Brygady Piechoty Zmotoryzowanej. Od tego momentu czuła się bezpiecznie, była szanowana jako żona polskiego oficera. W czasie służby w wojsku prowadziła zapiski w swoim dzienniku.

Jesień 1944. Już jesteśmy w Polsce, mieszkamy w ziemiankach. Roz­kaz: „Wszystkie oddziały Brygady zbiórka na polanie!” Ustawiają nas w formie litery U. W otwartej przestrzeni tej litery - dowództwo i ksiądz kapelan. To sąd wojenny. Zmobilizowani dwaj młodzi chłop­cy, ok. 18-letni, odmówili wzięcia do ręki karabinów (byli baptystami) - nie wykonali rozkazu - zostali skazani na śmierć. Do dziś pamiętam tych dwóch chłopców nad wykopanym grobem przy nich kapelan ze stułą. Coś do nich mówi, coś tłumaczy, w końcu rozkłada bezradnie ręce, odchodzi. Ja też! Chyłkiem wymykam się, uciekam, chcę się skryć w ziemiance. Nie zdążyłam. Dopadł mnie „trzask” salwy... Po wojnie dwa razy byłam na tej polance - napisała w swoim raptularzu Władysława Wojtkiewicz.

Służbę w 1. Brygadzie Piechoty Zmotoryzowanej odbyła do końca wojny. Przeżyła trudny okres formowania i szkolenia Brygady w leśnych ziemiankach, w pobliżu Sawina. Ze szkolenia pamiętam naukę marszu. Mając 156 cm wzrostu maszerowałam w ostatniej czwórce, na zakrę­tach nie mogłam nadążyć. Ostre strzelanie i czyszczenie broni też nie należały do miłych zajęć - wspomina.

1. Korpus Pancerny była to samodzielna potężna jednostka, licząca ponad 23 000 żołnierzy, przeznaczona do decydujących zadań na froncie, utworzona jako druga, po 1. Armii WP. „Nie była to jeszcze armia pancerna, ale korpus pancerny dodawał prestiżu wojsku, które nie reprezentowało wówczas suwerennego państwa, znajdującego się ciągle pod okupacją niemiecką i będącego całkowicie zależnym od dobrej woli i interesów swego sojusznika” (M. Wasilewski: Pierwsza Brygada Piechoty Zmechanizowanej).

W miesiącach kwiecień-maj 1945 r. 1. Korpus Pancerny został podporządkowany 2. Armii WP. Po wojnie otrzymał miano Drezdeń­skiego. Istnienie tej jednostki zostało dyskretnie w historii przemil­czane, gdyż z powodu błędów strategicznych dowództwa 2. Armii WP zginęło niepotrzebnie wielu (bardzo wielu) żołnierzy - relacjonu­je Władysława Wojtkiewicz-Nowicka.

Z 1. Brygadą Piechoty Zmotoryzowanej, drobna, delikatna dziew­czyna w mundurze żołnierza WP, przemierzała frontowe dogi, na któ­rych cały czas trwała ostra walka. Przeszła piekło frontu, na który jed­nostka ta wyruszyła 22. lutego 1945 roku. W zapiskach na froncie notowała na bieżąco: Mam zapalenie okostnej. Bardzo boli mnie ząb i spuchła mi twarz. Proszę felczera (nie było lekarza; felczer w randze sierżanta nazywał się Aistof), żeby dał mi aspirynę. Odmawia. Aspiry­na jest w skrzyni zabitej, przygotowanej na front. Proszę o troszkę spirytusu dla znieczulenia bólu. On z rozbrajającą szczerością mówi: „nietu, wypił”(nie ma, wypiłem). Owinęłam twarz jakąś szmatką. To nie było najgorsze. Gorsze były czyraki na siedzeniu. Miałam ich sie­dem- z przeziębienia. Jeździliśmy nocą, a moim obowiązkiem była jazda obok kierowcy, którego musiałam pilnować, żeby nie usnął. Mu­siałam mówić do niego, śpiewać, czasem bić pięściami po plecach. Na zrabowanej poduszce usiłowałam siedzieć bokiem - mniej bolało.

Był czwartek. Padał śnieg dużymi mokrymi płatami. W czapce bez nauszników i w żołnierskim płaszczu, było potwornie zimno. Siedzia­łam z żołnierzami na ławce przy burcie. Żołnierze owijali mnie w koce. Często się zatrzymywaliśmy, samochody się psuły, wypadały z trasy. Kierowcy byli mało doświadczeni.

Minęliśmy Lublin, Garwolin, dojechaliśmy do Warszawy. Zobaczy­liśmy straszny obraz, same gruzy. Pomiędzy gruzami była droga dla samochodów. Przejechaliśmy przez Sochaczew, Łowicz. Zatrzyma­liśmy się na nocleg we wsi Lewkowa.

W Kutnie odbyła się wielka defilada. Nocowaliśmy w Wierzełinie. Przyjęto nas z wielką gościnnością ludzie się nami cieszyli. Byłam pierwszą kobietą-żobiierzem, którą tu, w wojsku polskim, spotkali. To sensacja. [...] Ludzie wszędzie nas serdecznie witali, chętnie przyj­mowali, dzieci biegały za nami. Wszyscy mieli biało-czerwone kokard­ki. Byłam szczęśliwa, pełna otuchy, bez wahania mogłam oddać życie za tych ludzi.

Przez Gniezno trudno było przejechać - ogromny ruch i ta sama przyjazna atmosfera. Nocowaliśmy we wsi Michałicze.

1 marca, czwartek. Dobrze się spało, staliśmy. Brak benzyny. Zaczę­ły się osady niemieckie. Nie było widać łudzi, uciekli pozostawiając wszystko. Mieszkania były zdemolowane, naczynia potłuczone. Wi­działam całe składy rowerów, maszyn do szycia i wiele innych cieka­wych rzeczy. Pustka przerażała. Gdzieniegdzie pokazywała się cywil­na ludność niemiecka - bardzo przerażona.

Marzec. Jeżdżę w w ozie-суSternie z benzyną. Jednej nocy dowódca zezwala mi jechać w „letuczce” (wóz techniczny). Jest obudowana, można się przespać. Tej nocy pocisk trafił w cysternę. Trzej żołnierze zginęli. Mnie się udało.

Znów naprzód. Mijali miejscowości, przez które przeszedł front: Filehne Nord, Selhof, Libenfeld koło Soldina. 23. marca zatrzymali się w Damning, w pobliżu Oels (Oleśnicy). Władysława Wojtkiewicz przenocowała w „letuczce”. Cały czas było słychać huk armat - trwały walki o Wrocław.

Zmiana miejsca, tzw. m.p. Wycofujemy się z północy, żeby połączyć się z piechotą dowiezioną pod Wrocłcm>. Na linii Berlina dostajemy się pod ostrzał artylerii. Mijamy jakieś miasteczko zatłoczone "podwo­dami”. Nalot! Bombardowanie! Za kierownicą mój dowódca naciska pedał gazu. Udało się! Uciekliśmy! Żyjemy! Jest noc. Jestem bardzo wyczerpana. Dowódca każe mi iść za sobą. Jakiś dom. Wali pięścią w drzwi. Wychodzi przerażona Niemka. Wszystko, jak w niemym fil­mie. Wchodzimy. W pokoju 2 łóżka. Wjednym dwoje dzieci. Dowódca ruchem ręki każe im się przesunąć na drugie łóżko. Kobieta przytula dzieci. Mnie dowódca każe się położyć. Zdejmuję buty, pistolet pod poduszkę i natychmiast usypiam. Po 2. godzinach wraca dowódca, budzi mnie. Wychodzimy. W taki oto sposób w czasie całej kampanii spałam nie tylko pod dachem, ale w prawdziwym łóżku.

7. kwietnia minęli Legnicę. Kolejne miejsce postoju. Nocleg w lesie.

Kwiecień. 2-ga w nocy. Rozkaz wyjazdu. Rozespana siedzę w szo­ferce na jednym boku, bo gehenna czyrakowa jeszcze daje o sobie znaki. Otwierają się drzwi- żobuerz. U moich stóp kładzie biały tobo- łek-zawiniątko i mówi: „porucznikówa - macie”. W zawiniątku dwie kromki chleba ze smalcem!! Taki luksus !! Jestem bardzo wzruszo­na. Gdzieś zdobyli chleb i pomyśleli o mnie. W tym czasie mieliśmy tylko czarne suchary, dowożone w workach, które nadawały się do jedzenia po uprzednim potłuczeniu i po namoczeniu w wodzie. Ten żołnierz kilka dni później zginął. Był z kompanii ckm, I. baon. Nazy­wał się chyba Kwiatek.

I znów dalej. Przyfrontowa cisza napawała zadumą, co będzie ju- ń'o? Minęli zniszczone miasteczko Bunzlau (Bolesławiec).

14. kwietnia w Auchicau nastąpiła koncentracja całej Brygady. Czu­ło się front. 16. kwietnia wyjazd w ostrym pogotowiu, z bronią goto­wą do strzału.

Gehennę budziszyńską (trzecia dekada kwietnia 1945 r.) przeżyła w trzydziestoosobowym oddziale straży ochrony magazynu amunicji i żywności, ukrytym w małej leśniczówce. Była w tym oddziale jedy­ną kobietą, uprzywilejowaną na tyle, że dwugodzinne warty pełniła tylko w dzień. Pewnej nocy, gdy żołnierze odeszli (został tylko mały oddział straży), Niemcy wtargnęli w okolice leśniczówki. Zagrożenie było wielkie. Niemców otoczyli żołnierze sowieccy. Bitwa trwała kilka przeraźliwych dni. Nad głowami przelatywał deszcz pocisków. Noce rozjaśniały pociski świetlne. Okopani w lesie, nie odkryci przez Niemców, przetrwali bitwę bez większych strat.

Kwiecień. Przed nami zadanie forsowanie rzeki Nysa. Przed tym przygotowanie artyleryjskie. Podjeżdżamy bez świateł, możliwie cicho, jak najbliżej rzeki. Czuję się bezpieczna i szczęśliwa, bo mogę się po­łożyć - naturalnie na gołej ziemi, ale jestem w płaszczu. O 2. w nocy zaczyna się piekło wstęp do ataku. Wszystkie działa, wszystka broń maszynowa strzela. Huk potw orny. Czuję, jak ziemia drży pod moją głową. Trwa to 2. godziny. Włączają się katiusze przez 15 min. i już możemy iść do przodu. Po drugiej stronie rzeki tylko spalona ziemia.

Kolejne zadanie, forsowanie rzeki Szprewy. Znów podjeżdżamy blis­ko, bez świateł. Wiem już jak to będzie. Czuję się bezpieczna, ale chcę sobie zapewnić jakiś komfort, żeby się przespać. Znajduję duży arkusz dykty. Opieram tę dyktę o wzgórek i uzyskuję świetne lokum. Wślizguję się i natychmiast usypiam. Budzi mnie trójkąt światła dziennego, które dociera pod dyktę. Dookoła martwa cisza. Drętwieję z przerażenia. Nie było przygotowania artyleryjskiego. Moja jednostka wycofała się, mnie nie znaleźli pod dyktą. Ruchem robaczkowym docieram do trój­kąta światła i widzę koła samochodu. Boże! myślę: „ Tak się wycofy­wali, że zostawili samochody”. Ale trzasnęły drzwi samochodu - patrzę - buty. Buty nasze! Wyczołguję się - widzę mojego kierowcę. Co jest? Niemiecki zwiad uprzedził swoich i wycofali się!

Zauratowanie zaginionego wozu technicznego („letuczki”) i do­prowadzenie do miejsca postoju otrzymała „Pochwałę przed frontem” (duże wyróżnienie) oraz awans do stopnia starszy szeregowy. Zdarze­nie to miało miejsce w Sudetach, w drodze do Czech, gdy samochód prowadzony przez kierowcę Karpiowskiego uległ wypadkowi. Ponie­waż jechali na końcu oddziału, zamykając kolumnę, nikt wypadku nie zauważył. W samochodzie, oprócz Władysławy Wojtkiewicz i kie­rowcy, jechało dwóch „mechaników”. Byli to chłopi z Podola, dzielni i godni żołnierze. Nie mieli mapy, byli bez jedzenia i bez paliwa. Przypadek zrządził, że wcześniej usłyszała, że jadą na pomoc Cze­chom, wobec tego zadecydowała o skierowaniu samochodu na połud­nie. Brakowało paliwa, szukali go w rozbitych wozach. Błądzili przez Saksonię przez trzy dni i dwie noce. Drugiego dnia jazdy przez Sak­sonię dokonała rozboju. Przy pomocy kierowcy zrewidowała kuchnię niemiecką, terroryzując troje Niemców. Udało się zdobyć bochenek chleba i gorącą kawę zbożową. Następnego dnia jedli zupę z kotła uwolnionych jeńców francuskich, z którymi umiała porozu­mieć się bez trudu, w ich języku. Zaproponowali, by pojechała z nimi do Francji. Chcieli ją przemycić - była mała, ciemna i znała język francuski. Z propozycji nie skorzystała - zwyciężyło harcerskie po­czucie obowiązku. Po raz drugi, miała okazję do pozostawienia swo­ich towarzyszy, gdy poszła o świcie do jakiejś wioski na poszukiwa­nie paliwa. Wszyscy w samochodzie jeszcze spali. Spotkała dwóch polskich oficerów uwolnionych z oflagu. Jechali na rowerach na Za­chód. Pomogli w zdobyciu paliwa i zaproponowali wspólny wyjazd. Znów zwyciężył honor harcerki. Została na służbie.

Po zakończeniu działań wojennych i zdemobilizowaniu Władysława Wojtkiewicz zamieszkała w Ząbkowicach Śląskich. W 1951 r. wyje­chała do Zakopanego, w rodzinne strony swojego ojca. Uzupełniła wykształcenie, zdając eksternistycznie maturę w Krakowie. Skończyła kurs przewodnika tatrzańskiego (1967), otrzymując „Blachę na Gerla­chu”. W latach 1969-1971 uczestniczyła w dwuletnim studium eko­nomiczno-organizacyjnym dla kierowników wycieczek zagranicznych w Katowicach. Doskonaliła języki obce, niezbędne w prowadzeniu wycieczek zagranicznych. W Paryżu skończyła kurs języka francu­skiego (1966), w Londynie - języka angielskiego (1977). Pracowała m.in. w PKO w Zakopanem, w latach 1960-1962 była kierownikiem teatru „Morskie Oko” i kierownikiem administracyjnym teatru w To­warzystwie Miłośników Teatru im. Heleny Modrzejewskiej w Zako­panem. Przez 16 lat była aktorką tego teatru oraz członkiem sekcji „Studium Słowa” przy teatrze. Od 24. lat prowadzi tę sekcję, propagu­jąc twórczość polskich pisarzy, poetów, dramaturgów. Jest laureatem krajowego konkursu krasomówczego przewodników PTTK w Golu- biu Dobrzynie (1977) oraz laureatem ogólnopolskiego konkursu po­ezji K I. Gałczyńskiego w Szczecinie. Obdarzona jest tytułem Hono­rowego Przewodnika i Honorowego Członka TMT im. Heleny Mo­drzejewskiej w Zakopanem.

W 2000 r. otrzymała awans do stopnia podporucznika, w 2006 r. - porucznika.

Za służbę wojenną odznaczona została: Medalem Zwycięstwa i Wolności (1946), Odznaką Grunwaldzką (1947), Medalem za Udział w Walkach o Berlin (1970), Medalem Za Warszawę (1973), Medalem „Za oswobodzenie miasta Pragi”, Odznaką Honorową 1. Drezdeń­skiego Korpusu Pancernego (1997). W 1995 r. Kierownik Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych przyznał Odznakę Weterana Walk o Niepodległość. W 1999 r. Prezes Rady Ministrów (Jerzy Buzek) i Kierownik Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych (Taylor) potwierdzili w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej, że Władysława Nowicka w latach walki zbrojnej z najeźdź­cami z honorem pełniła żołnierską powinność i uzyskała prawo do zaszczytnego tytułu: Weteran Walk o Wolność i Niepodległość Oj­czyzny - Patent Nr 14000.

W 1975 r. odznaczona została Krzyżem Kawalerskim Orderu Odro­dzenia Polski. Za działalność w dziedzinie kultury i pracę przewodni­ka uhonorowana została odznakami: Zasłużony Działacz Kultury, Za Zasługi dla Zakopanego, Srebrną Odznaką Zasłużony dla Turystyki i Srebrną Odznaką PTTK.

W 1967 r. Władysława Wojtkiewicz otrzymała kościelne unieważ­nienie pierwszego małżeństwa. W 1975 r. wzięła ślub z Zygmuntem I owickim. Mieszka nadal w Zakopanem. Syn Roman Klaudiusz Wojtkiewicz, ur. w 1949 r., jest inżynierem (projektant programator), wnuczka Dominika - architektem, wnuk Maciej - animatorem kompu­terowym.

Z zamiłowania jest podróżnikiem. Zwiedziła całą Europę, prawie wszystkie republiki d. ZSRR; w Azji - Indie, Nepal, Tajlandię, Singa­pur, wyspy Jawa i Bali, Izrael, półwysep Synaj, w Afryce - Egipt, Tu­nezję; w Ameryce - Brazylię i Meksyk.

Z okresu służby w wojsku z sympatią wspomina kilka zaprzyjaźnio­nych osób: płk. Jana Jamiołkowskiego, ppłk. Mieczysława Riegiera, płk. Adama Mickiewicza i jego żonę Irenę (oboje walczyli pod Leni­no), kpt. Antoniego Kościńskiego (mgr praw ze Stanisławowa), por. Stanisława Godlewskiego, por. Gurwina (poeta o pseudonimie Wrzos), por. Stanisława Wiśniewskiego i por. Eugeniusza Klimowi­cza. Byli to w większości oficerowie sprzed 1939 roku. O wojnie Władysława Wojtkiewicz-Nowicka, z natury humanista, niechętnie już dziś rozmawia. Zapisała się w jej pamięci jako czas okrucieństwa, przemocy, głodu, picia wody z kałuży, spania pod gołym niebem, lę­ku, rozstań... - jednym słowem: piekła.

Na podst. relacji, wspomnień i dziennika Władysławy Wojtkiewicz-Nowickiej, dokumentów, książki M. Wasilewskiego: „Pierwsza Brygada Piechoty Zmotoryzowanej ”

Źródło: Maria Wójcik. Kobiety-żołnierze 1. i 2. Armii WP : biografie i wspomnienia. Lublin, 2010. s. 215 - 222.

FaLang translation system by Faboba